piątek, 30 września 2016

Chwila rozterek

Ponoć niektórzy swoje sprzęty traktują jak kobietę - delikatnie, pieszczotliwie i od czasu do czasu głaszczą. Pewien zgrzyt zaczyna się, gdy okazuje się że dana "kobieta" ma już 14 lat i jest bardzo stara i powoli umiera. W przypadku kobiet 14 lat to nie jest dużo, ale w przypadku sprzętu już tak. Jedyne co te dwie "rzeczy" łączy w tym wieku to fakt, że ani kobiety ani sprzętu się nie głaszcze. W przypadku kobiet jeszcze nie, a w przypadku sprzętu już nie. No i niestety, mój sprzęt 14 lat już istnieje na świecie i zaczął powoli dogorywać. Bardzo powoli, ale nieodwołalnie. Nadszedł więc czas, nad rozejrzeniem się nad czymś nowym. Biorąc pod uwagę, że nadszedł czas, kiedy nie za bardzo mogę sobie pozwolić aby mój aparat powiedział "dość" wybór padł na nowe urządzenie. Owszem w danych pieniążkach mogę mieć całkiem niezły aparat używany, ale jednocześnie nigdy nie wiadomo na co się trafi. A skoro swoją przyszłość wiążę mocno ze zdjęciami potrzebuje urzędzenia niezawodnego.
Jakie to dziwne uczucie, kiedy najpierw współczuli mi wszyscy w koło że muszę znaleźć i kupić auto, a teraz wyrazy współczucia słyszę, gdy mówię, że muszę znaleźć coś nowego. Niedługo jednak się dziwiłem skąd takie słowa. Ponieważ jestem kompakciarzem pierwszy moje kroki poszły w stronę kompaktu. Kwota do wydania nieduża. Ale jak na kompakt i tak pokaźna. Oczywiście musiał być to superzoom, innego sobie nie wyobrażam. Rzeczywistość szybko zweryfikowała moje plany. Nie ma!! Po prostu nie ma dobrego superzooma w moim budżecie. Jeszcze te kilka lat temu nie było z tym problemu. Fuji który mam teraz w czasie swojej nowości był jednym z najlepszych swojego czasu. I mieścił się w budżecie który mam obecnie. A teraz nie ma. Wszystkie to ogromne aparaty z malutkimi matrycami i potężnymi zoomami. Do tego obiektywy z najniższej możliwej półki. I jedynie co różni aparat za 1000 zł od tego za 2000 to funkcje. A tak to wszystko jedno wielkie badziewie.
Cóż było robić, aparat mieć trzeba. Ale jaki, jak żadnego nie ma. No niestety zmuszony zostałem do rozejrzenia się za lustrzanką. A tych na rynku jest sporo. I kosztują niedużo. Tak, ja wiem, że to sprzęt raczej dla amatorów niż profesjonalistów... Ale, pomyślałem, skoro wystarczał mi zawsze kompakt z matrycą 2/3 cala i niedużym zoomem, to spokojnie wystarczy mi również tania lustrzanka z matrycą APS-C. Wyznacznikiem był dla mnie raczej obiektyw, który chcąć nie chcąc musiał mieć szeroki kąt przynajmniej 24mm i przynajmniej 200mm na drugim końcu. W dodatku posiadać funkcję makro. W swerze zainteresować pozostały więc 2 aparaty spełniające te wymogi. Oba z dwoma obiektywami. Może i dużo, ale przynajmniej bardzo uniwersalnie. Mógłbym kupić z jednym, ale i tak musiałbym dokupić drugi a w zestawie wychodziło taniej. Przez pierwsze 2-3 lata i tak bym musiał zadowolić się kitem, a dopiero potem będę myślał o dokupieniu czegoś (marzy mi się stałka 50mm ze światłem f1.4, ale drogie to cholerstwo jest).
Po przejrzeniu opinii, zapoznaniu się dokładnie z danymi technicznymi i obejrzeniu kilkuset minut materiału filmowego na temat każdego z wybranków moje serce szczególnie mocno zabiło do jednego z nich. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że tak, to jest godny następca starej, wysłużonej 14-latki spod znaku Fuji.
A Wy szukaliście ostatnio jakiegoś aparatu dla siebie? Co wam się wówczas rzuciło w oczy? Co was zdenerwowało na rynku? Na jaki w końcu sprzęt się zdecydowaliście? Dlaczego akurat ten?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 23 września 2016

