środa, 25 stycznia 2017

Słuszność racji

W obliczu pewnych faktów ze swojego życia i nieuchronnych losu zdarzeń postanowiłem podzielić się z Wami pewną rzecz, która gryzie mnie od jakiegoś czasu.

Jak wiecie należę do wielu grup związanych z fotografią. Wiecie również, że moje podejście do wielu rzeczy jest dość kontrowersyjne. Mam swoje poglądy w które wierzę. Od jakiegoś jednak czasu są one jednak powodem sporów i nieporozumień na tle mezaliansu. Kilka razy zostałem wyszydzony, zdarzały się osoby zgłaszające mnie do administratora o usunięcie mnie jako człowieka wprowadzającego zamęt w grupie. Na szczęście administratorzy okazali się mądrzejsi i nie podjęli takich działań. W końcu moje wypowiedzi są w pełni zgodne z regulaminami grupy (czasem mam wrażenie, że jako jedyny je czytam), tylko inne niż innych.



To jeden z komentarzy, który nijako zmusił mnie do napisania tego postu. Chodziło konkretnie o to, że poleciłem dziewczynie kompakt, zamiast lustrzanki. Pod moim komentarzem pojawiło się bardzo dużo wszelkiego rodzaju miłych i niemiłych słówek związanych z moją osobą (a jakże), zamiast z tematem. Jakoże nie uważam aby wyzywanie mnie było w ogóle na miejscu zagadnąłem lekko studząc zapały innych na temat mojej osoby. Oczywiście zostałem nijako zapytany (jeśli tak można nazwać słowa które padły) dlaczego uważam, że kompakt jest lepszy. Wypowiedziałem się. W tym momencie dyskusja umarłą, wiele osób odłączyło się od dalszych sprzeczek. Dostałem tylko wszystko mówiący komentarz: "a ja nigdy nie potrzebowałam macro". Definitywny koniec rozmowy nastąpił w momencie gdy odpowiedziałem prosto "Ty nie, a ktoś inny??". Nie odezwał się już nikt.

Był jeszcze drugi ktosik, kto próbował mi udowodnić jakim to jestem debilem bo polecam kompakt. Oczywiście poproszony o takie zdjęcie, które zreflektuje jako tako chociaż użycie lustrzanki wysłał mi zdjęcie dziewczyny. Po prostu portret. Oczywiście portret jaki da się zrobić każdym aparatem. Nie chodziło o ocenę zdjęcia, tylko możliwości aparatów. W odpowiedzi dostał ode mnie zdjęcie muchy, zrobienie x lat temu moim fuji S9600 (kompakt).




Uznałem, że to najlepiej pokarze różnicę i zasadność i możliwości kompaktów. Ruchomy, bardzo płochliwy obiekt wymagający od aparatu bardzo dobrego macro i AF trzymającego ostrość. W dodatku nie gotowego do strzału. Szybki AF, bardzo dobre makro... Coś czego lustrzanka z kitem (bo o takich zestawach mówimy) nie podoła. Tzn, podoła, ale jak się dokupi pierścienie z przeniesieniem elektroniki, albo specjalny obiektyw. No właśnie - ale nie o to chodzi. Chodziło o lustrzankę bez dodatków, bez specjalnych obiektywów. Zestaw sklepowy (body + 18-55mm). W tym momencie mój rozmówca zrezygnował z rozmowy.

Te dwa przypadki (choć nie jedyne, ale chyba najbardziej zapadły mi w pamięć) postawiły mnie przed pewnym faktem, jakim jest psychika tłumu. Wszyscy wierzą, że lustrzanka jest zawsze i wszędzie do wszystkiego najlepsza. Bo tak się przyjęło. Poniważ moje zdanie różni się od mas co do wyboru pierwszego aparatu (nie mówimy o ludziach którzy wiedzą czego chcą, mają sprecyzowane potrzeby, tylko mówimy o tych, którzy szukają pierwszego swojego aparatu, na którym zapewne zamierzają się uczyć i nie wiedzą jaki rodzaj fotografii będzie ich interesował) ludzie nie szczędzą w obelgach. Mam swoje zdanie, inni mają swoje. Ja nie twierdze, że są debilami, czemu więc moje zdanie jest powodem do takich twierdzeń? Nie obrażam, nie wrzucam ludziom, nie wytykam palcem. Polecam coś innego niż wszyscy.
Wiecie co jest w ty wszystkim najlepsze? Jeszcze nikt nigdy nie odpowiedział mi na pytanie "dlaczego lustrzanka jest lepsza". Nikt nigdy nie przedstawił swoich argumentów na potwierdzenie swoich słów o wyższości typu aparatów który polecają. Prawdopodobnie 15% po prostu tego nie robi, bo nie i już, a 85% nawet nie wie dlaczego poleca. Poleca, bo tak, bo inni to robią i już. A ja jak mantrę powtarzam, jak wybrać aparat i jak mantrę na pierwszy sprzęt polecam kompakt. I czekam cały czas, aż ktoś w końcu mi wyjaśni dlaczego podstawowa lustrzanka z podstawowym obiektywem w rękach kompletnego laika jest lepsza. I mam dziwne wrażenie, że będę jeszcze długo czekać. Tylko bardzo proszę - skoro nie macie argumentów na potwierdzenie swoich słów, nie obrażajcie tych którzy polecają coś innego niż wy, bo to źle świadczy o Was a nie o tym którego obrażacie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 22 stycznia 2017

