wtorek, 9 października 2018

Helios 44-2 58mm f2,0

     Obiecałem niedawno, że opiszę kilka swoich obiektywów. Ponieważ jest tam kilka mało znanych lub takie, o których ciężko znaleźć informacje, uznałem, że może to się komuś przydać. Uznałem, że najlepszą kolejnością będzie czas od kiedy każdy z nich mam. Zacznym więc od sprzętu wszystkim dobrze znanego. Przedstawiam Wam mojego Heliosa 44-2. To cudo przebłysku myśli technicznej radzieckich inżynierów jest tylko kopią Zeiss o tych samych parametrach. Ponieważ jak na kopie to prawdziwy oryginał, a więc zarówno budowa, jakość optyczna jak i kontrola jakości to zupełnie inna bajka.
  

1. Budowa



      To zlepek kawałków ruskich czołgów i karabinów Mosin. Innymi słowy mamy do czynienia z ciężkim kawałkiem metalu i szkła. Na prawdę ciężkim. Jak na dzisiejsze warunki to jest co nosić. Poza przednim dekielkiem i soczewkami tu wszystko jest metalowe - osłona przeciwsłoneczna, wszystkie pierścieni, dekielek tylny... Wszystko. Mamy więc uniwersalny sprzęt do wszystkiego. Z powodzeniem możemy zastąpić nim średniej wielkości młotek, piłeczkę dla psa, zabawkę dla dziecka i tłuczek do mięsa. A po tych wszystkich rzeczach możemy z powodzeniem podłączyć do korpusu i robić zdjęcie witemu gwoździowi, psu, dziecku i obiadu.

2. Obsługa


     No tu nie można narzekać. Wszystko pracuje niezwykle płynnie. Ostrzenie to bajka - miękkie, bardzo olejowe i bardzo precyzyjne. Nawet podziałka głębi ostrości jest bardzo precyzyjna. W nie wszystkich się sprawdza, ale tu jest po prostu idealnie wycyrklowana. Jak ustawimy przysłonę i odległość na 1 m to jest to faktycznie 1m.
     Apropo przysłony - tutaj pojechano po całości. Mamy do tego pierścień działający bez-skokowo. Jest to jednak pierścień który nie posiada wartości, a więc nie jesteśmy w stanie odczytać jaką przysłonę ustawiliśmy. Działa za to również bardzo lekko i leciutkim olejowym poślizgiem. Jak dla mnie trochę za lekko nawet. Łatwo go przypadkowo przestawić.
     Drugi pierścień to tzw pierścień preselekcji. Ustawiamy sobie na nim zadaną wartość przesłony. Potem kadrujemy na pełnym otworze i bez odrywania wzroku przekręcamy pierścień przysłony i wykonujemy zdjęcie. Czyli jeśli sobie ustawimy na pierścieniu preselekcji wartość np f5,6, to najpierw kadrujemy i ustawiamy ostrość na pełnym otworze. Potem szybkim ruchem pierścienia przysłony domykamy ją. Zatrzyma się on dokładnie na wartości f5,6. Potem wykonujemy zdjęcie. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że nie trzeba liczyć ilości skoków, czy odrywać oczu od kadru, aby domknąć przysłonę.
     W modelach 44m-4 i wyższych to rozwiązanie zastąpiono bolcem domykającym. Wówczas domykanie odbywało się całkowicie automatycznie. Obecnie działają tak wszystkie aparaty. Niestety tylko z obiektywami systemowymi. Z heliosami 44m-4 i wyższymi trzeba stosować albo specjalne rozwiązanie blokujące bolec (najczęściej jest to już część adaptera), albo bawić się w małego technika i jakimiś domowymi sposobami ten bolec blokować.
     Wada? No niestety nie mamy wartości pośrednich przysłony. Możemy domknąć lub otworzyć tylko o 1EV. No, chyba, że jakoś sobie będziemy radzić pierścieniem przysłony. Działa on bezskokowo, a więc stanów pośrednich mamy ilość nieograniczoną. Niestety nie jesteśmy w stanie - jak już wspomniałem - odczytać ustawionej w ten sposób przysłony.

