niedziela, 5 sierpnia 2018

o M-ce słówek parę


     W fotografii istnieje jakiś fetysz trybu M, czyli trybu w pełni manualnego. O ile Ci bardziej obeznani głównie pracują na trybie A (priorytet przysłony) o tyle amator jest święcie przekonany, że tylko M da mu status pro. A prawdy tym tyle co i kłamstwa.

     Tryb M, to tryb w którym wszystkie parametry zdjęcia ustawiamy sami. A więc musimy znać zależności w trójkącie ekspozycji, aby móc z niego korzystać. I to jest właśnie ten element w którym przeciętny amator uważa się za pro i za fajnego, bo korzysta zna i wszem i wobec pokazuje że go zna, bo pokrętło trybów ma ustawione na M podczas fotografowania.

     Co am daje trym M - a daje nam tylko tyle, że mamy pełą kontrolę nad parametrami naświetlania. sami ustalamy, czy wolimy otworzyć przysłinę, czy lepiej zwiększyć czas naświetlania.I tyle.Paradoksalnie nikt nie myśli o tym, jak poszczególne parametry wpływają na końcową jakość zdjęcia. A wpływają tak ->
1) przysłona reguluje nam głębie ostrości
2) czas otwarcia migawki zdecyduje czy ruch ma być rozmazany czy zamrożony
3) ISO wpłynie na finalną jakość zdjęcia

     I to nie jest żadna tajemnica. Za to jakiś tabu robi się, gdy zobaczymy w ilu zdjęciach tak na prawdę potrzebujemy konkretnych wartości tych parametrów. Bo gdy konkretnie obejrzymy zdjęcia wstawiane w internecie to mało jest zdjęć kiedy to któryś z tych parametrów odgrywa znaczącą rolę. Chyba poza przysłoną tak na prawdę nie, a i tak zdjęć, gdzie przysłona odgrywa jakąś większą rolę jest może 10%. Z tych 10% może kolejne 10% wymagało pomocy innych parametrów, a więc trybu M. Daje nam to prosty rachunek, że zaledwie 1%, może 2% zdjęć  Może więc warto wyzbyć się fetyszu trybu M?  Warto przemyśleć, czy w danej sytuacji jest on nam potrzebny, czy też będziemy z niego korzystać dla samego korzystania. Mam pewne zastrzeżenia co do tego, czy nawet na początku naszej drogi fotograficznej czegokolwiek się z niego nauczymy. Może zależności, ale tego możemy nauczyć się inaczej. Bo tak na prawdę tryb M nie nauczy nas wpływu pewnych parametrów na zdjęcie. Nie lepiej przestawić aparat w tryb automatyczny (P, lub nawet auto) i skupić się na kompozycji zdjęcia, kadrze, czy chociaż oświetleniu? Wydaje mi się, że to nas nauczy dużo, DUŻO więcej niż namiętne korzystanie z trybu M czy potrzeba czy nie i skupianiu się na doborze parametrów zamiast na odpowiednim uchwyceniu tego czego chcemy. Pozwólmy aparatowi na odciążenie naszej głowy. Gwarantuje wam, że w 90% przypadków poradzi on sobie doskonale w naświetleniu zdjęcia. Będzie ono dobrze naświetlone. A nawet jeśli nie, to mamy jeszcze korekcję ekspozycji, która również głowę nam zaprząta tylko tym czy skorykować ekspozycję o 1/3 działki czy o 2/3.


