sobota, 26 listopada 2016

Naukowa dysputa

Na wielu forach i poradnikach fotograficznych trwają ostatnio dysputy na temat nauki fotografii. Konkretnie, czy potrzeba nam poradników, kursów, szkół czy też wystarczy dobre oko, aby być dobrym fotografem. Postanowiłem zająć swoje stanowisko w tej sprawie i chciałbym je tutaj wszystkim przestawić.


Talent

Gdy mamy talent do fotografii, muzyki, filmu, tańca, czy czegokolwiek wszyscy w koło zaczynają to zauważać. Na początku są to najbliżsi, czyli rodzina. Twoje zdjęcia, muzyka, czy podrygi zaczynają się podobać. Jak wszyscy lubimy jak sie nas chwali, więc zaczynamy w to wchodzić bardziej i głębiej i mocniej. Aż dochodzimy do momentu, że nasz talent zaczynamy pokazywać dalej w świecie. Doprowadza to do tego, że z jednej strony mamy rodzinę czy znajomych którzy mówią "jest super" oraz zbiór obcych ludzi, którym to nie odpowiada. Zostajemy lekko rozdarci między tych co cię chwalą, a tych którzy uważają cię za dno totalne. Co zatem powinniśmy z talentem zrobić? A no zacząć go rozwijać przez naukę.

Samouk
Jak zwykle na początku zastanawiamy się skąd takie skrajne emocje na nasz temat. Mamy też wewnętrzne dylematy czy kontynuować to czy porzucić i w końcu iść z córką do cyrku, aby choć trochę utożsamić się z czerwono-nosymi klaunami. W tym jednak momencie z pomocą przychodzi nam medium internetu. Zaczynamy oglądać filmy na yt dotyczące naszej "sztuki", jak jesteśmy mniej leniwi również zaczynamy czytać na ten temat dużo i wprowadzać to w życie. Gdy natomiast jesteśmy bezmyślnymi leniwcami zadajemy 100 bardziej i mniej potrzebnych pytań na "forumach" mając nadzieję, że sami wiedzy szukać nie będziemy a ludzie nas wyręczą. Więc walczymy na swój sposób o podwyższanie poziomu swojej wiedzy i umiejętności. Widzimy jak babeczka na YT wystawia tyłek i zaczyna nim falować. No cóż, skoro ona to potrafi, to my też. Czy jednak falujący tyłek sprawi że będziemy lepszymi tancerzami? Głęboko chcemy wierzyć, że tak jest. Tyłek to jednak nie wszystko. Z przerażeniem odkrywamy, że składamy się nie tylko z niego. Gdy już umiemy wykorzystać nasz odbyt jako galaretę przychodzi czas na nogi. Włączamy więc babeczkę z nogami i ćwiczymy. I tak, aż nauczymi sie operować każdą istotną w tańcu częścią ciała.
W fotografii jest podobnie. Najpierw patrzymy na zdjęcia nocne i nasze wewnętrzne łał każe nam zgłębić temat. A więc lecimy w środku nocy na miasto, kiedy inni smacznie śpią i zaczynamy opanowywać to (właśnie dowiedzieliśmy się co to jest czas naświetlania i jak się go używa). Dalej dochodzimy do wniosku, że podoba nam się rozmyte tło. Przecież to takie super, jak portret ma bokeh. Zgłębiamy więc wiedzę bokehu i z zaskoczeniem dowiadujemy się, że dziury ma nie tylko nasz małżonka, ale również aparat, a konkretnie obiektyw. No dobrze, ale przecież te zdjęcia są jeszcze czyste i w ogóle gładziutki, jak nasz kot gdy niechcący potraktowaliśmy go palnikiem gazowym. Doczytujemy więc dalej i okazuje się, że nie tylko nasze dziecko potrafi być czułe, ale nasz aparat też. I tu odkrywamy również, tzw trójkąt ekspozycji.