3. Optyka

     W tej kwestii panowie z byłego związku radzieckiego polecieli po całości. Zanim jednak dojdziemy do sedna należy wspomnieć o jednym małym szczególe. Było produkowanych kilka wersji heliosa
1) Rządowa - najostrzejsza tworzona przez najlepszych z pełną kontrola jakości. Przy tym najtwardsza. Tu nie ma miejsca na przypadek. Wszystko ma być perfekt.
2) Krajowa - mniej rygorystyczna, ale również całkiem dobra. Kontrola jakości jako taka - ponoć coś tam kiedyś sprawdzili. Tu raczej też większych rozbieżności nie ma, ale już nikt nie przykłada zbyt wielkiej wagi do tego co się dzieje.
3) Eksportowa - czyli taka którą Rosjanie wypuszczali w świat. No i tu już pełna samowolka. Od mega ostrych szkieł optycznie świetnych, po takie w których ciężko odróżnić samochód od drzewa. Mechanicznie? No cóż - również dowolność. Były dobre, ale były też takie co miały luzy już w momencie wyjścia z fabryki. Ostrość zależała od tego czy inżynier był pijany czy nie. Z tego co wiem, ale mogę się mylić oba dekielki były plastikowe.

     Jak je rozróżnić? A no najlepiej po numerach seryjnych. Wersje z 00xxxxx na początku numeru to wersja rządowa. 10xxxxx do 29xxxxx to wersje na rynek Rosyjski. Wszystkie wyżej to już eksportowe.
     Mi się trafiła wersja rządowa. I faktycznie - mega ostra, świetna mechanicznie. Obecnie ciężko dostępna i najdroższa ze wszystkich. Nadal jednak stosunek jakość/cena na bardzo wysokim poziomie. Niestety w moim przypadku z lekkim frontfokusem.
    - Yyyyhyyhhyyyy.... ale jak to? Manual z frotfokusem?
    A no tak. Pentax ma tą przewagę nad innymi obiektywami, że ma wbudowane potwierdzenie ostrości również z obiektywami manualnymi. I niestety potwierdza ostrość trochę przed. Konstruktorzy jednak przewidzieli takie sytuacje i aparat ma wbudowaną mikroregulację z pamięcią. No i muszę niestety korygować ten błąd. Na szczęście nie muszę tego robić za każdym razem. Ustawienia mam zapisane i wystarczy że po podłączeniu heliosa ustawię odpowiedni tryb i nie muszę grzebać w menu aby ustawiać odpowiednie przesunięcie ostrości. Obiektyw jednak ma tę niedogodność tylko z Pnetaxem K50. Pracowałem z nim jeszcze na olympus E520, na Zenit oraz na Pentax Z20. I efekt Front-fokus występuje tylko z Pentax K50.
     Wspomnieć należy, że wersje 44-2 i 44-3 nie posiadają powłok antyodblaskowych.  Praca wiec pod światło odpada. często nawet fotografując jasne obiekty dostajemy jakieś niepożądane efekty, które niestety nie wyglądają zbyt korzystnie. W 44m-4 jest lepiej, ale nadal daleko mu do doskonałości. Jak w pozostałych wersjach to tego nie wiem. Ale ponieważ to już kolejne generacje, więc myślę ze im większa cyfra po myślniku tym lepiej. Niestety wiele osób twierdzi, że jest to kosztem bokeh, który tracił na jakości wraz z polepszaniem się powłok antyodblaskowych. Czy tak jest na prawdę? Tego nie wiem. To już każdy musi sobie sprawdzić sam, jeśli ma taką ochotę.