Sam trybu M używam tylko w sytuacji kiedy korzystam z lampy błyskowej. Ale to dlatego, że wymusza ona na mnie właśnie tego trybu. Lampy mam w pełni manualne, więc aparat nie jest w stanie dobrać parametrów błysku. Tryb automatyczny by robił za dużą sieczkę na zdjęciu. Poza tym w zasadzie aparat ustawiony na tryb P, a ja mam czas na skupieniu się na odpowiednim kadrze. i wolę zrobić dobre zdjęcie, takie jakie chce, a nie na tym czy lepsza będzie przysłona 4 czy 5,6. Nawet jeśli chciałbym osiągnąć odpowiednią głębię ostrości wolę to wyregulować ogniskową. Jeśli chcę tło rozmazane, używam długich ogniskowych (135 i więcej), jeśli chcę dużej GO wykorzystuję do tego ogniskowe 10-35mm. Ja wiem, że czasem ogniskowymi nie załatwimy wszystkiego. I właśnie wtedy do gry wchodzą tryby ręczne lub półautomatyczne. Ale one są niezbędne tylko w niektórych sytuacjach. Automatyka aparatu radzi sobie doskonale z naświetleniem zdjęć. w 90% zdjęć dkoskonale sprawdzi się tryb automatyczny. Każdy inny potrzebny jest gdy chcemy uzyskać konkretny efekt, lub gdy np chcemy aby każde zdjęcie było naświetlone dokładnie tak samo, lub gdy automatyka zwyczajnie sobie nie radzi. Ale jest to odsetek zdjęć. W innych sytuacjach proponuje raczej skupić się na odpowiednim kadrze, poszukać pomysłów i inspiracji, a całą resztę zostawić swojemu aparatowi. Zaufajcie mu - on również doskonale wie co ma robić. A my? Mamy wolną głowę na inne rzeczy.

Finalnie i tak nikogo nie będzie interesowało jakiego trybu używaliśmy, a każdy oceniać będzie samo zdjęcie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 8 lipca 2018

Granice


     Aby rozwijać naszą pasję mamy wiele możliwości. Nie prowadzi nas jedynie system edukacji szkolnej i kółka zainteresowań. Mamy pełno kursów na niemal każdy temat, w tym pełno kursów nawet darmowych i przy tym na prawdę bardzo dobrych. Poza kursami i szkołami mamy możliwość edukacji nawet w domu - każdy przecież ma dostęp do internetu, a w tam wiedza jest darmowa i ogólnie dostępna. Wystarczy nieraz poczytać, przemyśleć i wykorzystać tą wiedzę. Nierzadko z pomocą przychodzą nam również znajomi, którzy mogą nam pomóc w nauce i rozwoju, jeśli dzielicie pasję.
     Jak widać uczyć się możemy na wiele różnych sposobów, a nawet te sposoby ze sobą łącząc, co daje niemal najlepsze rezultaty. Możemy chodzić do szkoły, przy okazji dokształcać się w internecie i rozmawiać ze znajomymi o tej samej pasji. To najlepsza, najprostsza i najszybsza metoda. Oczywiście na tym przestać nie możemy. Bez praktyki nawet najlepsza teoria nie ma sensu. Nie mając jednak teorii nie ruszymy z praktyką. Głupi przykład - jeśli się nauczymy co to jest np przysłona w fotografii to fajnie. Ale co z tego, że w teorii będziemy mieli tą wiedzę, jak nie będziemy umieli jej wykorzystać, bo nie ćwiczyliśmy tej wiedzy.
     Wśród ogólnodostępnej teorii i dużej dawki praktyki można popaść w pewną rutynę i wówczas mimo rozwoju stoimy w miejscu. To pewien paradoks. Bo co z tego, że wiemy jak robić daną rzecz, jak i tak jej nie będziemy robić? Co z tego, że nauczysz się grać na pianinie, jak gitara jest twoim instrumentem? I tu nasuwa się pewne pytanie:

Gdzie jest granica wiedzy?

