czwartek, 11 listopada 2021

Linux

 

Ah linux linux linux.... Siedzę w tym systemie już dobre kilkanaście nawet lat. Pierwszą wersję jaką zainstalowałem to była chyba Mandriva i było to mniej/więcej na przełomie wieków, a więc dobre 20 lat temu. Chwilę się systemem pobawiłem, po czym system wywalił mi dysk twardy i tak na długi czas moja przygoda z tym systemem się zakończyła. Ciągle gdzieś tam czytałem trochę o linux, na ile mogłem na tyle gdzieś go tam dotykałem, ale na swoim sprzęcie bałem się go zainstalować.
W końcu z pomocą przyszło forum Canonical. Dowiedziałem się wówczas o ubuntu. Z tego co pamiętam to była wersja 8.04. System wtedy pracował jeszcze na starym GNOME i nie miał autorskiego środowiska unity.  Cóż, człowiek siedział w pracy, więc pomyślał, że zainstaluje. Zainstalowałem i... już na linux zostałem.
    Zacząłem trochę ten system poznawać, uczyć się komend (cóż, wtedy terminal to byłą podstawa), poznawać możliwości systemu. Nierzadko system się wywalił i trzeba było kombinować, aby to naprawić i tak się człowiek nauczył jak to obsługiwać. Terminal okazał się dużo szybszy z dużo większymi możliwościami niż środowisko graficzne. Oczywiście bez tego ostatniego nie mogło się obejść, ale co mogłem to wpisywałem ręcznie.
    Później poczytałem o nieco innych systemach. Poznałem główną dystrybucję jaką jest Debian. I tego spróbowałem. Mimo iż wersja, którą używałem to była sid, to jednak nie dało się tego w żaden znany mi sposób zepsuć. No, może poza skasowaniem całego systemu. Ale nawet uszkadzająca coś zmiana w pliku konfiguracyjnym dawała się jednym kliknięciem odkręcić. Zainstalowałem, skonfigurowałem i bardzo długo używałem. Aż poznałem Minta mniej więcej w roku 2015.
    system nie był jakiś mega stabilny, ale posiadał w zasadzie wszystko czego potrzebowałem. Bez kombinowania, kompilacji, czy kilkugodzinnej zabawy. Jedna komenda, czy dwa kliknięcia i wszystko pracowało prawidłowo. Owszem, raz na 15 startów systemu coś się wywaliło, albo przyszła jakaś aktualizacja która coś psuła... jednak i ten system zawitał u mnie w domu.
    Niestety nigdy nie jest tak super pięknie, jakby mogło się wydawać. Po którymś kraszu systemu nie wytrzymałem i wszędzie gdzie mogłem zainstalowałem s powrotem ubuntu. W międzyczasie kombinowałem sobie z innymi systemami. I tak zainstalowałem sobie arha (tak, to cholerstwo zainstalować to jakaś tragedia). Trwało to kilka dni, ale postawiłem system, skonfigurowałem, i... usunąłem. Ale jaką satysfakcję miałem, że to mi działało! I zrobiłem cały system sam od podstaw. :) Wow. Dzisiaj trochę żałuję, że go usunąłem, ale jak dla mnie on nigdy nie nadawał się na desktopy.
    Dzisiaj powróciłem do Minta. System bardzo się zmienił. Nie łapie przypadkowych zawieszek, nie łapie awarii w losowych momentach, nie uwala systemu w najgorszym możliwym momencie. Owszem, są pewne niedociągnięcia. Nierzadko zdarza się, że nie chce wyłączyć/włączyć karty sieciowej, czasem pada obramowanie okien... zazwyczaj da się to naprawić wszystko jednym/dwoma kliknięciami.

    Liznąłem też bardzo wiele środowisk graficznych. Przeszedłem praktycznie przez wszystkie i wszystkie konfigurowałem nierzadko zaraz potem usuwałem całość i instalowałem inne. I tak moim ideałem okazał się mate, choć bardzo lubię też xfce oraz cinnamon. Obecnie ten ostatni jest najbardziej uzywalnym. Ale to głównie z powodu szybkości. Nie trzeba praktycznie nic samemu ustawiać i kombinować - ściąga się z netu jakąś skórkę i cokonuja drobnych korekt i to wystarcza. Mate czy XFCE zawsze musiałem konfigurować sam co zajmowało trochę czasu. Już mi się po prostu nie chce. Wolę sobie ściągnąć "wygląd" i po prostu zająć się pracą na systemie niż konfiguracją wyglądu. Ale, tu chociaż można. Linux pozwala na dużo więcej w tej materii niż Windows. Tu można ustawić każdy, nawet najdrobniejszy piksel pod siebie. I jak dla mnie to jest największa siła linuxa - konfigurowalność.