Kocham robić zdjęcia - jestem na każdym


Dużo ostatnio ludzi robi zdjęcia. Bardzo dużo. Dostępność medium jakim jest fotografia jest tak ogromna, że praktycznie każdy ma aparat. Wystarczy go wziąć do ręki i robić zdjęcia. Niektórzy biorą aparat do ręku i mówią
- O tak!! Jestem artystą!!!!!! To mój lajf!!
Wśród nich wyłania się mocno jedna grupa - tzw selfiaczków.
     Dużo tych tzw fotografów twierdzących, że kocha robić zdjęcia robi je... sobie. Tzn ciążko nawet nazwać, że sami sobie zrobili. Wygląda to tak -
Czytamy wpisy, jak to dany autor kocha fotografię i jaki to jest super. Czy złe, czy dobre podejście to zweryfikuje świat. Problemem jest, gdy ktoś pisze
- Oto parę moich fotek!
I tu seria zdjęć. I wszystko pięknie i ładnie, gdyby nie to, że... pokazanych jest 30 zdjęć i z tych 30 zdjęć na wszystkich jest autor zdjęcia.
No i teraz co o czymś takim sądzić? Czy robił sobie zdjęcia samemu. co jest całkiem prawdopodobne gdyby nie fakt, że wszystkie są bardzo dobrze skadrowane i w dodatku zawsze trafione z ostrością. Albo robił mu te zdjęcia ktoś, co jest niemal pewne w 80%, tylko czy wtedy można powiedzieć "... moich fotek"? Ciężko mi uwierzyć, że ktoś sobie sam zdjęcia robił, bo sam nierzadko robię sobie sam zdjęcie. Jednak wiem ile takie zdjęcie wymaga. Ciężko zrobić serię zdjęć samemu sobie. Zazwyczaj jedno dobre zdjęcie to przynajmniej godzina pracy samym aparatem i ustawieniem. 80% zdjęć robionych samemu sobie nadaje się do kosza - ucięta głowa, błędy ostrości, błędne kadrowanie...
Nie za bardzo rozumiem ludzi, którzy twierdząc, że kochają robić zdjęcia robią je tylko sobie. To jedna z najcięższych zdjęć do zrobienia. Brak kontroli nad światłem, brak kontroli nad ustawieniem, brak kontroli nad kadrem, brak kontroli nad ekspozycją... zazwyczaj jest to siła przypadku. Dlatego zrobienie jednego zdjęcia to kupa czasu, kupa doświadczenia, kupa wyobraźni. Efekt widzimy dopiero gdy włączymy odtwarzanie zdjęć w naszym aparacie.
   Co zatem powinniśmy sądzić o takim "kochaniu fotografii"? Ktoś kłamie świadomie, czy jest to zwykła próba przekupstwa typu "popatrzcie na mnie!!".
Zakładając, że jednak ktoś taki uwielbia robić zdjęcia. Zakładając, że sesja 30 zdjęć jest z jego ręki i wykonywał ją kilka dni. Czemu więc wstawia tylko tzw samojebki? Czemu nie ma innych zdjęć? Czemu nie wstawi zdjęć z jakiejś imprezy rodzinnej, swojej grubej cioci, zapitego wujka, czy swojego pryszczatego syna. Jeśli już portrety to jest to co dana osoba uwielbia. 100% zdjęć to fotograf wypinający się, podskakujący, kucający, patrzący w lewo, patrzący do góry, stojący na kamieniu, stojący na trafie, stojący na chodniku, oparty o ścianę i oparty o drzewo.
Nie za bardzo rozumiem takiego czegoś. Albo kochamy robić zdjęcia i je robimy, albo kochamy pozować i aparat oddajemy komuś, a sami pozujemy. Można robić zdjęcia sobie samemu i się tym chwalić. Ale nie wszystkie zdjęcia. To jest zazwyczaj część zdjęć, bo inaczej się nie da. Ale nie wszystkie. A jeśli już kochamy jednak pozować nie mówmy "kocham robić zdjęcia. To moje życie". To nie jest prawda.
I może ja się czepiam, może przesadzam i być może nie powinienem się odzywać. Ale przez takie podejście ktoś kto robi sobie zdjęcia z dzióbkiem przedstawia się jako fotograf, a na swoim profilu w necie ma dopisek "Fotografy".
Opanujcie trochę emocje. Fotografia to nie autoportrety. To tylko element fotografii. Pochwalcie się innymi zdjęciami. Pozwólcie zweryfikować was jako fotografów. Oddawanie aparatu komuś, kto wam zrobi zdjęcie, nie czyni Was fotografami. Zamykanie się w jednym temacie tym bardziej nie zrobi Was fotografów. Tylko gdy następnym razem jednak znowu wstawicie zdjęcia swojej twarzy nie piszcie "kocham fotografię", bo lepiej zabrzemi "kocham siebie".
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 17 stycznia 2017