     Czy nasza głowa przestaje przyjmować nowe informacje? To jednak ciężko nazwać granicą. Raczej to przesyt informacji i trzeba po prostu zrobić sobie przerwę, aby w głowie się wszystko ułożyło. Potem jesteśmy zdolni do dalszej nauki.
    Więc może granicą jest gdy przestajemy dowiadywać się nowych rzeczy? I to również nie jest takie proste. Wiele zależy od tego kto np prowadzi zajęcia, po jakich stronach się poruszamy w internecie... No i w końcu o wiedzy naszych znajomych. Prowadzący trzyma się programu i musi to robić, w necie w końcu przestajemy mieć pomysły po których stronkach chodzić, jakich informacji szukać. A znajomy? No cóż - jeśli to np fotograf ślubny i od wielu wielu lat tylko śluby fotografuje to co on nam może powiedzieć np o fotografii packshot`owej? Znajomy, który natomiast fotografuje tylko macro nie powie nam jak zrobić dobry portret. Itd itp. To tak jakby informatyk całe życie pracujący na Windowsie miał nam powiedzieć coś o obsłudze Linuxa, którego zna tylko z opowiadań i tego co gdzieś tam przeczytał w necie.
     Więc może granica to miejsce, gdzie tak na prawdę wiemy już wszystko co potrzebujemy? Przykładowo właśnie zajmijmy się znajomym latającym po łące i fotografującym robaczki. Człowiek się nauczył tego, zakupił sprzęt odpowiedni do macro, zdobył całą wiedzę na ten temat i w tym się specjalizuje i to go pasjonuje. Inne rodzaje fotografii mu nie podpasowały. Zakładając hipotetycznie, że porusza się w tym świecie jakby od zawsze był jego częścią to czy jego granica właśnie została osiągnięta? Patrząc na to z boku można powiedzieć, że nie, bo przecież nie umie fotografii reportażowej. Patrząc jednak subiektywnie ogarnął już wszystko. Nie stanowi dla niego problemu fotografia nawet muchy w locie. Bierze aparat i po prostu ją fotografuje. Poza to i tak nie wychodzi, bo nie i już. Jest skoncentrowany jedynie na tym i nie wykracza poza przedmioty większe niż 5cm. I owszem, zabrany na reportaż zwyczajnie zrobi on wzrok i zdjęcia oczu ludzi niż ogólnie wydarzenie. Być może będzie to swego rodzaju reporterka, bo np wydarzenie zostaną uchwycone w odbiciu w oczach ludzi. Ale to nadal fotografia macro. I ten nasz znajomy nie rozwinie się za bardzo z tym co robi.
     Obecnie sam osobiście osiągnąłem taki etap, że umiem zrobić dokładnie takie zdjęcie jaki sobie obmyśliłem. Potrafię ustawić światła, zastosować odpowiednie modyfikatory, ustawić kadr, zastosować odpowiedni sprzęt. Moja wiedza idzie w parze z wyobraźnią. Czy zatem moja wiedza osiągnęła maximum? I tak i nie. Ciągle się dowiaduje czegoś nowego i moja wiedza jest znikoma. Z drugiej strony czego jeszcze moge się dowiedzieć, jak wiedza i umiejętności przestały mnie ograniczać, a ogranicza mnie jedynie wyobraźnia?

    Osobiście uważam, że wiedza jest nieskończona. Nigdy nie umiemy i nie będziemy wiedzieć wszystkiego. Zawsze znajdzie się coś czego jeszcze nie wiedzieliśmy. W moim przypadku tak było przy zakupie rybiego oka. Poczytałem popatrzyłem, obejrzałem sporo zdjęć i nawet nie wiedziałem, że takie fajne portrety można przy jego zastosowaniu zrobić. Tylko czy ta wiedza jest mi do czegoś potrzebna, skoro nie przepadam za portretami? Czy w ogóle jest nam potrzebna wiedza, której i tak nie będziemy wykorzystywać? na to pytanie już każdy sobie musi sam odpowiedzieć. Sam pewnie zrobię dużo portretów rybim okiem (już kilka zrobiłem), ale to raczej w kwestii takich pamiątkowych i rodzinnych zdjęć, a nie artystycznych. Jak to wykorzystać w mojej specjalizacji?? Nie wiem. Obecnie mogę z całą świadomością powiedzieć, że moja wiedza osiągnęła granice, co nie znaczy że jest jeszcze wiele rzeczy których nie poznałem. Bo póki wiedza nie pozwala nam na wykorzystanie wyobraźni, póki mamy jej za mało. W momencie kiedy relacje się odwracają i zaczyna nas ograniczać jedynie wyobraźnia nasza wiedza wydaje się być kompletna.