4. Podsumowanie

     Helios 44-2 to bardzo dobre i bardzo wdzięczne urządzenie. Daje dużo frajdy z użytkowania. Kosztuje grosze, więc powinien stać sie obowiązkowym wyposażeniem każdego miłośnika fotografii. Wersji jest kilka, do wyboru. Od najstarszego 44-2 do najnowszego produkowanego nawet dzisiaj 44m-7. Obiektyw, który z powodzeniem może zastąpić budżetowe 50mm f1,8 sprzedawanych w każdym systemie. A przy tym około 5-krotnie od nich tańszy i wielokrotnie wytrzymalszy. Jeśli do tego zakupimy za około 10zł pierścienie pośrednie dostaniemy fantastyczny obiektyw makro ze skalą prawie 2:1. Jeśli nie boimy się ostrzenia ręcznego, nie straszy nas po nocach tryb manualny w aparacie jest to zdecydowanie jedna z najlepszych alternatyw do standardowych pięćdziesiątek.
     Swojego w sumie "białego kruka" nie zamierzam sprzedawać. Choć ustąpił on już miejsca Pentax 50mm f1,7. Teraz w większości jest przykręcony do nieużywanego przeze mnie Zenita E z którym był od początku. Od czasu do czasu do niego wracam. Bardziej z sentymentu niż do fotografowania. Zrobiłem nim miliard zdjęć i gotowy jest zrobić kolejny miliard.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 1 października 2018

Nasycenie??


     Jak wszyscy doskonale wiedzą nie jestem sprzętowcem. Nie wierzę w sprawczą moc sprzętu i w to, że droższy może więcej. Powtarzam to zawsze gdy tylko mogę. Całkiem niedawno jednak spojrzałem na swój "magazyn" sprzętowy. To co tam zobaczyłem spowodowało, że z niedowierzaniem chwyciłem się za głowę. Znalazłem tam kilkanaście różnego rodzaju obiektywów. I o ile niektóre mają rację bytu, bo rozszerzają zakres ogniskowych, o tyle mam, bo mam. Fakt, że jest tam kilka trudno dostępnych perełek (w moim skromnym przekonaniu) to jednak okazują się one nieco zbędne. Owszem, będę ich używać, ale czy są mi niezbędne do szczęścia? No nie, bo to co mi oferują znajdę też w innym obiektywie ze swojej szufladki. Przykładowo dwa ostatnio kupione za psie pieniądze soligory: 70-150 i 35-70 oraz Pentax-M 40-80. Oferowane ogniskowe powtarzają się wielokrotnie. Fakt faktem, że każdy obiektyw daje inny obrazek i nie każdy się do wszystkiego nadaje. Ale jak tak patrzę na to jak sie dzisiaj zdjęcia robi, to na prawdę ma małe znaczenie. Wymienione wyżej szkła prawdopodobnie będę używać sporadycznie bardzo. I trzymam je, bo trzymam. Fakt, że ich wartość na allegro rośnie i wydane pieniądze wydają się być... praktycznie niezauważalne. To co za nie dałem to obecnie bym nawet jednego z nich nie kupił.
I kto wie, czy nie użyje ich po prostu kilkukrotnie i nie sprzedam dalej.

