niedziela, 4 października 2015

Nissan Almera N15



Takie autko mamy. Wygląda niemal identycznie. :) Fajne? Dodoba się? To dobrze.
A teraz do rzeczy. Nasza Ala została wyprodukowana w 1998 roku. Na liczniku ma już 250tyś km. Jesteśmy jego trzecimi właścicielami. W 2013 roku w drugiej połowie autko zostało sprzedane pewnemu człowiekowi stanie... połowicznego rozkładu. Wszechobecna rdza nakazała auta się jak najszybciej pozbyć. Nowy nabywca auto wziął, spisał pełną dokumentacje usterek i korozji. Gdy nissan był już jego zajął się samochodem trochę. Doprowadził nadwozie do odpowiedniego wyglądu (teraz wygląda tak jak na zdjęciu), ale albo nie zdążył, albo zwyczajnie olał resztę. Więc auto wygląda i... w sumie jeździ.Nam przypadło w udziale zająć sie samochodem dalej.
I tak. Niedługo po zakupie wyregulowany został gaz i autko przestało gasnąć po każdym wciśnięciu sprzęgła. Niestety szczęście wraz z tym nie przybyło. Autko kilkukrotnie dostało strzałem gazu w kolektor dolotowy, aż w końcu zwyczajnie zaczęło gasnąć i nie zamierzało odpalić. "Kilka miesięcy i Ala na złom", pomyślałem. Ogarniał strach czy dotrę nią na miejsce wraz z każdą podróżą. W przypływie gotówki autko szybko do mechanika. Okazało się, że układ zapłonowy strzelił. Pewnie poprzedni właściciel nawet o tym nie wiedział. No cóż, trzeba było zrobić. Cholera, w udziale przypadł nam najdroższy z możliwych. 4 i 5-pinowe kosztowały odpowiednio 100 i 160 zł za używane. U nas był 7-pinowy kosztujący 400zł. Do tego naprawa 100zł i 500zł poszło.
Przyszła pora na przegląd. A tam... Cholera. Podwozie to wszechobecna rdza. Nie było prawie normalnego, niezardzewiałego miejsca. Psia krew. Przeglądu nie przeszedł, bo zardzewiałe okazały się przewody paliwowe i hamulcowe. W dodatku zawieszenie do połowy dobre (tzn z przodu w miarę, z tyłu generalnie nie istnieje).
No to co? Trzeba jechać do mechanika. 400zł poszło. przewody wymienione, autko zrobione. Przegląd i... udało się. Dostał.
No, ale przecież tak nie może być. Zawieszenie zaczęło piszczeć, stukać, klekotać i rzucać autem. Trzeba zmienić. Umowa z mechanikiem, autko zaprowadzone. Tego samego dnia pojechałem po samochód bo mechanik łaskawie go podpalił. Kurwa, jak? Mniejsza o większość. Uszkodził instalację gazową, a zawieszenia nie dotknął. Znalazłem innego wychowawca. Instalacja gazowa zrobiona (wymiana zaworów + regulacja). Do tego od razu wymieniłem zawieszenie. 1700zł z portfela uciekło, w raz z nimi nasze marzenia i plany wakacyjne. Kurde mać. To źle, ale z tyłu cisza i spokój.
Oczywiście autko nowe nie jest i liczymy się z pewnymi niedogodnościami z tym związanymi. Tydzień temu w czwartek autko pojechało na wymianę oleju. Olej wymienili i... cholera, przedni element trzymający koła wraz z resztą auta okazał się być sitkiem. Element kupiony. 250zł. Wymiana? 400zł. Cholera jasna. 3/4 podwozia wymienione, a to nie koniec. Mechanik zapowiedział nam zbliżające się kłopoty z zawieszeniem przednim, a nasze nozdrza każą nam sądzić, że coś jest nie tak z jakimś elementem w układzie paliwowym. Stan podłogi natomiast mówi "zakonserwujcie mnie. ZAKONSERWUJCIE MNIE!!", Więc parę rzeczy do zrobienia będzie. i parę zł poleci.
Ah, zapomniałbym - robiliśmy jeszcze wspomaganie, bo ciekło. 170zł na to poszło. Plamy na parkingach zostały do dzisiaj. :D

Cholerka. Trochę się boje ile jeszcze wszystko będzie kosztować, ile jeszcze kasy na to pójdzie. Mam jednak pewien problem - mam cholerny sentyment do tego samochodu. Bardzo go lubię. Kupiliśmy za 2500zł, włożyliśmy w niego już chyba ze 4tyś. A to jeszcze nie koniec. Jest to jednak samochód o którym nie myślę w kategoriach: "SPRZEDAĆ!! Sprzedać jak najszybciej". Nie chcę go sprzedawać. Chce doprowadzić autko do stanu takiego, aby przynajmniej 2-3 lata pojeździł bez większych awarii. To może potrwać. To może kosztować.
Szanowna małżonka powiedziała dzisiaj, że w poprzedniej Almerze wzięliśmy ślub, urodziło nam się dziecko, przeprowadziliśmy się. Była z nami prawie 5 lat i wiąże się z nią bardzo dużo przyjemnych wspomnień i przeżyć. Może dlatego do tej czuje taką sympatię, właśnie przez perspektywę poprzedniego samochodu. Być może.

Z żoną jesteśmy koło trzydziestki. Przed nami jeszcze przynajmniej 50 lat życia. Nie wiem czy to będzie nasze ostatnie autko. Zamierzam prowadzić nie dalej niż do 65 roku życia. Obawiam się jednak że to za długo aby Ala to wytrzymała i za dużo aby nasz budżet na to pozwolił. Mam jednak nadzieję, że najbliższe 5-10 lat autko zostanie z nami, a nam uda się doprowadzić je pełnej prawności. Trzymajcie za nas kciuki i życzcie nam powodzenia. Droga wydaje się być bardzo wyboista.


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+