    A gdzie jest Twoja granica wiedzy?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 3 lipca 2018

O tym samym


    Jakiś czas temu pisałem, że o tym, że wszystkie zdjęcia są takie same. Każdy robi coś co już istnieje, co zrobił ktoś inny. No niestety ten trend się utrzymuje ciągle. Coraz trudniej znaleźć perełkę, zdjęcie inne niż wszystkie. W tym wpisie chciałem poruszyć temat podobny, ale nie odnoszący się stricte do zdjęć.

     Otóż obserwuje wiele różnych blogów o bardzo różnej tematyce. Najczęściej są to blogi traktujące o fotografii, ale podjęte w bardzo różny sposób -> od strony technicznej, psychologicznej, wyzwań, zdjęć itd... Daje to pewien dosć szeroki przekrój wiedzy na temat bardzo szeroko pojętej fotografii czy ogólnie hobby (wiele wpisów można podpiąć również pod inne dziedziny życia). Jest do dość ciekawe, gdyż nie wieje rutyną. Można dowiedzieć się jak inni podchodzą do fotografii, co ludzi motywuje, dlaczego fotografia i dlaczego taka itd. A gdy zechcemy dokupić sobie coś do sprzętu łatwo możemy znaleźć recenzję danego sprzętu, lub jego bliźniaczego modelu. To żaden problem, gdy nie możemy ogarnąć jakiegoś efektu. Wystarczy przejrzeć znajome blogi i znaleźć interesujący temat.

    Wśród tej całej różnorodności tematów powtarza się jeden -> Trójkąt ekspozycji. O co w tym chodzi, że wśród ogólnodostępnej wiedzy na ten temat i łatwości znalezienia tego czego potrzebujemy i tak chcemy o tym pisać, będąc w sumie miliardową stronką na ten sam temat. Na jednym z blogów znalazłem nawet sondę na ten temat, czy ludzie chcą tego tematu. I... Kurcze!! Chcą. Chcą, bo nikomu się szukać nie chce. Tylko czy na prawdę to wymaga powtarzania tego samego, co inni już napisali? wystarczy w Google wpisać "głębia ostrości", czy "czułość ISO" i dostaniemy parę tysięcy wyników z tym co to jest, jak tego używać, jak to współgra z innymi ustawieniami oraz przykładowe zdjęcia z tymi parametrami. Ale nie... to za mało - trzeba to samo jeszcze raz, po raz miliardowy wyjaśniać u siebie, mimo iż sam blog często nie ma charakteru edukacyjnego.

    Ja nie chcę być passe, w końcu to kto i co wstawia na swojego bloga to jego problem i ja nie muszę tego czytać. Tylko czy to przypadkiem nie jest zaśmiecanie własnego podwórka? Jak ktoś się mnie zapyta "co to jest ISO", to nie odpowiem "zaraz napiszę o tym na swoim blogu", tylko odeślę do odpowiednich artykułów wyjaśniających to pojęcie dogłębnie. Nie powielam, nie powtarzam, nie kopiuję tego czego jest pełno i jest to ogólnodostępne.