Kilka odpowiedzi


Ostatnio na grupach pojawiają się znowu różne dziwne pytania, które, wedłóg mnie, w ogóle nie powinny się pojawić. Staram się nie ignorować żadnego, szczególnie, gdy mam w tym pewne doświadczenie. Zazwyczaj zostaje za to mocno zbesztany, bo nie odpowiadam wprost, tylko każe ludziom pomyśleć i samemu rozwiązać problem, poszukać odpowiednich artykułów czy wybrać w końcu samemu. Ludziom to nie odpowiada. Ludzie zdecydowanie nie lubią myśleć, a zmuszanie ich kończy się wyzwiskami i wysyłaniem w podróż (w nieco ostrzejszych słowach) czy w końcu udaniem się do Belzebuba i jego diabelskiego świata nierzeczywistości. Postaram się tu rozwiązać kilka problemów. Nie spodziewam się tego raz na zawsze, ale może przynajmniej uda się zrobić tak, że kilka pytań autentycznie się nie pojawi. Oto kilka pytań:

1. Jaki aparat kupić?
Na początek odpowiedzi odeślę na moment do artykułu, który wpadł mi kiedyś w monitor:
http://fotoblogia.pl/10099,kurde-aparat-to-nie-tylko-dobry-obrazek-na-wysokim-iso
Przeczytane? No to w zasadzie wszystko powinno być jasne. Jednak jeśli nie jest, to odpowiem na pytanie:
Aparat powinien być przystosowany do człowieka. Generalnie pytanie o to jaki sprzęt wybrać ma tyle samo sensu co sprzedawanie kurom szminek, czy rybom cienia do powiek. Każdy z ns jest inny, każdy oczekuje od aparatu tego samego. To sprawa bardzo indywidualna, jak wybór bielizny, samochodu, czy płyty z muzyką. Nie można odpowiedzieć "weź ten, bo jest świetny"... dla odpowiadającego. Dla pytającego już nie musi być. Być może ergonomia nie będzie odpowiadająca, może okaże się, że ruchomy wyświetlacz jest niezbędny. A może ktoś woli wizjer elektroniczny, zamiast optycznego? No i w ogóle co to znaczy "najlepszy aparat"? Czy to ten, który największe używalne ISO? A może ten który ma jak najwięcej funkcji wywalonych na body? A może też ten który jest uszczelniony? Może zwyczajnie po prostu najtańszy? A może ten z gorącą stopką? Właśnie, na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Nie ma aparatów najlepszych i najgorszych, tak jak nie ma muzyki najlepszej i najgorszej. Nie można powiedzieć, że najlepszy jest aparat A, bo ma najwyższe używalne ISO. No dobrze, ale jeśli my nie przekraczamy w naszych zdjęciach ISO 200? Byż może dla nas ważniejsze są uszczelnienia, bo często fotografujemy w deszczu? Albo wolimy uniwersalność? Jak widać rozpiętość definicji "najlepszego sprzętu" jest ogromna. Wybierajmy więc aparat świadomie. Nie pytajmy, bo to brodzenie w błocie. Przeanalizujmy dokładnie czego potrzebujemy. Jeśli jesteśmy początkującymi i tego nie wiemy, zacznijmy od sprzętu uniwersalnego - np jakiegoś bardziej zaawansowanego kompaktu, który da nam możeliwość wykorzystania bardzo dużego spektrum ogniskowych, światła czy ISO. Oczywiście, że są pewne ograniczenia, ale właśnie taki sprzęt pozwoli nam określić dokładnie nasze oczekiwania od ostatecznej maszyny. Jeśli okaże się, że zacznie brakować nam czułości, następny kupimy z wyższą używalną czułością. Zobaczymy, jakich ogniskowych używamy najczęściej i po prostu kupimy aparat z wyższą czułością i obiektywem z zakresem używalnych przez nas ogniskowych. A gdy okaże się, że zazwyczaj korzystamy z przysłony f4 i wyższych wartości, nie wydamy majątku na jasny obiektyw, bo wystarczy nam tańszy pokrywający używany przez nas otwór. W dodatku zaobserwujemy, że potrzeba nam np uszczelnień oraz funkjcą wstępnego ustawiania ostrości, albo wręcz najważniejsza okaże się pełna zgodność i współpraca z obiektywami manualnymi, zazwyczaj kręcimy pierścieniami, niż zdajemy się na automat.