inność przeca jest twoim wrogiem

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z fotografią nie wiedziałem jaką ścieżką pójdę. Chciałem sie nauczyć fotografować wszystko i we wszystkim być genialny. Cykałem więc kwiatki, koniki, ludziki, drzewka i autka. Nie miałem wyznaczonego celu. Pewnym przełomowym okresem okazała się śmierć mojej babci. Śmierć ta zawitała również na moim zdjęciu. I to był strzał w 10. Spodobała mi się ta droga tajemnicy, zagadek, niedopowiedzeń. Słyszałem, że zdjęcie aby było dobre musi opowiadać pewną historię. W swoich zdjęciach jednak nie to chciałem ukazać. Moje zdjęcia nie miały nic opowiadać, za to dawać do myślenia. Ta nieco wyjątkowa droga fotograficznej "kariery" okazała się dość trudna. Trafiłem do świetnej bardzo zgranej grupy pasjonatów. Stałem się członkiem kilku grup fotograficznych. Mogłem się pochwalić tym co pokazywałem. To okazało się jednak dość przytłaczające. Pod moimi zdjęciami nie było komentarzy. Jakieś polubienia zdobywałem rzadko. To wpędziło mnie w półapkę którą przewrotnie nazywam Ijak, od pytania które często pojawia się pod zdjęciami. Znacie tą historię - wstawiacie zdjęcie, podpisujecie "I jak?" i czekacie aż ktoś was pochwali lub wytknie pewne błędy.

Droga Ijaka okazała się równie obfita w komentarze co zdjęcia którymi się chwaliłem. Null... 0, czyli nic. Wydawało mi się to dziwne, gdy pod zdjęciami innych widniało sporo komentarzy z fotograficznymi radami, czy krytyką. Moje świeciły pustkami.

Gdy zacząłem dochodzić dlaczego tak jest znalazłem odpowiedź. Ludzka psychika okazała się bardzo ukierunkowana i zaślepiona klapkami jak końskie oczka. Widziały tylko to co na wprost, a niczego poza tym. Ludzie potrafią doradzić w sprawach standardowych zdjęć, natomiast nie znajdują odpowiedzieć na coś co wychodzi poza schemat. Dlatego można znaleźć dużo komentarzy, porad, hejtu i krytyki pod wszelkiego rodzaju portretami, krajobrazami czy makro. Czyli pod standardem fotograficznej drogi. Natomiast nikt nie potrafi odpowiedzieć na zdjęcie wybijające się ponad schemat. Jeśli na zdjęciu nie ma człowieka, kwiatka, czy jakiegoś widoku ludzie przestają sobie z tym radzić. Nie potrafią ogarnąć czegoś nietypowego. Gdyby wszyscy robili zdjęcia anface z kompozycją centralną byłoby świetnie. Gdyby tylko ktoś poza ten nawias wyszedł i ustawił postać z boku ludzie by zgłupieli. Prawdopodobnie posypałyby się zaraz komentarze, że dana postać powinna być w środku, a nie z boku. Bo to jest proste. Łatwo określić, że to jest portret. I ludzie każdy portret chcą wsadzić w sztywne ramy. Mielibyśmy teraz same portrety centralne z postacią anface i jedyne co by się zmieniało to ludzie na zdjęciu. Z resztą swoją drogą w przypadku portretów zazwyczaj tak jest. Zmienia się tło, zmienia się model/modelka. A zdjęcia są niemal wszystkie identyczne.