    Ja ładnie proszę niektórych blogowiczów - nie powielajcie tematów po raz setny, trzymajcie się założeń swojego bloga, bo taka partyzantka na własnym podwórku nie jest fajna. Ja rozumiem, że chcecie pomóc, bo ludzie was pytają (albo nie pytają, ale chcecie pokazać jacy to jesteście pomocni). Zrobić to można na wiele sposobów i niekoniecznie przez podawanie wszystkiego na tacy w dodatku kosztem spójności własnych wpisów. Tego jest miliardy i na prawdę miliard pierwsza nie jest potrzebna. I tak, wiem, że ludzie to leniwe małpy i nie chce im się poszukać, skoro my to napiszemy. Ale, przepraszam bardzo, kojarzy mi się to z brakiem szacunku do własnej pracy, własnego bloga, w którego prawdopodobnie włożyliśmy mnóstwo serca, czasu i wysiłku.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 21 czerwca 2018

foto-spontan


     Ciekawym jest bardzo, jak ludzie podchodzą do fotografii. Pisałem o tym trochę wcześniej w artykule "baw się aż się porzygasz". Otóż pojawiają się często pytania na różnych forach

".... yyyy.... ziomeczki... bo jest sprawa taka... yyyy... będę robił sesję koleżanki w plenerze, normalnie nie? I jak ja mam się do tego zabrać? Bo ja nie wiem. Jak się przygotować? Poradźcie, bo umieram".

    Poważnie? dorośli ludzie zadają takie pytania? To na prawdę nie jest trudne. Jak masz choć odrobinę wyobraźni i umiesz się bawić to bierzesz aparat i idziesz w plener. Zabierasz jeszcze koleżankę po drodze i więcej Ci nie potrzeba. Żadnego planu, żadnych przygotowań.
Wiecie jak robiłem sesję w Bełchatowie? Albo jak powstało to zdjęcie? Zupełnie spontanicznie. Tak! 90% moich zdjęć z ludzikami to kompletny spontan. Po prostu biorę aparat i idę. Jeśli ktoś mnie prosi o zdjęcia z gitarą, ok - biorę gitarę i biorę modela/modelkę i idę. Jedynie nad czym myślę to nie nad zdjęciami, ale nad miejscem, czy dane miejsce pasuje do całej reszty. Skoro dla mnie zatłoczona ulica i grający na gitarze chłopak to raczej średni pomysł (chyba, że ma być to żebrak grający na gitarze). Ok, wiadomo w lesie też tego nie zrobię, czy na torach kolejowych, bo to zwyczajnie słabe. Bierzesz więc modela, bierzesz gitarę i idziesz w miejsce pasujące - scena, łąka z dziewczyną (yyy.. tak, dziewczyna też się przydaje)... tam gdzie ludzie grają na gitarze poza domem. I do tego na prawdę nie potrzeba jakiś planów, obmyślania sesji. Jak masz pomysł to idziesz i go realizujesz. Prawie wszystkie zdjęcia z Rafałem i Justyny to był spontan. Spotkaliśmy się na głównym placu w mieście i jechaliśmy ze zdjęciami. Bez specjalnego planu - to wszystko wyszło już w trakcie sesji.

    Podobnie sprawa się miała ze zdjęciem powyżej. Tym bardziej, że nawet nie wiedziałem, że będe je robić. Poszliśmy i każdy miał zrobić zdjęcie z lampami. I jak to wyglądało -> każdy wziął modela/modelkę i zrobił zdjęcie na ławeczce, czy klasyczne gdzieś na drzewie, czy drodze. Ok, nie odbieram im tego - ale nikt nie miał planu, niektórzy pracowali pierwszy raz z lampami błyskowymi w plenerze. Powiem wam, że zdjęcia powychodziły wcale nie gorsze od tych mega planowanych i obmyślanych. Ja znalazłem miejsce (zacieniona lekko dróżka), gdzie pomysł zrodził się od tak. W dodatku pomyślałem o zdjęciu z ukrycia, bo to po prostu wygląda fajnie. Wystarczyło znaleźć jakiś krzaczek lub niskie drzewo w okolicy max 100m (bo taki zasięg ma sterowanie radiowe). W dodatku wykorzystać ludzików do pomocy. W dodatku rozbłysk za modelką wyszedł już w trakcie sesji zupełnie przypadkowo, kiedy lampa niechcąco złapała mi się na jednym zdjęciu. Ustawić modelkę, ogniskowa w okolicy 135mm, odpowiednie oświetlenie zgodne z pomysłem i... bah - jest zdjęciu.
    Bardzo podobnie powstało zdjęcie mnie przy drzewie: 
    