     W swojej kolekcji posiadam 5 obiektywów o ogniskowych 50mm. Przyznać trzeba, że każdy z nich oczywiście że daje nieco inne wrażenie estetyczne. 50to standard odkąd w ogóle istnieje fotografia. Producenci więc doszli w tym do takiej perfekcji, że panuje tutaj niemal pełna dowolność zastosowanych przysłon, wielkości przysłon, czy ilości soczewek. W szufladzie przekrój praktycznie wykraczający poza zakres mojego życia na planecie - od Industara 50-2 aż po Pentax DA 50mm f1,8. Różnice w obrazkach są gigantyczne. Ale i tak używam głównie trzech - wspomnianego Industara, oraz oba Pentaxy: A 50mm f1,7 i DA50mm f1,8 (ten drugi głównie z aparatem kliszowym. Po co mi dwa pozostałe? A no do jednego mam sentyment, bo to pierwszy manualny obiektyw jaki miałem (jasne, że Helios). W dodatku to wersja rządowa, więc wykonana jak mało który Helios. W dodatku to jeden z pierwszych produkowanych 44-2, czyli ta dużo mniej popularna wersja niż najczęściej występujące na rynku. Niżej jest chyba tylko 44-3 i 44-7. I tak - jestem dumny, że go posiadam. Kiedyś używałem namiętnie, dzisiaj ustąpił na rzecz Pentax-A 50mm.
W kolekcji posiadam też dwie sztuki obiektywów 135mm. Nad sprzedażą jednego z nich się zastanawiam. Trzyma mnie przy nim właściwie to, że go jeszcze nie używałem (a wydaje się dość ciekawym szkłem) i to, że oczywiście go dostałem.
     Drugi to oczywiście Jupiter. No tego to bym za skarby nie oddał. Zrobiłem nim miliard zdjęć i jest po prostu moim podstawowym obiektywem. Zaraz obok wspomnianych pięćdziesiątek i Cosina 28mm.

    Ok, ale ja nie o tym. Chodzi mi o to, że obecnie jestem w stanie wykonać każde zdjęcie jakie sobie wymarzę. Obecny sprzęt pokrywa w 300% moje zapotrzebowanie na sprzęt. Czy zatem to, że oglądam i zastanawiam się nad dokupieniem jeszcze czegoś sprawia, że jestem sprzętowym onanistą? Po trochu może na pewno tak. Problem w tym, że ja lubię kupować, dostawać... ogólnie zbierać sprzęt. Z drugiej strony wiąże się to trochę z moimi dawnymi założeniami - zdobyć jak najwięcej starych obiektywów. Po 1 dlatego, że każdy z nich jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Po 2 dlatego, że żaden z nich nie jest ideałem, a ja nie przepadam za ideałami. A po 3 dlatego, że pragnę zrobić jakąś serię na blogu opisująca stare obiektywy. Może dużo tego jest, ale jest nie wszystko. Zdobyć jakieś informacje o obiektywach Pallas Magenta, albo o wspomnianym Pentax-M 40-80 Macro to jakaś tragiczna dziura w necie. Nawet tak uwielbiana przeze mnie Cosina-A 28mm f2,8 to obiektyw praktycznie nieistniejący. Owszem, można go znaleźć pod nieco innymi nazwami, ale porównując go np do identycznego w sumie vivitara mam wrażenie, że to nieco inne szkła. Może optycznie to samo, ale chociażby pierścienie pracują nieco inaczej, nieco inna jest przysłona i w końcu nieco inne wrażenia z użytkowania.
    Oczywiście obecny sprzęt pozwala mi już na założenie takiej serii. Najpierw jednak muszę trochę poużywać tych sprzętów. Dlatego w torbie póki co goszczą wspomniane Soligory, Pentax-M czy Industar. Ten ostatni praktycznie nie schodzi z bagnetu. No i pewnie niedługo będę te sprzęty opisywać. Potem pewnie powoli będę sprzedawać i wymieniać na inne.
    Nie nastawiajcie się jednak na profesjonalne testy. Raczej będzie to opis współpracy z takimi obiektywami w codziennym użytkowaniu. Nie mam zamiaru zajmować się chociażby komą, której praktycznie nie widać na zdjęciach (pomijając zdjęcia gwieździstego nieba, czy latarni z odległości kilometra). Czy chociażby aberracji, którą i tak i tak możemy mniejszym czy większym nakładem sił zlikwidować w postprodukcji. Jeśli więc ktoś liczy na jakieś mego profesjonalne testy z tablicami i kreskami to raczej nie u mnie. To ma być test w codziennym użytkowaniu, a raczej wątpię, aby ludzie codziennie robili zdjęcia tablic testowych. Jeśli więc kogoś interesuje to, jak się z takim obiektywem współpracuje, jaki daje obrazek i jak na co dzień daje sobie radę, to znajdzie tu coś dla siebie.