2. Jak w moim aparacie ustawić...

No właśnie? Jak? Wiele osób zamiast po prostu przeczytać instrukcję obsługi pyta. Ja wiem, że jesteśmy Polakami i "instrukcja obsługi" jest synonimem ograniczania naszej wolności. To papierowy odpowiednik znaków drogowych postawionych tylko po to, aby policja zarabiała na mandatach. Chyba jednak nie tędy droga. Jeśli nie wiesz, jak w swoim aparacie zmienić np MF na AF, to wiedz, że do aparatu jest dołączone więzienie  w postaci książeczki opisującej jak działa i jak obsługiwać posiadany przez nas sprzęt. To na prawdę nie gryzie. Niestety wiele osób woli zapytać niż, poszukać. Nie wiem czemu ludzie tak się boją dokumentów dołączonych do sprzętu. Ja wiem, że instrukcja nie jest rozwiązaniem wszystkich bolączek. Obecne aparaty są tak skomplikowane, że często nawet instrukcja nie opisuje dokładnie wszystkich funkcji. Wówczas można spróbować poszukać w google, a jeśli i tak nie rozwiązuje to naszego problemu - pytamy.  Myślę, że taka powinna być droga do zdobycia wiedzi i nie wolno zamienić, lub przeskoczyć pewnych rzeczy. Nie szukajmy podstawowych rzeczy w google, bo przycisk opisujący przełączanie między wyświetlaczem, a wizjerem jest opisane w instrukcji. Nie pytajmy, nie wyręczajmy się innymi. Ja wiem, że często nasz czas jest bardzo ważny i najważniejszy na świecie. Hitler też tak powtarzał. Ale szanujmy czas innych, szanujmy ludzi, ich czas ich miejsce. Nie wyręczajmy się nikim. Nie potrafimy znaleźć przełącznika wyświetlacza - jest, ale to gdzie jest znajdziesz w instrukcji obsługi.