Po prostu - było jeziorko, więc fotografujący wpadł na genialny pomysł wykorzystania odbicia, a drzewo w tle i odpowiednie doświetlenie zrobiło robotę. Koleś miał pomysł, który wyszedł nagle. Nie planował tego. Zadziałała wyobraźnia, umiejętność zabawy fotografią i chęć eksperymentowania. Brawo Błażej.

    I tak się zastanawiam - dlaczego ludzie tak nie potrafią - nie potrafią się bawić. Wszystko muszą mieć zaplanowane. Szczególnie w przypadku, kiedy sesję robią jako amatorzy. Tu na prawdę nie potrzeba mieć jakiś specjalnych przygotowań, jakiegoś mega planu. Skoro zamawiający sobie życzy sesję np w stylu wojskowym (bo się tym np interesuje), to kurcze mać wiadomo, że ubierzesz go w jakiś wojskowy mundur, dasz do ręki np replikę jakiegoś karabinka (skąd wziąć? Prost - skoro się interesuje to powinien mieć) i nie zrobisz mu sesji w kościele, czy na ruchliwej ulicy w mieście. Nie trzeba wyobraźni, aby zabrać go gdzieś gdzie są np ruiny budynków, albo nawet na pofałdowaną łąkę lub do lasu. Ewentualnie znaleźć miejsce, gdzie są doły, lub bunkry. Tu nie trzeba planu, tym bardziej, że nigdy nie wiadomo czego się na miejscu spodziewać. Nawet jeśli jest to dobrze znane nam miejsce. Co z tego, że zaplanujemy sobie, że zrobimy mu sesję w ruinie pobliskiej fabryki. Idziemy, a fabryka jest zamknięta, bo miasto uznało to miejsce za niebezpieczne i zabiło wejście deskami i zamurowało okna. I już z planów i przygotowań nic nie będzie. Musisz szukać i improwizować. Jesteś w doskonałym miejscu mimo wszystko, jeśli masz trochę wyobraźni. Szybko wyłapiesz jak można te zdjęcia zrobić.
    Jeśli nie masz pomysłu, nie umiesz się bawić swoją pasją, a wyobraźnia przestała działać zaraz po twoich 5 urodzinach - odpuść. Najlepiej nie tylko sesję, ale odpuść fotografię. Bez wyobraźni ta dziedzina nie działa. Jak się nie umiesz bawić nigdy nie zrobisz fajnego zdjęcia. Jak nie masz pomysłu jesteś spalony. Jeśli już koniecznie chcesz coś planować, to co najwyżej zapytaj modela/modelkę w jakim stylu sobie sesję wyobraża i znajdź miejsce gdzie można ja zrealizować. A jak sama nie wie i nie ma pomysłu to masz pełne pole do popisu. wyciągnij czym się interesuje i na tej podstawie wymyśl coś. A potem bierze aparat i idź.
    I nie mówię tu o zawodowcach, sesjach glamour, czy do jakiś reklam. Bo tam zdjęcie powstaje jeszcze zanim fotograf w ogóle wpadnie na to, że ma je zrobić. To jest inna zupełnie sprawa. Natomiast jeśli robimy fotki amatorsko i ktoś nas poprosi o zrobienie zdjęć - użyj wyobraźni i baw się tym co lubisz. Idź na spontan. To na prawdę działa. Niech to będzie twój plan na sesję - zabawa! Bo jeśli nie umiesz się bawić, to nie jesteś w stanie ogarnąć żadnej sztuki.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 23 maja 2018