To jednak nie wystarczy, aby czynić większy haos. O ile trzęsąc tyłkiem nie wzbudzimy zachwytu a raczej litość, o tyle odpowiednie nim trzęsienie może przyprawić kobiety to potu między udami, a mężczyzn do zmiany kształtu spodni.
Jak się męskie spodnie mają do zdjęć? A no prosto - samo ustawienie parametrów to jeszcze nie wszystko. Mamy jeszcze coś takiego jak kompozycja. I to tak na prawdę za jej pomocą uzyskamy efekt łał.

Mamy opanowane podstawy. Co dalej?


Kursy

Dalsza droga rozwoju to już niestety kursy. Owszem, możemy opanować np lampy błyskowe, możemy efekty ruchu, czy zamrożenia sami. Ale sami nie będziemy do końca wiedzieli jak je wykorzystać. Zrobimy zdjęcie spadającej wody i wszyscy nam zaklaszczą. Aż znajdzie się człowiek jeden czy drugi który powie, że nasza spadająca woda to faktycznie zdjęcie... i tyle... tylko zdjęcie!! Wszystkim się podoba, a to przecież tylko zdjęcie. Zastanawiamy się jak z "tylko zdjęcie" zrobić majstersztyk. Na razie jesteśmy diamentem. Ale ten diament trzeba jeszcze oszlifować. I tu z pomocą przychodzą nam kursy. O ile nie mamy kogoś, kto by nasz talent i umiejętności podsumował i wyprostował,  musimy niestety często zainwestować w kogoś takiego. Zapisujemy się więc na kurs. Zaczynamy od tego co już wiemy - czyli od trzęsienia zadkiem. Tym zadkiem trzęsiemy umiejętnie przed jakimś gościem który trzęsie zadkiem profesjonalnie. I w toku nauki dowiadujemy się, że od tego trzęsienia robią nam się zmarszczki, a niedługo nasz tyłek będzie obwisły po same kolana. I nie tylko ta wiedza jest nam potrzebna. Potrzebna jest nam wiedza, aby tych zmarszczek i osobistości uniknąć. I ten, do którego poszliśmy nam to pokaże. W fotografii dowiemy się, że kompozycja to nie wszystko. JEst jeszcze pełno niepożądanych elementów na zdjęciu np, których nie powinno być. I dowiemy się, jak te elementy usunąć. Pokaże jak zmienia się nasze zdjęcie, gdy np śmietnik na czyimś portrecie będzie ustawiony inaczej. Albo pokaże nam zależności między proporcjami w fotografii. Uzmysłowi nam, jak postrzega świat nasz umysł. Dlaczego kółko w dużym kwadracie wydaje się nam dużo mniejsze niż to samo kółko w małym kwadracie. Coś do czego sami byśmy nie doszli choćbyśmy 10 lat siedzieli i myśleli. Dowiemy się o fotografii i obrazie wszystkiego. Przeanalizujemy każdy piksel i nauczymy się wykorzystywać każdą ciapkę na naszą korzyść.

Podsumowanie. 

Czy zatem nauka jest nam potrzebna? Niekoniecznie. Musimy wiedzieć, że talent to nie wszystko. Talent to tylko wykopany z ziemi diament.
Możemy uczyć się sami i jesteśmy w stanie opanować podstawy do perfekcji. W ten właśnie sposób ten diament czyścimy z brudu i resztek ziemi. Nasz diament to jednak nadal czysty, matowy kawałek kamienia.
Aby ten diament oszlifować i zrobić z niego małe, bardzo drogie błyszczące dzieło sztuki musimy nasz talent i obecną wiedzę nie dość, że musimy usystematyzować, ułożyć i z całą świadomością na naszych pracach pokazać, to jeszcze musimy je rozwinąć. I to do tego potrzebny będzie nam ktoś z dużo większym doświadczeniem. Znajomy profesjonalista, który zgodził się poświęcić nam swój czas, lub (jeśli kogoś takiego nie znamy) szkoła/kursy które nauczą nas wszystkiego.
Dopiero z takim diamentem możemy powiedzieć, że to nie tylko diament, to perfekcja w każdym calu, to droższy od złota kamień.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 22 listopada 2016

Zawsze płyń pod prąd

"Nie wiesz kim być? Bądź sobą!
Nie Rysiem Ochudzkim, nie Kubą Wojewódzkim i nie Majdanem, i nie Dodą.
Bądź sobą! I tylko sobą."