3. Jaki program do obróbki wybrać?
Ja wiem - większość powie Lightroom, czy Photoshop. Ale.. no właśnie, czy na pewno jest nam to potrzebne? Ja wiem, że to co my używamy jest zawsze najlepsze, a to że najwięcej osób używa jedynych słusznych programów, to takie też polecamy. Na nich się jednak świat nie kończy. To że Photoshop posiada jakieś funkcje, nie znaczy że one są nam potrzebne. A jeśli nie są, to po co za nie płacić? Nie lepiej zacząć od czegoś darmowego? Gimp czy RawTherapee. Gimp jest bardzo zbliżony funkcjonalnością do PS, a co do RawTherapee zaryzykowałbym stwierdzenie, że jest zdecydowanie bardziej rozbudowany niż Lightroom. Ale być może i nawet takie zaawansowane programy nie są nam potrzebne. Wybierzmy więc łatwiejszy o obsłudze i darmowy program do obróbki i wywoływania RAW. Jeśli pracujemy na kontraście, i wyostrzamy kolor, LR nie jest nam niezbędny do życia. Zainstalujmy sobie np Darktable. Popracujmy na nim. Zorientujemy się czy jest dla nas wystarczający, czy poszukujemy czegoś więcej. Może potrzebne będą nam funkcje, których ten program nie ma. Wówczas poszukujemy oprogramowania, który to posiada. Niekoniecznie LR. Dopiero, gdy okaże się, że konkurencja darmowa nie posiada czegoś co ma LR, a potrzeba nam tej funkcji wówczas bierzmy program wiodący. Dobierajmy oprogramowanie jak aparat - do siebie. Szkoda kupować cały program jak potrzebujemy tylko funkcji kadrowania. To potrafi praktycznie każdy program. Funkcje korekty obiektywów ma praktycznie każdy bardziej rozbudowany. Do tego również nie potrzebujemy LR. Zmiana koloru, balans bieli, kontrast, kontrast miejscowy, odszumianie, wyostrzenie, winiety, BW, Sepia, kolor miejscowy, filtr połówkowy... to zaledwie kilka funkcji które są w darmowym oprogramowaniu również i nie potrzeba nam za to płacić. Za oprogramowanie płatne warto zapłacić, gdy jest w nich coś co jest nam potrzebne do pracy. I nie przejmujmy się opiniami, że dany program jest trudny, a PS jest bardziej intuicyjny. To nie jest prawdą. To nasze osobiste przyzwyczajenie. Mi się zdecydowanie lepiej pracuje na Gimp niż na PS, dlatego że Gimpa ogarnąłem, i dla mnie PS jest teraz zdecydowanie mniej intuicyjny i dużo ciężej zrobić mi cokolwiek na PS. Jeśli nie mamy wyrobionych jeszcze pewnych nawyków nie kierujmy się ergonomią.
Pamiętam taką opowieść, jak pewna kobitka od małego siedziała na Linux. Gdy posadzili ją przed Windowsem nie wiedziała najprostszych rzeczy. A ponoć to Windows jest prostszy w obsłudze. Jak widać niekoniecznie. To tylko nasze przyzwyczajenia każą nam tak myśleć. Jeśli przyzwyczajeń nie mamy wszystko jest dla nas i proste i łatwe jednocześnie. Jeśli przyzwyczaimy się do najtrudniejszego programu będziemy w nim śmigać, a ten uważany za najprostszy może być dla nas kompletnie nieobsługiwany. Pamiętajmy o tym wybierając program dla nas.

Jak myślicie, czy dobrze myślę? Nie staram się pomagać ludziom, ale nakierować na rozwiązanie. To powoduje najczęściej falę krytyki i obelg w moją stronę. Wydaje mi się jednak, że sami zawsze wiemy najlepiej. Rozwiązanie zazwyczaj jest na wyciągnięcie ręki. Musimy tylko po nie sięgnąć, a nie prosić innych aby otworzyli i przeszli za nas przez drzwi. Staram się pokazać te drzwi ludziom, ale nie zmierzam za nich przez nie przechodzić. Ludzie sami muszą to zrobić, aby wybrać najlepiej, aby najlepiej rozwiązać nasz problem. Szkoda, że tak mało osób to rozumie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 5 stycznia 2017

Jak wybrac aparat


Wpis powstał pod wpływem często zadawanych pytań odnośnie wyboru sprzętu czy zakupu aparatu. W artykule przedstawię wam, jak ja wybierałem mój aparat.

1. Pierwszy rejestrator
Jak już powszechnie wiadomo mój pierwszy aparat znalazłem, więc ten pominę. Pierwszym natomiast, który kupiłem w pełni świadomie był Fuji S5600. Nówka funfel nie śmigana. Byłem wtedy kompletnym debilem fotograficznym i jedynie co wiedziałem, to to, że są lepsze aparaty niż ten co posiadam obecnie. Niewiele się pomyliłem. Nie było wtedy forów internetowych na ten  temat, a znaleźć opinię na temat konkretnego modelu było niezwykle trudne. Za to znalazłem kilka artykułów na temat aparatów. Jedynym kryterium jakie miałem to "aparat musi robić ładne zdjęcia" i "cyferki opisujące sprzęt miały być jak najwyższe". Obce było mi pojęcie przysłony czy czasu naświetlania. Wystarczyło mi tylko to, że aparat to ma. Po przewertowaniu zaledwie kilku stron (bo i tak więcej nie było) wybór padł na Fuji S5600. Zarobiłem, pojechałem i kupiłem. Za kolejne wypłaty dokupiłem sobie statyw (który mam do dzisiaj), osłonę przeciwsłoneczną na wyświetlacz, filtr UV, akumulatorki, torbę i kilka innych akcesoriów. Przy okazji odkryłem na aparacie literkę M na pokrętle. Za jej pomocą nauczyłem się co to jest czas naświetlania i dlaczego ISO w ogóle jest. Nie znałem jednak tych wszystkich zależności, trójkątów ekspozycji i głębi ostrości od przysłony. Jakimś magicznym sposobem doszedłem jednak do siatki trójpodziału, która na początku służyła mi po to, aby aparat trzymać prosto. Powoli zacząłem też zauważać, że obiekty na przecięciu tych linii umieszczane sprawiają dużo lepsze wrażenie niż w ustawieniu centralnym.

