wtorek, 12 grudnia 2017

daje lajka


To bardzo ciekawe, jak ludzie zanurzeni są w technologii. Wystarczy poczytać komentarze. Durne i namolne pytania o obiektywy i aparaty i to wszechobecne przekonanie, że "mój sprzęt nie potrafi". Przeglądając kolejne forum natknąłem się na kolejne pytanie "jaki obiektyw najbardziej lubicie i dlaczego?". Zdecydowanie nie było to coś w rodzaju "co kupić", tym bardziej, że zadawała je osoba, która w tym mocno siedzi i jest świadoma swoich potrzeb. Za to komentarze były... co najmniej nie różnorodne.
Większość najbardziej lubiła najnowsze i najjaśniejsze szkła dostępne na rynku. I wśród ogólnej aprobaty nad nimi uwagę moją przykuło kilka komentarzy nad prostszymi modelami. Postanowiłem wejść w ten trend i... również odpowiedzieć co najbardziej lubię i dlaczego.

O ile ludzkie stworzenia kochają technologie i wszystko co najnowsze i ma najwyższy numerek, o tyle ja przepadam za starszymi modelami. Według mnie i mojego uznania nowe i wyższe modele szkieł nie mają starty do starszej optyki. Choćby po 1 ze względu na cenę. 85mm f 1:2 kosztuje około 7,500 zł. Jego staszy odpowiednik to koszt rzędu 1,500zł. Jest różnica? Spora. A oba to obiektywy z serii pro. Z tym, że ten pierwszy jest nowy i ma AF, a ten drugi to szkło w pełni manualne i raczej na nówkę sztukę nie ma co liczyć, bo w sklepach trudno o modele 20-letnie. Ale czy w jakiś sposób ustępuje temu najnowszemu? Pod względem obrazka i pracy w różnych warunkach to dokładnie dwa te same szkła. Jedynie co je różni, to jakość wykonania. O ile ten najnowszy to zlepek elektroniki, plastiku, szkła, pleksi i metalu, o tyle ten stary to kawał metalu i ciężkiego szkła. W zasadzie spotkałem się tylko z jednymi nowymi obiektywami produkowanymi tak jak miało to miejsce kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu. To obiektywy pentaxa z serii Limited. Tu nie liczy się waga, czy wielkość sprzętu. Najważniejsza jest jakość i trwałość. I faktycznie tymi obiektywami można się bawić z psem, albo dać do zabawy dziecku, a potem założyć na body i robić nim zdjęcia. Choć w tym przypadku o rzucaniu w ludzi, torze przeszkód dla czołgów nie ma mowy. Na wojnie więc raczej bezużyteczne.