    Po latach spędzonych na linux widać tu bardzo duże postępy. Terminala praktycznie nie używam, bo jest on już zbędny w codziennej pracy. Konfiguracja odbywa się za pomocą kliknięć, a nie komend, a całość jest po prostu stabilna, szybka i spersonalizowana. W dodatku bezpieczna. Doszły teraz Flatpack, czyli - w skrócie - programy które można uruchomić bez dostępu do głównego systemu (a więc nawet jakiś złośliwy kod w jakimś programie nic nam nie zrobi). Systemy są ciągle aktualizowane na bieżąco (to nie windows, aby po kliku latach skończyło sie wsparcie) i system stał się podatny na ataki. Działa tu wszystko od startu... I wydaje mi się, że obecnie jest to system dużo lepszy od windowsa. Nie znam lepszego. I tak, gdy już też działają bez problemu. Jest na prawdę bardzo duża poprawa. Z resztą, jak patrzę, to raczej Microsoft kopiuje rozwiązania z linuxa, niż na odwrót. Cóż.... 

    Jedynie co mnie w tym systemie denerwuje, to tak na prawdę społeczność. Sam nie jestem jakimś zwolennikiem windowsa i obecnie jest dla mnie to system kompletnie nieprzydatny przeciętnemu użytkownikowi, ale jak kto lubi. Dla mnie jest po prostu dużo gorszy od linuxa.
    Ale denerwujące jest również to, że cała społeczność również odbiera linuxa jako "całość". No cóż, to dla mnie błąd logiczny. Linux to samo jądro, ale już konkretna dystrybucja powinna być odbierana jako zupełnie inna, osobna. Ubuntu to ubunu i dla mnie to nie taki sam system jak OpenSUSE, a ten to nie Fedora. To, że wszystkie mają jedno, wspólny rdzeń, to jednak nie są to linuxy. Jeśli Ms wprowadzi nowy system np "payme" stworzony od zera, ale bazujący na jądrze windowsa, to nie będzie to windows. Tak samo ubuntu to nie fedora. To nie są te same systemy, aby pakować je do jednego worka z napisem "linux". To kompletnie osobne systemy stworzone przez innych programistów. Mają ze sobą niewiele wspólnego - inne paczki, inne repozytoria, nieco inne komendy itd. Jedynie co je łączy je jeda baza i wspólne środowiska graficzne. Reszta jest kompletnie inna. I może warto to zrozumieć, zamiast rozgłaszać wszem i wobec, że jest miliard dystrybucji jednego systemu. Nie jest - jest miliard systemów - jedne bazują na jądrze linux, inne na jądrze windows, a jeszcze inne na zupełnie czymś innym. 

    Póki co proponuje każdemu choćby spróbować czegoś innego niż Windows. Wyjdzie to każdemu na dobre. No bo skoro nawet starsi ludzie sobie radzą na Linux, to dlaczego młodsi go nie ogarniają? Nie rozumiem, choć jak pamiętam już nawet te 8 lat temu ogarniała ten system moja 4-letnia córka, choć nie umiała pisać i czytać. A komputer sobie włączała, bajki sobie włączała i nawet potrafiła grę zainstalować. A teraz te systemy są duużo prostsze,

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 8 stycznia 2021

Ku chwale informatyki

 