2. Laikowska maszyna
Nastała Era aparatów w telefonach. swój aparat sprzedałem i pozostałem przy telefonie. Długo się nic w temacie fotografii nie działo. Cykałem zdjęcia, czasem lepsze, czasem gorsze. Mi i małżonce wystarczał Olympus E-510, który małżonka zakupiła jako nowy, oraz zielony napis na tym magicznym kółku na górze.

3. Pierwsza lustrzanka
Na potrzeby tego bloga kupiłem sobie Olympusa E520. Po 1 był tani, po drugie znałem tryb automatyczny tego aparatu. W końcu E510 i E520 to te same maszyny. Poszliśmy któregoś dnia na spacer zrobić kilka zdjęć. Gdy następnego dnia przechodziłem tamtędy zauważyłem kilka zmian. Pewne elementy krajobrazu były na zdjęciach, a w rzeczywistości ich albo nie było, albo były w innych miejscach. To doświadczenie podpowiedziało mi, że fotografia to wspaniała sprawa.

4. Pierwsze marzenie
To był impuls, dawne niespełnione marzenie. Ponieważ z Olympusem nie potrafiłem się dogadać aparat zmienić musiałem. Lustrzanka pokazała mi ograniczenia z jakimi musiałem się codziennie mierzyć. Pamiętałem co mogłem ze starym Fuji i w porównaniu z olympusem tamto to była maszyna do mordowania małych puchatych króliczków, a ten to ucywilizowany, kompletnie niegroźny, pozbawiony czegokolwiek, szczerbaty bulterier. Olympusa sprzedałem i zakupiłem za te pieniądze S9600. Na początku małżonka odradzała, że to że mi się bardzo podoba i że bardzo go chciałem nie znaczy, że będzie spoko i będzie mi się dobrze z nim współpracować. Aparat jednak okazał się strzałem w 10. Możliwości w porównaniu z Olympusem okazały się gigantyczne. w zasadzie nie było zdjęcia, którego nie byłbym w stanie zrobić. Maszyna niezwykle ciężka w obyciu. To aparat od którego się nie wymagało, to aparat który wymagał. Oj trzeba było mocno się napracować, aby zrobić zdjęcie takie jakie miało być. Pazur pokazał nie raz. Byłem nawet na kilkudniowych warsztatach fotograficznych z tym sprzętem. Obracałem się tam wśród ludzi z potężnymi, drogimi maszynami i mój staruszek za 300zł nie odbiegał możliwościami od tamtych sprzętów. Krajobrazy ogarniał bez problemu. Nawet w ciemnych jaskiniach dawał radę i nie odbiegał od reszty. To doświadczenie pokazało mi, że tak na prawdę ludzie mają drogie sprzęty, bo tak. Bo po prostu mają. Skoro jednak aparat za 300zł miał podobne możliwości co ten za 5tyś, oznaczało tylko tyle, że ludzie wykorzystują swoje aparaty w zaledwie kilku procentach. Nie odbieram, że tamte miały dużo większy potencjał niż mój. Faktem jest, że tamte aparaty miały wielokrotnie większe możliwości. I co z tego, skoro użytkownicy nie wykorzystaliby nawet w pełni mojego aparatu. Z resztą sam wtedy nie odkryłem całego jego potencjału. Ten znalazłem, gdy przekonałem się do RAW. Swój aparat znałem w 100%. Wiedziałem o nim wszystko, poznałem każdy najmniejszy element jego oprogramowania, budowy, możliwości. Doskonale wiedziałem na co mogę sobie pozwolić i jakie ma ograniczenia.