ps. Oczywiście, że seria będzie bardzo subiektywna. :)


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 28 sierpnia 2018

pogadanka o niczym



     Ostatnimi czasu bardzo zaniedbałem fotografię. Było to spowodowane kilkoma rzeczami, które były następstwem pewnych błędów logicznych. Jednym z poważniejszych było opuszczenie grupy z kursów o których pisałem wcześniej (link: Jedno się kończy, drugie się zaczyna). Ja nie twierdzę, że zaczęcie szkoły było błędem. Prawda jest jednak taka, że szkoła w żaden sposób nie pchała mnie do kolejnych zdjęć.
     Teraz postanowiłem wrócić jednak po rocznej przerwie do Jędrzeja. W końcu od niego nauczyłem się najwięcej. Praktycznie 90% rzeczy które umiem pochodzą z jego kursów. Wczoraj odbyły sie pierwsze zajęcia, a ja pierwszy raz od roku przeszedłem się po mieście po prostu robiąc zdjęcia. I powiem szczersze - choć zdjęcia wyszły średnie, nawet bardzo średnie - odżyłem.
     Na zajęciach grupa była w prawie nienaruszonym stanie. Poznali mnie, ja poznałem ich. Zostałem przyjęty jak swój. Bardzo miło. Ale nie to chciałem powiedzieć. Po tym co widziałem wczoraj, co ludzie nauczyli się na kursie przez ostatni rok... Normalnie byłem w szoku. Kiedy ja szedłem w dół, lub stałem w miejscu oni lgnęli do przodu. I to widać. Jeśli kolejny rok też taki będzie (a znając życie taki będzie) to czeka mnie kolejna bardzo intensywna nauka. I dobrze. Muszę trochę to pchnąć do przodu. Taka stagnacja nie jest przyjemna. W końcu coś się ruszy.



Hm... policzyłem wczoraj z ciekawości mój majątek, który ulokowałem w szkłach. Ostatnimi czasy doszło mi do kolekcji kilka perełek. Kupione za psie pieniądze, lub podarowane gdzieś kiedyś od kogoś. Za to co mam obecnie mógłbym kupić jakieś dobrej klasy obiektyw: Pentax FA 77mm f1,8, PENTAX-D FA* 50mm F1.4 SDM AW, PENTAX-D HD FA 24-70mm F2.8ED SDM WR...
Tylko po co? Mając kilka szkieł w sumie klasy niższej, lub po prostu stare manualne mogę dużo więcej niż posiadając którykolwiek z nich. Tym bardziej, że wiele z tych co mam kiedyś było wysokiej klasy szkłami. Uzbierało się tego przez lata. I może nie jest to dużo to chyba jednak było warto.
Inną rzeczą jest, że teraz nie jestem w stanie zmienić systemu. Wiązałoby się to z wyprzedażą 90% tego co mam. No cóż, ale nie po to się wchodziło w Pentaxa, aby go kiedyś zmieniać. Decyzja przemyślana na kilkadziesiąt różnych sposobów, w który system wejść. I jak tak patrzę - po dzień dzisiejszy nie znalazłem w innych systemach tego co mam tutaj.
Teraz, po powrocie na kurs do Jędrzeja zapewne będzie używany intensywnie.


A to wszystko, co mam i powrót do Jędrzeja dzięki mojej ukochanej żonie. Dziękuję że jesteś. 
KOCHAM CIĘ! 


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 5 sierpnia 2018

o M-ce słówek parę


     W fotografii istnieje jakiś fetysz trybu M, czyli trybu w pełni manualnego. O ile Ci bardziej obeznani głównie pracują na trybie A (priorytet przysłony) o tyle amator jest święcie przekonany, że tylko M da mu status pro. A prawdy tym tyle co i kłamstwa.