(Grupa OP)

 "jestem jaki jestem i dobrze mi z tym"
(NAS)


"Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd, z prądem płyną śmiecie"
(Z. Herbert)

"Więc bądź mądry w durniów stadzie
Choć pod prąd się ciężko płynie"
(Big Cyc)


Hm, co by nie powiedzieć można stwierdzić jedno - dużo prawdy tych słowach. Niestety nierzadko to droga przez mękę. Nie dość, że trzeba przeciskać się przez tłum idący w przeciwną stronę to jeszcze bywa że i życie postawi na drodze gruby mur. I tak nasłuchuje z boku głosów pełno szepczących cicho
- Głupi jesteś
- Nie dasz rady!
- Nie nadajesz się!
- Odejdź...
I choć psychika to jakoś znosi nagle napotykasz na wielki mór przepuszczający tylko w jedną stronę, w tą co wszyscy. To dar od losu, który też każe ci odpuścić. Jak pisze Grzesiuk - "los jest ślepy", więc na razie jesteśmy w stanie ten mur obejść. A wszystko po to, aby na przekór wszystkim i na przekór wszystkiemu dojść tam, gdzie cel czeka.

Nie jest lekko, nie było i nie będzie. Droga zaczyna się robić bardzo stroma, ludzi z naprzeciwka tłum coraz większy. Gosy które szeptały zaczęły mówić. Mury stają się coraz grubsze i coraz ciężej je obejść pokonać. Zaczyna doskwierać głód, cel zdaje się oddalać, uciekać. Przestaje być wesoło. Ponoć jednak wiara czyni cuda, więc chce czy nie chce muszę wierzyć w powodzenie. Bez tego nie dojdę tam gdzie chce. Psychika padnie i porwie mnie tłum. Siły nie pozwolą przebić muru. Zginę wśród tłumu, cel zgaśnie... będę innymi, nigdy sobą.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 20 listopada 2016

nauka to...


"Wpłynąłem na szerokiego bezkres oceanu..."
Kiedy kilka lat temu byłem studentem w grupie było nas około 25 osób. Człowiek (jak 90% z nas) zajmowało się nauką, piciem piwa, ucieczką z egzaminów i melanżami. Ktoś tam, gdzieś dorwał jakąś prace na szybko. to i przy okazji dorobił parę zł. Chodziło się do szkoły, włóczyło bez celu po mieście, wpadło do przypadkowych pokojów w akademikach, albo wbijało na jakiś melanż nie znając nawet ludzi. Życie się toczyło. Jadło się, piło się i podrywało studentki. Z całej grupy zaledwie jedna osoba miała swój dom i rodzinę. Może ze 2-3 osoby miały pracę stałą. Piękni, młodzi, myśleliśmy, że mamy najgorzej na świecie, bo musimy się uczyć. Ale jakoś to szło. Nie było problemu zgadać się z kimś aby wyskoczyć gdzieś na miasto. Na całą grupę były 4 samochody. Nikt ich wtedy nie potrzebował. Ciężko było uciekać na piwko z zajęć prowadząc auto.
Studia się, skończyły. Wszyscy obronili dyplom i porozłazili się po świecie. Został zaledwie słaby kontakt z niektórymi osobami z grupy.