Gdy jednak popatrzymy na zdjęcie którego nie da się zamknąć w żadnym znanym i standardowym kanonie zdjęć już nie potrafimy o zdjęciu powiedzieć nic. Nie określimy co jest na zdjęciu dobrze, a to jest źle. Zdjęcie jest i koniec. Łatwo określimy błędy konkretnych zdjęć. Gdy jednak już zdjęcie nas zmusi do pomyślenia i zaprzestania myślenia schematycznego - odłączamy się. Dla ludzi wszystko jest albo czarne, albo białe. Sprowadzamy portrety do jednego wzoru, makro do jednego wzoru i krajobraz do jednego schematu. Nie potrafimy jednak zastosować żadnego wzoru do zdjęć nietypowych. I to nas gubi. Jedność, standard, schemat. Nie lubimy różnorodności, boimy się zmian, odcinamy się od inności. Chcemy być identyczni, dokładnie tacy sami. Ryzykujemy własny indywidualizm, własną wizję na rzecz tych dobrze znanych. Bo wiemy, że wówczas będziemy się podobać, będziemy akceptowani i przyjmowani. Będziemy wśród "przyjaciół".
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 16 września 2016

W kilku dźwiękach

To bardzo dziwne uczucie, gdy człowiek dostając kolejną kasetę czy też płytę, nagle zdaje sobie sprawę, że całe jego życie można zamknąć w zaledwie kilku kapelach. 35lat minęło, a wiele z nich po dzień dzisiejszy jeszcze gra, występuje, wydaje płyty. A część już dawno przepadła i ich wspomnienia pozostały tylko na kilku nośnikach. I gdy odbierając kolejny album Big Cyca zorientowałem się, że w zasadzie od pierwszej płyty po ostatnią jestem z nimi, słucham ich i szanuje, zdaje sobie sprawę, że moje życie musiało być bardzo nudne. Od dzieciństwa po dzień dzisiejszy. Były przerwy w słuchaniu tych zespołów. Był też czas, kiedy nic innego z głośników nie leciało. I to tymi piosenkami wkurzało się sąsiadów wywalając potencjometr na fuel aż do zagrzania kondensatorów. I to tymi dźwiękami witałem i kończyłem kolejny dzień. Przy tych dźwiękach bawiłem się z kolegami na podwórku. Koledzy zniknęli, piosenki zostały. Przy nich człowek rozbijał się rowerami miedzy sobą, słuchał ich przy śniadaniu i kolacji, a także darł się na ulicy na cały głos wykrzykując ich teksty. Mijały lata, a ciągle w głośnikach ich utwory.
Aż trudno uwierzyć, ale z nimi zaczynałem liceum i zdawałem maturę. Przeszedłem całą szkołę policealną. Z nimi na cały regulator woziłem się starą zdezelowaną Toyotą strasząc każdą napotkaną eLkę. Z dźwiękami ich utworów uprawiałem pierwszy seks i z ich piosenkami poznałem ówczesną przyszłą żonę. Z nimi przeżywałem życiowe dramaty i zamieniałem życie w karnawał. Z nimi poszedłem do pierwszej pracy i zabrałem pierwszą wypłatę. Z ich utworami w głowie i na ustach brałem ślub i żyjąc z ich piosenkami z nerwami czekałem na podówce aby stać się tatą.
Jedni mierzą życie przez pryzmat kolejnych znajomości. Inni przez pryzmat rozbitych samochodów. Jeszcze inni liczą życie w kolejnych mieszkaniach. A ja mogę swoje życie wyliczyć i opowiedzieć kolejnymi albumami i słowami grupy Big Cyc. 16 lat od pojawienia się pierwszego albumu ukradzionemu koledze na koloniach do dzisiaj. U mnie to całe życie streszczone w kilku wersach kilku piosenek na kilku albumach.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 6 września 2016