     Tryb M, to tryb w którym wszystkie parametry zdjęcia ustawiamy sami. A więc musimy znać zależności w trójkącie ekspozycji, aby móc z niego korzystać. I to jest właśnie ten element w którym przeciętny amator uważa się za pro i za fajnego, bo korzysta zna i wszem i wobec pokazuje że go zna, bo pokrętło trybów ma ustawione na M podczas fotografowania.

     Co am daje trym M - a daje nam tylko tyle, że mamy pełą kontrolę nad parametrami naświetlania. sami ustalamy, czy wolimy otworzyć przysłinę, czy lepiej zwiększyć czas naświetlania.I tyle.Paradoksalnie nikt nie myśli o tym, jak poszczególne parametry wpływają na końcową jakość zdjęcia. A wpływają tak ->
1) przysłona reguluje nam głębie ostrości
2) czas otwarcia migawki zdecyduje czy ruch ma być rozmazany czy zamrożony
3) ISO wpłynie na finalną jakość zdjęcia

     I to nie jest żadna tajemnica. Za to jakiś tabu robi się, gdy zobaczymy w ilu zdjęciach tak na prawdę potrzebujemy konkretnych wartości tych parametrów. Bo gdy konkretnie obejrzymy zdjęcia wstawiane w internecie to mało jest zdjęć kiedy to któryś z tych parametrów odgrywa znaczącą rolę. Chyba poza przysłoną tak na prawdę nie, a i tak zdjęć, gdzie przysłona odgrywa jakąś większą rolę jest może 10%. Z tych 10% może kolejne 10% wymagało pomocy innych parametrów, a więc trybu M. Daje nam to prosty rachunek, że zaledwie 1%, może 2% zdjęć  Może więc warto wyzbyć się fetyszu trybu M?  Warto przemyśleć, czy w danej sytuacji jest on nam potrzebny, czy też będziemy z niego korzystać dla samego korzystania. Mam pewne zastrzeżenia co do tego, czy nawet na początku naszej drogi fotograficznej czegokolwiek się z niego nauczymy. Może zależności, ale tego możemy nauczyć się inaczej. Bo tak na prawdę tryb M nie nauczy nas wpływu pewnych parametrów na zdjęcie. Nie lepiej przestawić aparat w tryb automatyczny (P, lub nawet auto) i skupić się na kompozycji zdjęcia, kadrze, czy chociaż oświetleniu? Wydaje mi się, że to nas nauczy dużo, DUŻO więcej niż namiętne korzystanie z trybu M czy potrzeba czy nie i skupianiu się na doborze parametrów zamiast na odpowiednim uchwyceniu tego czego chcemy. Pozwólmy aparatowi na odciążenie naszej głowy. Gwarantuje wam, że w 90% przypadków poradzi on sobie doskonale w naświetleniu zdjęcia. Będzie ono dobrze naświetlone. A nawet jeśli nie, to mamy jeszcze korekcję ekspozycji, która również głowę nam zaprząta tylko tym czy skorykować ekspozycję o 1/3 działki czy o 2/3.