5. Pierwsza małpka
Zakochany w Fuji pojechałem do sklepu i zakupiłem Fuji X30. To okazała się maszynka do mielenia kotów wraz z pazurami. Ale robiła to w cywilizowany sposób najpierw kota usypiając, potem podpalając i dopiero na końcu mieląc. Była to ucywilizowana wersja S9600. Ładny obrazek bez specjalnego wysiłku, dużo ułatwień. Ten aparat wybrałem już doskonale widząc czego chcę. Postawiłem przed nim zadania i szukałem i szukałem... Miał mieć
1. tryby manualne
2. Pokrętło programowe
3. RAW
4. Jasny obiektyw
5. Pierścień zoom
6. Wizjer
7. duża matryca (co oznaczało przynajmniej 2/3cala)
8. Stopkę lampy
W przedbiegach odpadło sporo modeli choćby z powodu wizjera. A po dodaniu pierścienia zoom pozostało zaledwie 3-ch graczy:
1. Panasonic LX7
2. Canon g7x
3. Fuji X30
Po wypróbowaniu każdego aparatu Canon odpadł. A walka miedzy LX7 a X30 trwała. Trwała dopóki nie zorientowałem się, że w sklepach pozostały ostatnie sztuki moich wybranków. Szybka decyzja na Fuji. Fuji, który modelem S9600 podbił moje skamieniałe serce. Bardzo dużo artykułów, bardzo wiele przeczytanych opinii, testy, porównania i rozum zaciągnął mnie tam, gdzie serce - przy Fuji.
Nie każdy wie, że to nie była moja pierwsza małpka. Za majstersztyk inżynierii nadal uważam Olympusa Camedie mojej żony. To morderstwa kotów na oczach dzieci. Przestał mi wystarczać gdy okazało się, że nie ma RAW. Zakupiłem też Olympusa SH-50. Kremowa obudowa, metalowy, ciężki. Po jednym spacerze okazał się myślowym błędem. Za to pokochała go żona. Nie dziwię się. Tak jak ten aparat potrafił zarejestrować rzeczywistość to chyba żaden.  E-510, Camedia, SH-50... po nich nauczyłem się, że nie ma drugiego aparatu/obiektywu, który tak pięknie by rysował. Olympus jednak podbił moje oko, ale nie serce i nie rozum. Miłości z tego nie było. Po prostu lubię na zdjęcia z niego patrzeć.
Wybór Fuji X30 nie był prosty. długo to trwało zanim wybrałem. Sytuacja w sklepach trochę mnie pogoniła, ale wybór okazał sie bardzo dobry