    Od ładnych kilku lat pracuje jako informatyk. To tu to tam, ale zazwyczaj mocno związany z branżą medyczną. Codziennie od wielu lat chodzę do pracy, codziennie spotykam tych samych ludzi, codziennie rozwiązuję te same problemy.To rutyna...zabija. Zacząłem standardowo wdrożony do szpitala, gdzie utrzymywałem system, pilnowałem sieci, konfigurowałem komputery, wyciągałem papier z drukarek. Zmieniłem pracę na inny szpital i tam również utrzymywałem system, pilnowałem sieci, konfigurowałem komputery i wyciągałem papier z drukarek. Po jakimś czasie zostałem wcielony do inne szpitala, gdzie utrzymywałem system, pilnowałem sieci, konfigurowałem komputery i wyciągałem papier z drukarek. Nudy jak cholera, ale co tam. Aż w końcu zmieniłem status na "pośredniak", chwilę odetchnąłem od rutyny. Aż znajomy powiedział:
    - Ej stary, nie bądź żebrakiem - idź do pracy tu i tam.
    Posłuchałem jego dobrej rady i zatrudniłem się w branży bliskiej medycynie. Jak na złość trafiłem na te same systemy co w szpitalach.
    - Kurwa- pomyślałem - za przeproszeniem, jestem jeleniem.
    Z drugiej jednak strony nie musiałem się wdrażać, a że zespół szybko zauważył, ze ogarniam systemy medyczne, długo nie musiałem czekać na mój "przydział". I tu dopiero odżyłem. Miałem swoją działkę, którą się zajmowałem, za którą odpowiadałem i którą obsługiwałem. Nie wyciągałem papierów z drukarek, nie utrzymywałem sieci informatycznej, nie konfigurowałem komputerów. Na prawdę polubiłem tam swoją pracę. W dodatku pracowałem w "zespole (!!) informatyków", a nie w dziale, czy sekcji. Brzmiało to na prawdę dumnie. Każdy miał swoją działkę, a ja sobie spokojnie pracowałem w swojej małej krainie. Nikt mi nie wpadał, nie mieszał nie narzucał swoich praw. To było piękne kilka lat. Świetnie mi się tam pracowało, bardzo mile wspominam ten czas. Świetny zespół, genialna atmosfera, wydzielony kawałek terenu tylko dla mnie. W dodatku zawsze mogłem liczyć na chłopaków z zespołu i gdy tylko trzeba było pomagaliśmy sobie w miarę swoich potrzeb i umiejętności.
    Niestety los czasem i tak człowieka rzuca, trzeba było zmienić pracę. I zmieniłem. Teraz odpowiadam znowu za wszystko i nie mam swojego przydziału. I jedynie kierownik, który dał mi tylko swój kawałek, nad którym panuję, który ogarniam, którym trochę rządzę sprawia że nadal swoją pracę uwielbiam. Z przyjemnością jadę do pracy rano, spędzam czas z bananem na gębie, Wiem, że ten mój mały świat informatyczny ciągle tam na mnie czeka i wiem, że idąc do pracy jutro znowu zajmę się swoimi sprawami jedynie od czasu do czasu rozpraszanymi i przerywaniami utrzymywaniem systemu, pilnowaniem sieci, konfigurowaniem komputerów i wyciąganiem papieru z drukarek. No cóż, czasem i w pracy trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i zająć się tym, co niszczy w człowieku znaczenie słowa "lubię". Ale tylko po to, aby po wykonaniu jednej pracy wrócić do swojego królestwa i tam nadal panować na przydzielonymi mi zadaniami. :)

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 11 listopada 2020

return to life

 

Dzisiaj będzie krótko... bardzo krótko... 

    Zamierzam reanimować bloga i fotografię. Poukładało mi się trochę ze zdjęciami i po roku nieobecności wypadałoby wrócić do tego co tak kochałem. Jak sobie pomyślę, że w ciągu ostatniego roku nie zrobiłem w sumie ani jednego zdjęcia, to aż mi się słabo robi. No pomijam zdjęcia Michała co miesiąc. Ale na tym koniec. Poza tym nie wiem czy 3 zdjęcia zrobiłem. Masakra jakaś. Nawet aparat już chciałem sprzedać.  

    No dobra, podsumowując - reanimuję bloga. Wiele tematów, które podejmowałem wymaga aktualizacji. Pewnie więc w najbliższym czasie kilka z nich podejmę ponownie. Potem będą nowe, bo jest ich trochę. Choć bloga porzuciłem, to nie znaczy, że nie wymyśliłem kilka tematów. Muszę je sobie tylko przypomnieć i spisać, bo zapewne wiele już zapomniałem. 

    Należy się też spodziewać więcej zdjęć, bo muszę się rozkręcić jakoś na nowo ze zdjęciami. A co za tym idzie muszę zacząć robić więcej zdjęć. Przy dobrych układach może powrócę nawet do wyzwania 365. Może, bo z tego co obserwuje może z tym być bardzo, bardzo ciężko. Zwykły brak czasu i nierzadko nawet 10 minut nie sposób w ciągu dnia znaleźć. Zobaczymy. Na dzień dzisiejszy nie widzę sensu zaczynać nawet. Z resztą wiele rzeczy, które chciałbym robić nie jestem w stanie. Jedną z tych rzeczy jest niestety również fotografia. A później to się już zobaczy.