Sam trybu M używam tylko w sytuacji kiedy korzystam z lampy błyskowej. Ale to dlatego, że wymusza ona na mnie właśnie tego trybu. Lampy mam w pełni manualne, więc aparat nie jest w stanie dobrać parametrów błysku. Tryb automatyczny by robił za dużą sieczkę na zdjęciu. Poza tym w zasadzie aparat ustawiony na tryb P, a ja mam czas na skupieniu się na odpowiednim kadrze. i wolę zrobić dobre zdjęcie, takie jakie chce, a nie na tym czy lepsza będzie przysłona 4 czy 5,6. Nawet jeśli chciałbym osiągnąć odpowiednią głębię ostrości wolę to wyregulować ogniskową. Jeśli chcę tło rozmazane, używam długich ogniskowych (135 i więcej), jeśli chcę dużej GO wykorzystuję do tego ogniskowe 10-35mm. Ja wiem, że czasem ogniskowymi nie załatwimy wszystkiego. I właśnie wtedy do gry wchodzą tryby ręczne lub półautomatyczne. Ale one są niezbędne tylko w niektórych sytuacjach. Automatyka aparatu radzi sobie doskonale z naświetleniem zdjęć. w 90% zdjęć dkoskonale sprawdzi się tryb automatyczny. Każdy inny potrzebny jest gdy chcemy uzyskać konkretny efekt, lub gdy np chcemy aby każde zdjęcie było naświetlone dokładnie tak samo, lub gdy automatyka zwyczajnie sobie nie radzi. Ale jest to odsetek zdjęć. W innych sytuacjach proponuje raczej skupić się na odpowiednim kadrze, poszukać pomysłów i inspiracji, a całą resztę zostawić swojemu aparatowi. Zaufajcie mu - on również doskonale wie co ma robić. A my? Mamy wolną głowę na inne rzeczy.

Finalnie i tak nikogo nie będzie interesowało jakiego trybu używaliśmy, a każdy oceniać będzie samo zdjęcie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 8 lipca 2018

Granice


     Aby rozwijać naszą pasję mamy wiele możliwości. Nie prowadzi nas jedynie system edukacji szkolnej i kółka zainteresowań. Mamy pełno kursów na niemal każdy temat, w tym pełno kursów nawet darmowych i przy tym na prawdę bardzo dobrych. Poza kursami i szkołami mamy możliwość edukacji nawet w domu - każdy przecież ma dostęp do internetu, a w tam wiedza jest darmowa i ogólnie dostępna. Wystarczy nieraz poczytać, przemyśleć i wykorzystać tą wiedzę. Nierzadko z pomocą przychodzą nam również znajomi, którzy mogą nam pomóc w nauce i rozwoju, jeśli dzielicie pasję.
     Jak widać uczyć się możemy na wiele różnych sposobów, a nawet te sposoby ze sobą łącząc, co daje niemal najlepsze rezultaty. Możemy chodzić do szkoły, przy okazji dokształcać się w internecie i rozmawiać ze znajomymi o tej samej pasji. To najlepsza, najprostsza i najszybsza metoda. Oczywiście na tym przestać nie możemy. Bez praktyki nawet najlepsza teoria nie ma sensu. Nie mając jednak teorii nie ruszymy z praktyką. Głupi przykład - jeśli się nauczymy co to jest np przysłona w fotografii to fajnie. Ale co z tego, że w teorii będziemy mieli tą wiedzę, jak nie będziemy umieli jej wykorzystać, bo nie ćwiczyliśmy tej wiedzy.
     Wśród ogólnodostępnej teorii i dużej dawki praktyki można popaść w pewną rutynę i wówczas mimo rozwoju stoimy w miejscu. To pewien paradoks. Bo co z tego, że wiemy jak robić daną rzecz, jak i tak jej nie będziemy robić? Co z tego, że nauczysz się grać na pianinie, jak gitara jest twoim instrumentem? I tu nasuwa się pewne pytanie:

Gdzie jest granica wiedzy?