6. (nie)pierwsza lustrzanka
Fuji S9600 mimo swojej doskonałości przestał wystarczać. Moje wymagania podskoczyły. Fuji przez swoją starą konstrukcję przestawał być wystarczający. Mało tego, coś zaczęło się dziać z matrycą i zdjęcia łapały białe kropki, których z czasem zaczęło przybywać. Na początku nie przeszkadzało to, ale potem zrobiło się zbyt tłoczno od nich. Aparat trzeba było zmienić. Znając możliwości aparatów kompaktowych i (co prawda niewielkie) doświadczenie z lustrzankami kazały wybrać nowy kompakt. Tu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością - jeden jedyny aparat który spełniał moje wygórowane normy nie był już sprzedawany nigdzie. Pozostałe albo mocno przekraczały mój budżet, albo nie spełniały moich wymagań. Pozostały lustrzanki. Tu sprawę miałem bardzo ułatwioną - długa przygoda z fotografią i kompaktem bardzo precyzyjnie kazała spojrzeć na to czego będę potrzebować. Dzięki temu nie musiałem kupować w ciemno obiektywów, akcesoriów, czy dodatków. Wiedziałem jakich ogniskowych będę potrzebować, znałem moje zapotrzebowanie co do trybów makro, czy filtrów. Wiedziałem na jakich ogniskowych pracuję najczęściej. Pozostało wybrać system w którym będę pracować. Miałem już na tyle świadomości, aby wiedzieć, że zostanę przy nim już na dłużej, jeśli nie na zawsze.
Początkowy wybór nie był duży - Canon, Nikon. Olympus odpadł, bo miałem i wiem, że to nie dla mnie. Do Sony pałam osobistą niechęcią. Fuji niestety niemiło mnie zaskoczył w temacie lustrzanek.
Zacząłem czytać, dużo czytać. Przejrzałem ofertę na razie samych puszek, zapoznałem się z ich specyfikacją techniczną i testami porównawczymi. Pochwaliłem się tą wiedzą na forum. Pojawiło się kilka komentarzy pod postem. Ale jeden szczególnie zwrócił moją uwagę. Był krótki i treściwy. Spośród kilkudziesięciu komentarzy na temat Nikonów i podobnej ilości na temat Canonów pojawił się komentarz
"a patrzyłeś na Pentax?"
PETNAX!! Faktycznie, jest jeszcze pentax. Zapomniałem o nim. Popatrzyłem na jego ofertę i... do Canona 1300D i Nikona D3300 dołączył Pentax k-50. Wybór nie był prosty. Każdy system miał coś do zaoferowania. Canon odpadł dosyć szybko, choć jego świadomość długo mnie jeszcze kuła w myśli. Nikon wydawał się ideałem - odchylany wyświetlacz, dwa obiektywy, torba i karta... czego chcieć więcej. Pozostało poczytać, porównać... szperałem więc po internecie w poszukiwaniu informacji na temat tych modeli. Obejrzałem ze 100 godzin materiału Video, przeczytałem z milion linijek tekstu na temat aparatów. Przeczytałem więcej opinii niż ksiądz przerobił ministrantów. Pentax zdeklasował konkurencję. 100% krycia wizjera, praca w temperaturach poniżej 0st, zasilanie zwykłymi bateriami, stabilizacja matrycy (A więc działająca na dowolnym obiektywie), silnik w body (co kazało przypuszczać, że obiektywy będą tańsze), doskonała współpraca z manualnymi i obcymi obiektywami, dwa pokrętła ekspozycji, potwierdzenie ostrości na każdym obiektywie. To rzeczy które konkurencja nie dawała. Szczególnie ten wizjer i baterie... oj pamiętam jak w Olympusie mnie to denerwowało, że na zdjęciu łapie się więcej niz faktycznie było widać. Szlak czasem człowieka trafiał. No i pamiętam te przygody z bateriami na Camedii, kiedy ten niespodziewanie dochodził do wniosku, że baterii brak i dalej mogę sobie co najwyżej narysować zdjęcie. Niby był miernik, ale...
No cóż, body to jednak nie wszystko. Pozostało jeszcze sprawdzić dostępność akcesoriów i obiektywów. Tu już tak różowo nie było bardzo. To jednak mało znany system jest. Są dostępne niektóre obiektywy na rynku wtórnym. Dostępność obiektywów innych producentów jest znikoma. Za to obiektywów manualnych jest cały natłok. Ich ceny są bardzo niskie. W dodatku wiele nie wymaga nawet dodatkowych przejściówek. Niewielki problem jest też z niektórymi akcesoriami. O ile n pierścienie pośrednie bez elektroniki są i sa tanie jak 2-daniowy obiad, o tyle te z przeniesieniem elektroniki są... ale nie w Polsce. Tzn, można kupić je w sklepie, ale ten musi je ściągnąć ze świata.
Uważam jednak że wybrałem swój aparat idealnie. Przed zakupem przeczytałem o nim tak dużo rzeczy, że po zakupie nie był już dla mnie tajemnicą. Znałem jego możliwości jeszcze zanim miałem go w ręku. Co najciekawsze, nie musiałem nigdzie pytać o niego, nie potrzebowałem zawracać ludziom głowy na jego temat. Sam do wszystkiego doszedłem, sam wszystko znalazłem. Może nie wybrałem najlepszego, ale na pewno wybrałem najlepszy dla siebie. W dodatku bardzo precyzyjnie skonsultowane z własnym rozumem potrzeby powiedziały mi "to ten". I to w zasadzie doszedłem do tego sa. Nikt mi nie powiedział, że to dobry lub zły wybór.

Może to doświadczenie z poszukiwaniem samemu każdego sprzętu nie pozwala mi wypytywać innych co dla mnie najlepsze. Uważam że sam to wiem. I wiecie co... Nigdy się na tym nie zawiodłem.


Jak Wy wybieraliście swoje sprzęty? Czytaliście o nich, szliście na żywioł? Kierowaliście się sercem czy rozumem? Liczyliście na innych czy na siebie w wyborze? Jak długo wybieraliście? I czy po zakupie okazało się że wybraliście dobrze?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+