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 10 lipca 2020

Projekt studio cz2




No i zaczyna być coraz lepiej. Środek i prawy bok ułożone i rozgracone. Pozostał lewy bok, ale to już gorsza sprawa. Łóżko, szafa i milion kolejnych rzeczy do przejrzenia i ewentualnie wyrzucenia.
Przy tym całym kilkudniowym ogarnianiu syfu jaki tam był wyszło kilka nieciekawych rzeczy, którymi trzeba się będzie zająć. Jest to chociażby zrobienie ścian, które składają się z... betonu i dywanu. W podobnym stanie jest sufit, choć ten ma styropian, deski i papę. Cóż, zawsze jedna warstwa więcej. Nie zmienia to jednak faktu, że sufit trzeba również zrobić. Muszę dokładnie to wszystko przeliczyć i zobaczyć ile taka wykończeniówka będzie kosztować. Cóż, myślę, że damy radę, odsunie to jednak ukończenie prac na bardzo, bardzo znacznie. Nie poddaję się na razie. Rozgracania ciąg dalszy, a póki co trzeba zadowolić się tym co mam. Oczywiście obecnie (nawet po rozgraceniu, o sesjach jakiś komercyjnych nie ma co marzyć, ale już o jakiś koleżeńskich fotkach czemu nie. Tło jest, statywy są, lampy są.... czegoż więcej do życia potrzeba. :) Ah, może jeszcze jakieś rekwizyty by się przydały.
Inna rzecz, że pilnie potrzebuję róœnież jakiś garaż, czy coś takiego. Choćby z racji faktu jakoby niektóre rzeczy muszę mieć gdzie trzymać.

Póki co jednak trzymajcie kciuki, bo choć z górki to jednak ze sporymi wybojami to wszystko idzie.

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 14 czerwca 2020

Byłe tu i byłe tam




    Pamiętam jak jeszcze te kilka lat temu wyprowadzkę z Łasku do Łodzi. To była swego rodzaju trauma. Nieprzyjemna sytuacja, którą dość długo odchorowywałem. Ale zaadoptowałem się do nowej sytuacji. Na początku mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, tylko po to, aby po około roku podczas spożywania drugiego piwka z kolegą, kupić od niego mieszkanie. To był przełom. W końcu własne. Można sobie robić z nim co się chce. Zostało bieganie i załatwianie kredytów i wszystkich pierdół z tym związanych. Po około 3-ch miesiącach spędziłem tam pierwszą noc. Pamiętam ją jakby to było wczoraj. Dziwne uczucie. Nowe odgłosy, nowe światła wpadające przez okno, wyposażenie mieszkania to jeden materac i kilka szafek w kuchni. A potem przeprowadzka. Oj to też była niezła rzeźnia. Wnoszenie mebelków, zakupowy szał... Ale udało się - wprowadziliśmy się i zmieściliśmy się. 37m2... A potem już z górki:
    Zapisanie córki do szkoły i problemy wychowawcze. Narodziny drugiego dziecka, zmiana pracy, raz, potem drugi, zapoznanie kilku osób z najbliższych sąsiadów. I potem już do przodu. Ah przeżyło się na prawdę kilka fantastycznych chwil. Taka swoista cicha przystań, miejsce wypoczynku, mały i ciasny kont, gdzie można było schować się przed całym światem. No i oczywiście nowy członek rodziny... te narodziny też były czymś niesamowitym, kiedy o 3:00 rano żona budziła mnie, że zaczyna rodzić. Oczywiście bieg do samochodu na parking, wycieczka do szpitala... :) Dostosowanie w końcu mieszkania do maluszka i 2,5 roku w czwórkę w dwóch pokoikach. W sumie to jest swojego rodzaju magia mieszkań. Wygoda może na poziomie 20% ale spokojnie się dało.
    No niestety, czasem los prowadzi tak, że 5 lat później trzeba było mieszkanie sprzedać. Kilka na prawdę ciężkich rozmów, kilka na prawdę ciężkich przeżyć, bójka z myślami, bójka z sobą... W końcu decyzja zapadła - wracamy do Łasku, a z mieszkaniem będziemy się żegnać.
    Czy to dobra decyzja? Chyba za wcześnie by o tym mówić. Ze swojej strony mogę powiedzieć tylko tyle - bardzo ciężko wracało się do mieszkania aby wszystko pozabierać. Co przeżyłem to moje. Ciężkie to było. Ale się udało. 
    Teraz już się przyzwyczaiłem, przeprogramowałem umysł i choć jeszcze tęsknię troszkę za naszym i tylko naszym mieszkankiem, to jednak wolę obecną naszą lokalizację. Tym bardziej, że swoje marzenia i pragnienia przeniosłem na Łask. Jak pisałem chociaż w poprzednim poście o swoim studio. Do niedawna zastanawiałem się gdzie można by sobie takie coś urządzić, aby nie pożarło to wszystkich pieniędzy które mamy. Teraz mam gdzie to sobie zrobić. A to bardzo podtrzymuje mnie w przekonaniu, że chcę być w Łasku. :)

ps. A może uda się powrócić do porzuconego w połowie realizacji własnego biznesu? Czas pokaże. Na razie jest trochę za wcześnie aby o tym myśleć, ale w przyszłości... może, może...
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+