Minęło parę lat, a ja znowu wylądowałem na studiach. Obecna grupa liczy 14 osób. z tego 1 (podkreślam JEDNA!!) nie ma pracy. I 2 (podkreślam DWIE!!) nie mają jeszcze rodzin. Wszyscy pracując, mają dzieci, rodziny i studiują. Nie ma czasu poza zajęciami się spotkać, nie ma w ogóle mowy aby mieć czas. Nawet nie możemy się zgadać, aby wykonać projekt który mamy zrobić. I tak siedząc sobie spokojnie, przysłuchując się  "The sins of the beloved" (swoją drogą polecam kapelę. Ciężka muzyka, warto posłuchać) zastanawiam się czy to wina czasów? Czy aż tak mocno się zmieniły, że trzeba pracować i zarabiać? Czy to wina mody? Może narzucenie przez społeczeństwo, że jak nie pracujesz to jesteś nikim? Mam 36 lat. Ze mna w grupie są dwie osoby w podobnym wieku. Reszta nie marzy jeszcze o skończeniu 25. Pracują wszyscy.

Kto kiedyś myślał o pracy, rodzinie? Kto się zastanawiał nad swoimi przyszłymi losami. Mieszkało się w ciepłym koncie u rodziców a jedynym problemem było to, czy wrócisz po imprezie w pozycji pionowej, czy poziomej.
Teraz? Kto myśli o zabawie? Kto myśli o włóczeniu się po parkach i ulicach bez celu? Kto myśli o spotkaniu się po zajęciach? Teraz mamy bardziej ludzkie, przyziemne problemy - jak się dorobić i jak wyżywić siebie i swoją rodzinę.

Egh... trochę szkoda. Czasy bardzo się zmieniły. Czy są lepsze, czy gorsze? Nie nam to oceniać. Ale, skoro takie sobie stworzyliśmy, to znaczy, że takie właśnie nam odpowiadają. Było białe, jest czarne. A może na odwrót? może za naszego życia, a może już nie... tak czy siak kiedyś się tego dowiemy.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 16 listopada 2016

My Way

Trafiłem swojego czasu na na konkurs fotograficzny. I postanowiłem wziąć w nim udział. Pomyślałem, ze to dobry pomysł, na powrót  trochę do przeszłości. Teraz, myślę, możliwości trochę większe - dwie lampy błyskowe to może uda się coś z tego wyciągnąć. Stargałem więc cały sprzęt do piwnicy, zamontowałem Heliosa i wziąłem się za przygotowania. Rozstawiłem lampy statywy, założyłem zimową kurtkę, ustawiłem ostrość i... zgasiłem piwniczne światła. Ciemno jak w murzyńskich otworach, ale co tam. Spocony w kurtce, zalatany między aparatem, a lampami, co by wyczaić aby zdjęcie wyszło należycie. Oczywiście długie czasy, bo inaczej by się nie dało. I w końcu się udało. Długi czas, wycelowana ostrość, samowyzwalacz. Pik pik pik... i słychać dźwięk wyzwalanej migawki. Bah, wyzwolony zdalnie błysk i szybki bieg przez ciemność i... druga lampa błyska, migawka się zamyka... jest zdjęcie.
Efek? Nawet nawet. Jeszcze kilka drobnych poprawek i kilkanaście strzałów migawki i dwa razy tyle po oczach. Jest, trafione. Udało się niemal perfekcyjnie. Dwie postacie są poprawnie ustawione. Jeszcze jedno zdjęcie, z czasem setnych sekund, wyzwolony błysk... ale to nie to. Z jedną postacią nie jest tak fajnie. Czegoś brakuje. Z resztą nie taki był zamysł. Zabawa przednia, ale 2 godzinki w ciepłej piwnicy i zimowej kurtce dały popalić. Zlany zimnym potem, zadowolony z sesji wróciłem do domku. Pół godzinki odparowywania, szybki retusz (korekta obiektywu, lekkie wyostrzenie i zwiększony kontrast).
Wynik kilkugodzinnej zabawy możecie oglądać na swoim sprzęcie. :)


zBLOGowani.pl
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 13 listopada 2016