Baw się aż się porzygasz


    Jakiś czas temu rozgorzała spora dyskusja na temat tego, czy praca może być pasją. było sporo zwolenników tej teorii, twierdzących że prawdziwa pasja zawsze pozostanie pasją, choćby dostać same nudne zadania. To i tak będzie sprawiać radość. Z drugiej strony odzywały się głosy, że pasja to pasja, a praca to praca. Nie można łączyć pasji z pracą.
    O ile rozumiem tych pierwszych, o tyle z doświadczenia wiem, że pasja kończy się tam, gdzie zaczyna sie praca. Widać to doskonale na przykładzie choćby właśnie fotografii. Ilu widzieliście zawodowców  po których widać zadowolenie z pracy? Oni umieją robić zdjęcia i widać to po tym jak pracują. Szukają kadrów, ustawiają ludzi, 2-3 ruchy w ustawianiu aparatu, 2-ch asystentów... ale w tym całym szaleństwie brakuje... szaleństwa. Oni są zawodowcami. Robią zdjęcia. Ale w tym całym robieniu zdjęć nie ma jednego szczegółu - blasku w oczach. To praca. Wykonywana dobrze, ale beznamiętnie.
    A teraz popatrzcie na pasjonatów. Jak oni pracują. Lekko nieporadnie, często zagubieni, nie zawsze wiedzą jak zabrać sie za temat. Ale jeśli już ktoś sobie weźmie takiego ziomeczka do fotografii kogoś/czegoś to łatwo rozpoznać kogoś kto nie czerpie z tego pieniędzy. On ma inne cele - robi to dla fanu, dla zabawy a nie dla kasy. W tym całym jego fotografowaniu i pracy ze zdjęciami jest coś, czego nigdy żaden zawodowiec nie ma i mieć nie będzie - radość i szczęście. I nie chodzi tu bynajmniej o szczęście, że ktoś w ogóle go zechciał. Nie. To blask związany z tym, że "robi zdjęcia". On nie robi tego dla kogoś - on to robi dla siebie. I to widać. I być może jego zdjęcia nie będą jakieś profesjonalne, super zrobione pozbawione błędów. Ale w tych zdjęciach będzie widać pasję, a nie pieniądze. On te zdjęcia pewnie w domku sobie na najtańszym sprzęcie obrobi (lub nawet nie) i z bananem na gębie odda. To go różni od zawodowca (czyt. Człowieka pracującego w zawodzie, a nie profesjonalisty). Zawodowiec odda super obrobione, często ocierające się o kicz, zdjęcia. Zrobi to jednak z miną poważną, przyjmie kasę i zapomni o kliencie i jego zdjęciach. Potem pewnie wykorzysta te zdjęcia gdzieś w swoim portfolio. I najczęściej portfolio zawodowców składa się z kilku-kilkunastu identycznych zdjęć. Bez pomysłu. Kiedyś wpadł on na doskonały pomysł i przez lata powtarza go jak mantrę.

     A jak oddaje zdjęcia pasjonat? Jak się nimi zajmuje? W prosty sposób - prawdopodobnie nie mając takiego zaplecza sprzętowego i prawdopodobnie takich zdolności (w końcu robienie przez lata tego samego zdjęcia doprowadziło je do perfekcji) w obróbce odda zdjęcia pomysłowe wymyślone, inne. Fakt, nierzadko nie pozbawione błędów kadru czy obróbki, ale kogo to obchodzi? Znacie kogoś, kto powie "te zdjęcia są do dupy"? Nie. Potencjalny klient (czy to będzie ciotka od strony rodziny ojca, czy też będzie to znajomy klienta poleconego przez znajomego)  ma świadomość kogo bierze. A w ostatecznym rachunku i tak zachwyci się pryszczatym synem na zdjęciu i rozmazanym tłem. Nie zauważy nawet potencjalnych błędów w fotografii. Mało tego - często pasjonat takie zdjęcia robi za darmo (dla ciotki), lub za jakąś drobną opłatą (dla znajomego klienta, który przyszedł kiedyś z polecenia ciotki). Na koniec weźmie za swoją, bądź co bądź, pracę 200zł i będzie szczęśliwy. Za takie zdjęcia zawodowiec weźmie 2,5 tysiąca zł. Tylko, że amator nie pracuje dla kasy - pracuje dla satysfakcji. Być może nie ma z tego jakiś specjalnych profitów materialnych, ale nie po to przyjmuje zlecenie, aby zarabiać na tym kokosy.