     Czy nasza głowa przestaje przyjmować nowe informacje? To jednak ciężko nazwać granicą. Raczej to przesyt informacji i trzeba po prostu zrobić sobie przerwę, aby w głowie się wszystko ułożyło. Potem jesteśmy zdolni do dalszej nauki.
    Więc może granicą jest gdy przestajemy dowiadywać się nowych rzeczy? I to również nie jest takie proste. Wiele zależy od tego kto np prowadzi zajęcia, po jakich stronach się poruszamy w internecie... No i w końcu o wiedzy naszych znajomych. Prowadzący trzyma się programu i musi to robić, w necie w końcu przestajemy mieć pomysły po których stronkach chodzić, jakich informacji szukać. A znajomy? No cóż - jeśli to np fotograf ślubny i od wielu wielu lat tylko śluby fotografuje to co on nam może powiedzieć np o fotografii packshot`owej? Znajomy, który natomiast fotografuje tylko macro nie powie nam jak zrobić dobry portret. Itd itp. To tak jakby informatyk całe życie pracujący na Windowsie miał nam powiedzieć coś o obsłudze Linuxa, którego zna tylko z opowiadań i tego co gdzieś tam przeczytał w necie.
     Więc może granica to miejsce, gdzie tak na prawdę wiemy już wszystko co potrzebujemy? Przykładowo właśnie zajmijmy się znajomym latającym po łące i fotografującym robaczki. Człowiek się nauczył tego, zakupił sprzęt odpowiedni do macro, zdobył całą wiedzę na ten temat i w tym się specjalizuje i to go pasjonuje. Inne rodzaje fotografii mu nie podpasowały. Zakładając hipotetycznie, że porusza się w tym świecie jakby od zawsze był jego częścią to czy jego granica właśnie została osiągnięta? Patrząc na to z boku można powiedzieć, że nie, bo przecież nie umie fotografii reportażowej. Patrząc jednak subiektywnie ogarnął już wszystko. Nie stanowi dla niego problemu fotografia nawet muchy w locie. Bierze aparat i po prostu ją fotografuje. Poza to i tak nie wychodzi, bo nie i już. Jest skoncentrowany jedynie na tym i nie wykracza poza przedmioty większe niż 5cm. I owszem, zabrany na reportaż zwyczajnie zrobi on wzrok i zdjęcia oczu ludzi niż ogólnie wydarzenie. Być może będzie to swego rodzaju reporterka, bo np wydarzenie zostaną uchwycone w odbiciu w oczach ludzi. Ale to nadal fotografia macro. I ten nasz znajomy nie rozwinie się za bardzo z tym co robi.
     Obecnie sam osobiście osiągnąłem taki etap, że umiem zrobić dokładnie takie zdjęcie jaki sobie obmyśliłem. Potrafię ustawić światła, zastosować odpowiednie modyfikatory, ustawić kadr, zastosować odpowiedni sprzęt. Moja wiedza idzie w parze z wyobraźnią. Czy zatem moja wiedza osiągnęła maximum? I tak i nie. Ciągle się dowiaduje czegoś nowego i moja wiedza jest znikoma. Z drugiej strony czego jeszcze moge się dowiedzieć, jak wiedza i umiejętności przestały mnie ograniczać, a ogranicza mnie jedynie wyobraźnia?

    Osobiście uważam, że wiedza jest nieskończona. Nigdy nie umiemy i nie będziemy wiedzieć wszystkiego. Zawsze znajdzie się coś czego jeszcze nie wiedzieliśmy. W moim przypadku tak było przy zakupie rybiego oka. Poczytałem popatrzyłem, obejrzałem sporo zdjęć i nawet nie wiedziałem, że takie fajne portrety można przy jego zastosowaniu zrobić. Tylko czy ta wiedza jest mi do czegoś potrzebna, skoro nie przepadam za portretami? Czy w ogóle jest nam potrzebna wiedza, której i tak nie będziemy wykorzystywać? na to pytanie już każdy sobie musi sam odpowiedzieć. Sam pewnie zrobię dużo portretów rybim okiem (już kilka zrobiłem), ale to raczej w kwestii takich pamiątkowych i rodzinnych zdjęć, a nie artystycznych. Jak to wykorzystać w mojej specjalizacji?? Nie wiem. Obecnie mogę z całą świadomością powiedzieć, że moja wiedza osiągnęła granice, co nie znaczy że jest jeszcze wiele rzeczy których nie poznałem. Bo póki wiedza nie pozwala nam na wykorzystanie wyobraźni, póki mamy jej za mało. W momencie kiedy relacje się odwracają i zaczyna nas ograniczać jedynie wyobraźnia nasza wiedza wydaje się być kompletna.

    A gdzie jest Twoja granica wiedzy?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+