Oto ja

Jakiś czas temu podczas rozmowy z pewnym człowiekiem wymienialiśmy się doświadczeniami fotograficznymi. Człowiek używał Canona. Oczywiście chwalił swój sprzęt jaki to on super i w ogóle. Zdziwił się, gdy pochwaliłem się Pentaxem.
Następnie gdy już przebolał, że ktoś może mieć coś innego niż Canona lub Nikona doszliśmy do momentu fotografii cyfrowej. Jako użytkownik Lightroom i Photoshop pokazał mi funkcje tych programów i co można z nimi zrobić. Oczywiście nie omieszkał powiedzieć:
- To lightroom 6, a jaką Ty masz wersję?
- A to Photoshop CS. a jakiego Ty masz u siebie?
Oczywiście musiałem zaprzeczyć posiadania LR czy PS, bo ich nie używam. Zauważyłem, że jego powieki coraz bardziej odkrywają źrenice. Stanowczo zaczął nalegać na instalacje tych programów na siłę próbując wmówić mi, że to moje to wielkie G, a najlepsze są tylko LR i PS. W pewnym momencie nie wytrzymałem i walnąłem:
- Nie mogę zainstalować, bo nie używam windowsa.
- Na macu też działają.
- Maca też nie używam. Od lat używam linuxa
Paszcza mojego rozmówcy się zamknęła, przez moment zapanowała niezręczna cisza, którą przerwała wypowiedź:
- Przyhodzisz do mnie z Walkmanem. Posiadasz kasety magnetofonowe. Używasz Pentaxa, nie korzystasz z Lightroom ani z Phostoshopa. A na koniec mówisz, że nawet Windowsa nie masz. Co z Ciebie za człowiek??
Tymi słowami, mój rozmówca w zasadzie zakończył i chyba zrezygnował z rozmowy ze mną kompletnie zmieniając temat.
Ostatnie jego słowa brzmiały dość obraźliwie i niedowierzająco. A najdziwniejsze jest to, że chyba nawet sobie sprawy nie zdaje, jak mocno podniósł tym moje ego. Gdybym zaprosił go do siebie, by nawet nie był w peni pewien, czy to co widzi to mieszkanie, czy pudło kartonowe.