     I nie - amator pracujący za 200zł nie psuje rynku - ze zdjęć ma korzyści niematerialne. Zarabia niewiele mniej niż zawodowiec, ale w inny sposób - w sposób za który nie da sie zapłacić - za doświadczenie, uśmiech na twarzach zleceniodawcy i radość w sercu zleceniobiorcy.


Widzieliście to ->
Zwariowany perkusista
(szczególnie polecam oglądać od czasu 13min15sek)

Tak - to nie jest profesjonalista - to pasjonat. Gra w jakimś podrzędnym zespole, który nie potrafi wymyślić swojej piosenki tylko wykorzystuje utwory innych. Zespół o którym słyszało może 15 osób na całym świecie, z czego 10 to rodzina członków zespołu. Prawdopodobnie łapią okazję za jakieś marne ochłapy, za które "profesjonalny" zespół by nawet nie ruszył dupy z kanapy sprzed telewizora. Ale nie o to pewnie im chodzi, aby na tym zarabiać. Każdy z nich pewnie ma swoją pracę, a zespół traktuje bardziej jako hobby niż zarobek. Ale umieją się bawić, a szczególnie widać to po perkusiście. On nie gra w zespole - on się bawi muzyką. Pozostali członkowie zespołu może są bardziej sztywni i pozują na zawodowców, ale w ich oczach też widać szczęście. Mimo iż zespół tak na prawdę jest kompletnie denny, ale aż miło popatrzeć z jaką pasją i zaangażowaniem przykładają się do tego dennego muzykowania.
     Tak właśnie wyglądają amatorzy - praca nie pozbawiona błędów i niedociągnięć. Za to w każdym zdjęciu widać to zaangażowanie. Już nawet jak przyjrzymy się fotografującym na jakiś uroczystościach łątwo możemy wyłapać, który to profesjonalista wynajęty za grube pieniądze, a który to amator z rodziny organizatora, lub znajomy głównym osób na przyjęciu.

A teraz zobaczcie to ->
ZZTop - Sharp Dressed Man

    Tak pracują profesjonaliści. Widzicie różnice? Utwór wykonany perfekcyjnie, z każdą najmniejszą sekunda, dopracowany sprzęt, nagłośnienie, zero błędów, czy niedociągnięć. W żadnej sekundzie nie ma czegoś, co można by było zrobić lepiej, coś dopracować. Ale to tylko muzyka. Porównajcie sobie perkusistów. Tutaj jest to człowiek, który przyszedł odbębnić swoje i wracać do domu. Zero uśmiechu, zero zabawy... ZZTop to może kiepski przykład, bo oni z natury są dość sztywni, ale przykład który doskonale pokazuje jak pracują zawodowcy - sztywno, bez polotu, bez pasji, bez zaangażowania. Perfekcyjnie w każdym calu.

    I wiecie co - po 100-kroć lepiej słucha mi się wykonanie The Allnighters niż ZZ Top. Mimo iż sama muzyka jest ma błędy - perkusista czasem zgubi pałeczkę, a wokaliście nie zawsze uda się równo wejść w refren.

    Podobnie sprawa ma się ze zdjęciami - na swoje imprezy wolę zaprosić amatora, który zrobi mi to z pasjąi zaangażowaniem, niż zawodowca który zrobi mi to perfekcyjnie ale na tzw. odpierdol. Nawet jeśli finansowo miałbym zapłacić jednemu i drugiemu tyle samo.




A Wy co wolicie - smutnych zawodowców, czy amatorów bawiących się swoją "profesją"?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+