Pryzmat fotografa


Spotkałem sie ostatnio z pytaniem w jednej z grup fotograficznych, które wzbudziło we mnie pewne emocje karzące napisać mi ten post. Autorka pytania kupiła sobie nowy lepszy aparat i zaczęła się zastanawiać, czy robi dobre zdjęcia. I pochwaliła się kilkoma portretami. Tu mnie zaskoczyła jedna refleksja. Otóż zauważyłem, że w wielu postach i pytaniach ludzie się chwalą posiadanym sprzętem. Tylko... po co? Czy na prawdę ludzie myślą, że przez posiadanie lepszego aparatu będą lepsi, a ich zdjęcia będą cudne? O tak od razu? Bo przecież to dobry i drogi sprzęt, więc i zdjęcia muszą być super. Tylko że lepszy sprzęt nie uczyni nas lepszymi fotografami. Aparat to przecież tylko narzędzie i nie ma znaczenia czy kosztował on 30tyś zł czy 300zł. Jeden i drugi świetnie nadaje się do fotografii. Dużej większości wydaje się, że ich zdjęcia będą lepiej oceniane, jak napiszą jaki mają super aparat. A to chyba nie tędy droga. Nie można oceniać umiejętności kierowcy przez to jaki samochód posiada. Nie chodzi w życiu chyba o to, aby oceniać książeczkę czekową po okładce.
I tu można by się zastanowić, czy pokazanie jaki ma się ekstra aparat to jest dowartościowanie samego siebie (ja mam, a wy nie), czy też nadzieja na to, że oceniający pomyślą: "no tak, ma taki sprzęt to zdjęcie musi być dobre". Czyli w sumie dowartościowanie swoich zdjęć.

Tymczasem oglądając zdjęcie myślimy sobie - "e... kiepskie". A potem czytamy że zostały zrobione np Leica Q Pro i wówczas myślimy sobie - "e... kiepskie".

Zauważyłem również, że często ocenia się człowieka przez to czym robi zdjęcia. Sam się czasem na tym łapie. Przykładowo, ostatnio na rozpoczęciu roku mojej córki ludzie robili zdjęcia. Jedni mieli aparaty, inni telefony... Znalazł się też jeden tatuś z bardzo dużym, ciężkim aparatem. Od razu zwróciłem na niego uwagę i pierwsza myśl była "o... ten to potrafi robić zdjęcia". Oczywiście szybko sobie uświadomiłem, że to kompletna bzdura jest. Niepozorna mamuśka z telefonem komórkowym może być w sumie zawodowcem, a człowiek z drugą lustrzanką zwykłym niedzielnym cykaczem. Ludzie natomiast uważają podświadomie, że lepszy sprzęt to bardziej profesjonalny ludzik go obsługuje. Tymczasem sam sprzęt pokazuje nam co najwyżej zasobność portfela jego posiadacza, a nie profesjonalizm właściciela. Kiedyś pewien mądry ktoś opowiedział mi, że jego kolega przeszedł kilka kursów fotograficznych i skończył studia mając do dyspozycji tylko kawałek kartonu i kliszę. I nie stać go było na zakup aparatu. Zamiast na to wydał na naukę. Za to z tego co miał, przy użyciu pewnych zdolności manualnych zrobił sobie aparat sam. Kartonowym aparatem potrafił zrobić magisterkę. Historia świetnie pokazuje, że nie aparat robi zdjęcia, a człowiek. I droższy aparat nie sprawi że my będziemy lepsi. Chwalenie się sprzętem nie spowoduje, że wszyscy zaczną się zachwycać naszymi zdjęciami.

Moje aparaty to relikt minionej epoki i zwykły kompakt. Po 3-ch przebytych kursach fotograficznych i kilku spotkaniach poznałem bardzo sporo osób lubujących się w fotografii. Jedni mieli sprzęty warte tyle co 2-piętrowy dom, a inni o równowartości dziecięcej hulajnogi z Tesco. I ani nie czułem się gorszy o tych z bogatszym zestawem, ani nie czułem się lepszy od posiadaczy najtańszych maszyn. Porównując i chwaląc się publicznie swoimi zdjęciami potwierdza się tylko to, że aparat to tylko narzędzie. Jak śrubokręt. Ale czy kupując drogi śrubokręt będziemy zaraz potrafili naprawić samochód?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+