A więc:
1.Wszedłem w system Pentaxa, bo ani Nikon, ani Canon nie oferował mi tego co potrzebowałem. Sony nie lubię bo uważam, że to badziewna firma z bardzo dobrym zapleczem marketingowym. Dopiero od Pentaxa dostałem to czego potrzebowałem.
2. Do słuchania muzyki używam wierzy stereo, a nie telefonu komórkowego czy sprzętu 5.1. To fenomen, bo przecież telefony są teraz takie cool, a ja tego słuchać nie mogę. W klockach wierzy świeci po oczach magnetofon kasetowy. Co również boli cyfrowe dzieci. Ale niedowład nóg niektórzy mogliby dostać gdyby znaleźli obok gramofon analogowy z niewielką na razie kolekcją płyt. Niektórzy tego nawet nie znają. Wszyscy zachwycają się nagraniami na Youtube niektórzy chwaląc ich jakość. Coś przy czym moje uszy zaczynają krwawić. Nie mogą się one równać z analogowym dźwiękiem w żaden znany ludzkości sposób.
3. posiadam specjalną półeczkę wypełnioną po brzegi kasetami. Czy to normalne? A no chyba nie. Również przyprawia to w zadziwienie.
4. w trasie słucham walkmana i nosze ze sobą kasety. Kiedy w autobusie wśród gimbazy ze słuchawkami na uszach słuchających swoich telefonów nagle przyjdzie mi ochota zmiany kasety, w autobusie/tramwaju zalega głucha cisza. Wszystkie oczy patrzą na mnie, co ja robię, a niektórym szczęki na podłogę opadają. To jest bezcenne uczucie. :) Pomijając już dźwięk kaset wrażenia wizualne są niezastąpione.
5. Do sprawdzania godziny mam zegarek na rękach. Zapytajcie kogoś na ulicy o godzinę. Ilu spojrzy na zegarek? 5%? 10%? Cała reszta wyciągnie telefon i na nim sprawdzi aktualny czas. U mnie do tego służy mechaniczne urządzenie wskazówkowe.
6. Na laptopie mam linuxa, co niektórych bardzo boli. Niedawno chcąc zagarnąć sobie laptopa usłyszałem tylko - o nie, nie dam Ci go skazić linuxem. W sumie krzywdy mi w tym nie było, bo obecny jest na tyle wydajny, ze nie potrzebuje nic więcej. Linux to linux i ma wiele mniejsze wymagania sprzętowe niż windows.
7. Kiedy w świecie poza LR i PS nie ma nic, ja korzystam z Darktable i Gimpa. Czy to źle? Nawet się zastanawiałem i porównywałem oprogramowanie darmowe z płatnym. Znalazłem 1 (słownie: JEDNĄ!!) różnice między Darktable i LightRoom. Możliwości Gimpa i PhotoShopa są identyczne. To co można w PS można też w Gimp. Oczywiście już widzę falę zaprzeczeń. Więc jeśli zastanawiacie się, czy taka to a taka funkcjonalność w Gimp (która jest w PS), odpowiedź brzmi - Tak, jest. A to że dana funkcja nazywa się trochę inaczej i nie zawsze jest tam gdzie można ją znaleźć w płatnym odpowiedniku, to nie można zaznaczyć na błąd. Jeśli uważasz, ze tak, znaczy się że jesteś więźniem swoich przyzwyczajeń.
8. Moje auto to żółty Hyundai Atos z panoramicznym dachem. Ma ktoś takie autko? Nie? Ja mam.

Czy takie życie jest dobre? Dla mnie tak. Lubię tak żyć, trochę inaczej niż wszyscy. Kocham zdziwienie ludzi słuchających, że można nie używać windowsa i żyć. Uwielbiam wzrok ludzi w autobusie gdy zmieniam kasety. I jestem mega zadowolony, że nie uczestniczę w walce między Canonem i Nikonem. Uwielbiam życie troszkę inne niż mają wszyscy. I mogę powiedzieć tylko jedno - nie czuje się ani gorszy, ani lepszy i jakoś nie czuję, abym przez niestandardowe rozwiązania miał mniejsze możliwości. Mogę nawet powiedzieć jedno - mam większe możliwości. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 11 listopada 2016

Senny koszmar

   Dziś odwiedzasz swojego wójka. Na początku chwali Ci się nowym samochodem. To bentley z roku 64. Dziś święto smoka. Będzie tu zaraz cała rodzina. W międzyczasie oglądacie nowy nabytek, a ciotka przygoowuje obiad. Rodzina powoli się schodzi.
Gdy są juz wszyscy zasiadanie do obieadu przy wielkim stole w pokoju gościnnym willi wujka. Jest was ze 100 osób. Dałbyś uciąć głowę, że pierwszy raz na oczy widzisz tych ludzi. Widzisz swoją żonę, swoje dziecko i wujka. Więcej osób nie znasz.
Przygotowania do święta trwają. Święto polega na tym, że codziennie o tej porze roku przechodzi tędy wielki smok i jeśli zajrzy do domu znaczy, że trzeba dać mu usmażone mięso i smok idzie dalej. Nikt się nie boi, przecież co roku się udawało. Siedzicie, jedzie, rozmawiacie i... czekacie. Śmiehy, rozmowy, stukot stućców o talerze.
Z oddali dochodzi głośny tupot. Jest coraz głośniejszy, coraz bliższy. Talerze zaczynają drgać. Po chwili hałas jest nie do wytrzymania, a w domu nie sposób ustać na nogach.
Nagle! Cisza... trzęsienie ustaje, światła wszystkie gasną. Jest cisza, słychać jedynie szum wiatru. Rodzina w oczekiwaniu, nikt nie odważy się nawet pisnąć. Patrzcie z podnieceniem i niecierpliwością czy smok zajrzy czy nie. Słychać jedynie jazgot i w oknie pojawia się wielkie oko. Ciotka wstaje, chce podać mięso.  Ty stoisz przy drzwiach od wielkiego pokoju i przyglądasz się całej sytuacji z boku. Jeden ruch, ręka na klamkę i z wielkim hukiem i szybkością petardy oko spogląda na ciebie. W sercu strach, w oczach przerażenie. Zamierasz. Smok delkikatnie unosi głowę i z wydaje z siebie wielki ryk!! Robi się ciemno. Patrzysz jak cał rodzina zrywa się z krzeseł. Łapiesz córkę, łapiesz żonę i z przerażeniem wybiegacie z pokoju. Rodzina za wami. Biegniecie długimi korytarzami. Ciemnymi. Nie ma prądu, jest czarno. Co chwilę słyszysz za sobą wpadających i panikujących ludzi. Wpadacie w kilka osób do któregokolwiek pokoju i czekacie. Dom zaczyna się trząść. za oknem słychać wielki ryk, bestia wpadła w szał.
Nie myślisz, chwytasz żone i córkę za rękę i biegniecie gdziekolwiek. Wpadacie w jakieś dziwne pomieszczenie bez okien. Zamykacie drzwi i czekacie. Z oddali słychać przerażający krzyk mordowanych ludzi i huk burzonego domu. Siedzicie w koncie i czekacie przytuleni i przerażeni.
Huk ustaje, krzyki ustają. Jest ciemno, prawie nic nie widać. Sychać tylko poruszającego się wokół domu potwora.
Dostrzegasz w oddali drzwi. Każesz żonie i córce czkać. Podchodzisz powoli, otwierasz. W oddali malutkie okno przez które wpada trochę światła. Zdezelowane, zapomniane pomieszczenie. Pierwsza myśl - zawołać rodzinę. CZujesz, że tu będziecie bezpieczni. I zanim cokolwiek z siebie wydobędziesz w przeciwnym roku dostrzegasz krzesło. Na krześle siedzi wilki niedźwiedź. Trzyma w rękach martwego człowieka bez głowy.  Patrzysz chwilę i ten widok zamurowuje. Czujesz dotknięcie, podskakujesz. To żona. Spojrzała na niedźwiedzia. O jedynie wyjęknęła "O boże...". Po chwili pokazuje w kiedunku zwierzęcia i mówi "PATRZ!!". Huk bestii jest przerażający i jedynie na co cię stać to "widzę"...
- NIE!! - krzyczy kobieta - PATRZ!! Piwnica!!
Faktycznie, krzesło stoi na czymś w rodzaju włazu. Niewiele myśląc idziesz w kiedunku włazu. Odpychasz marte zwierzę, bezgłowy człowiek opada bezwadnie. Jeden kopniak i i otwierasz właz. Prowadzi donikąd. Po prostu w dół. W czerń. Żona już za tobą z dzieckiem. Bezmyślnie wchodzicie do środka.
To piwnica, cemna, czarna i malutka. Tak maluta, że z trudem mieścicie się w środu. Czkacie.
Z góry słychać różne odgłosy... czekacie. Nagle... olbrzymi huk, przytulacie się mocno...
W tym momencie otwierasz oczy, jest ranek. Sen się skończył. Leżysz ze śpiącą jeszcze żoną w łóżku. Światło z dworu przedziera się nieśmiało przez opuszczone żaluzje. Patrzysz na zegarek. Czas zacząć kolejny dzień...
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 6 listopada 2016

Im więcej ciebie tym mniej

Kiedy jakiś czas temu zaczynałem przygodę z fotografią nie wiedziałem nic. Zdjęcia robiłem i na tym sie moja widza kończyła. W pewnym momencie przestało mi to wystarczać i moja głowę zaczęły ogarniać rzeczy techniczne fotografii:
- Co to jest to M? I w ogóle dlaczego ja mam tło, a inni nie? I w ogóle co to za kropki na zdjęciach? Jak inni robią, że ich zdjęcia sa fajne, a moje to takie cyki?
Oczywiście, jak każdy szanujący się Janusz fotografii winę zganiałem na sprzęt. No bo przecież co ja mogę z takim olympusem? Stare to to i w ogóle. Pomyślałem o zmianie sprzęty na wymarzonego Fuji S9600. Olympus poszedł w świat, a ja za zarobione w ten sposób pieniądze zaopatrzyłem się w to co zawsze chciałem.
- O tak - pomyślałem - teraz moje zdjęcia będą super.
Nie pomyliłem się. Zdjęcia były bardzo fajne, ale nie za sprawą sprzętu. Sam sprzęt szybko ukazał mi smutną prawdę - braki w wiedzy.  kompaktem więc w ręku i z pustką w głowie uwieczniałem rzeczywistość. Jednocześnie zgłębiałem tajemną wiedzą czasu naświetlania i tego co chłopaki lubią najbardziej - otworów i ich wielkości. Zależności mieczy czasem, a wielkością otworów a także czułością spowodowały, że zacząłem bawić się, eksperymentować. W ten magiczny sposób powstały pierwsze świadome zdjęcia.
W pewnym momencie doszedłem do pewnej perfekcji w posługiwaniu się zależnościami czasowo-otworowymi. Gdy do tego wszem i wobec zaczytywałem się idealnością surowości tworów szybko musiałem nauczyć się też doprowadzania ich w stan produkcji i w końcu wywołania. Gdy już ogarnąłem i to wszystko stało się jasne - czas, czułość i otwór to fazy tworzenia. Potem surowica i długa produkcja. A niedługo później twór gotowy. Moje zdjęcia w końcu zaczęły się podobać. Zacząłem dostawać pierwsze pochwały za fajne zdjęcia. Odnalazłem swoją drogę i tworząc kompaktem kolejne obrazki dumnie szedłem w świat.
To wprowadziło mnie w pewien błąd i pewien moment zablokowania. Uznałem, że to mi wystarczy i niczego już więcej nie potrzebuję. W końcu ludzie zauważyli, że moje zdjęcia różnią się od zdjęć innych. Moje podejście do fotografii było zupełnie inne niż  większości. I tu zabłysła mi w głowie lampeczka
- TAK! Trzeba to wykorzystać. Pokazać ludziom, że można inaczej.
Postanowiłem otworzyć biznes. Nic jednak na łapu-capu robić nie chciałem, aby nie wpaść w pułapkę. Ruszyła maszyna, zapisy na kolejne kursy, rozpoczęcie szkoły, nauka pełną parą. Szybko przekonałem się, że choć wiele umiałem, tak na prawdę nie umiem nic. Zacząłem wysokie loty z skrzydłami zlepionymi ziemianką. Jeśli nie wzmocnię tego, nie zacznę szlifować tego co już wiem i nie zacznę się uczyć spadnę i nie osiągnę nic.
Kursy i szkoła udowodniły tą smutną prawdę. Teraz, kiedy wiem, że niewiele umiem, a samo oko i podstawowe umiejętności to dużo za mało ruszyłem. Mój plan zakłada 2 lata nauki i rozpoczęcie czegoś na własną rękę. Minęły już 2 miesiące. Zostało 22. Zegar tyka. A ja z każdym kolejnym kursem, z każdą nową wiedzą dowiaduję się, że umiem coraz mniej, choć w głowie przybywa wiadomości. Dziwne to uczucie - jak umiałem mało, wydawało się, że umiem wszystko. Ale im więcej się uczę i im więcej poznaje tym mój cel zamiast  się zbliżać oddala się coraz bardziej. I mimo iż jestem krok do przodu, cel oddala się o 2 kroki.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+