No dobra, a teraz opowiem trochę o swoich ulubionych szkłach. Jeśli więc nikogo nie interesuje, może spokojnie ten fragment pominąć.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Numer jeden na dzień dzisiejszy, zawsze i wszędzie to obiektyw z pierwszego obrazka. To Pentax-A 50mm f1,7. Genialna maszyna. Mój ma ponad 20 lat. Półautomatyczny zlepek szkła, metalu i plastiku. Tak, plastiku. Ponoć mechanizm sterujący przysłoną jest plastikowy. Ale spokojnie. To nie taki plastik z opakowaniu po jogurcie, jak to ma miejsce dzisiaj. To zupełnie inne tworzywo. Twarde i niezwykle wytrzymałe. W serii M jest to samo szkło i metal. Jednak z pentaxów lubię serię A. Powód jest prosty - często fotografuję w trybie P, więc automatyka przysłony się przydaje. Pentax "wynalazł" to szkło jeszcze za czasów Takumarów, a więc 500 lat temu. I po dzień dzisiejszy nie zmienił konstrukcji optycznej. Owszem, unowocześnił co nieco, czyli obecnie można ten obiektyw dostać z autofocusem, z nowoczesnymi powłokami SMC, czy nieco innymi smarami i klejem. Optycznie jednak nie zmieniono nic. To mi się w Pentax podoba -> nie ulepszają dobrego, zgodnie z zasadą "lepsze wrogiem dobrego". inni producenci mają taki problem, że starają się ulepszyć dobre co... bardzo średnio (z tendecją na słabo) wychodzi. W zasadzie nie znam dzisiejszej optyki która byłaby na prawdę lepsza od starej o podobnych parametrach. Jeśli w jakiś magiczny sposób dorównuje tamtej to kosztuje tyle co 20-letni zapas paliwa. Pentax jednak ani specjalnie nie stara się na siłę ulepszać czegoś co jest genialne i przy tym nie winduje ceny. Obecnie pentax F 50mm f1,7 to koszt rzędu 1800zł za nowy. Pokażcie mi szkło innych producentów o takim samym obrazie za cenę do 2tyś zł. Nie ma. Po prostu nie ma. Taka optyka u innych kosztuje 4,500zł wzwyż (strzelam z cenami i podaje na podstawie testów obiektywów. Wiadomo, że wszystkich szkieł nie mogę mieć :) ). Poza tym weźmy pod uwagę jeszcze budowę samych soczewek. Soczewka 3 i 4 w tych obiektywach ma wklęsłą konstrukcję, co poprawia znacząco jakość obrazowania. W szkłach tańszych (czyli poniżej 2,500zł wśród konkurencji) stosuje się płaskie powierzchnie, co zmniejsza koszty produkcji, ale jednocześnie wzmaga aberrację i obniża rozdzielczość na brzegach kadru. Pentax 200 lat temu wymyślił, że zastosuje soczewki wklęsłe  i zobaczył że to jest dobre. I tak pozostawił. Inni zrezygnowali z tego rozwiązania na rzecz kosztów.
Z resztą - jak to brzmi - zejść z kosztów w obiektywach za 2tyś zł... Pentax jakoś nie musi schodzić z kosztów, aby sprzedawać w tej samej cenie genialne szkła.
Co do obrazka - na forach przyrównują go do Canona 50mm z serii L, a więc szkła za prawie 6tyś zł. Ja swojego kupiłem za 200zł. I w tym miejscu pozdrawiam Canonowców. Mam to co Wy za 300 razy mniej. Genialna ostrość na całym obszarze zdjęcia, optymalny kontrast, bardzo dokładne oddanie kolorów, dobre nasycenie i miękki bokeh.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Drugim moim oczkiem  jest Cosina A 28mm f2,8. To kompletnie odmienne szkło od pentaxa. W zasadzie posiada wszystkie możliwe wady optyczne. Duże flary, dystorsja poduszkowa, przeciętna ostrość, low contrast. Za to brak aberracji i znaczących przekłamań na kolorach. W odróżnieniu od innych jednak obiektywów ten daje mozliwość kreatywnego wykorzystania tych wad. Głównie dlatego, że ilość i wielkość tych wad możemy sobie niemal dowolnie regulować. Przy odpowiedniej przysłonie i odległości oraz koncie padania światła możemy niemal kompletnie zlikwidować wszelkie niedoskonałości optyczne. Obiektyw więc nie należy do łatwych. Ale ja takie lubię. W dodatku takie trochę... efektowe. :) Bajka.
Obiektyw ma również niespotykaną przysłonę. 5-listowa o poszarpanych brzegach daje bardzo specyficzne oddanie nieostrości. Nie jest to obiektyw z serii pro, ale nie ma też co go zniżać do konstrukcji budżetowych. Ustawiłbym go na średniej półce, choćby ze względu na konstrukcję i budowę. Nie jest to jednak sprzęt dla osób wymagających perfekcyjnego przeniesienia obrazu rzeczywistości na materiał światłoczuły. To gratka dla tych co lubią się bawić obrazem, wypaczać go, pokazać inaczej niż jest w rzeczywistości. Szkło może nie jest o tyle wybitne, co na pewno wyjątkowe. Przy odrobinie wprawy da się je ucywilizować, ale zdecydowanie Cosina tego nie lubi. Woli pokazać swoją obecność na każdym zdjęciu. Nie stara się dorównać najlepszym. Po prostu jest jaki jest. I to mi się w niej bardzo podoba. Mój egzemplarz dostałem. Jest dość ciężko dostępny, ale jak się wyszuka to na zakup będziemy potrzebować około 250zł.



--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ostatnim obiektywem, a w zasadzie obiektywami, których używam są Pentax FA 28-80 oraz Pentax FA 70-200. Kupiłem je wraz z Pentax Z-20 i zakochałem się niemal natychmiastowo. Sprzedałem swoje dwa kity o podobnych parametrach i zostawiłem sobie te dwa. Mimo iż to ubiegły wiek, to jednak po stokroć lepsze od tego co dostałem wraz z pentax K50. To tez kity, ale jeszcze z czasów analogowych. I na ich podstawie widać jak się zmieniało podejście producentów do nabywcy. Te dwie maszyny są zdecydowanie lepsze od obecnie sprzedawanych wraz z body obiektywów. Nie dość, że to porządny, ciężki zlepek szkła i metalu, to jeszcze sam obrazek z niego nie ma sobie równych. Delikatny kontrast, świetne rozmycie tła, bardzo przyjemne oddanie koloru, szybkość, precyzja i nieporównywalna - jak na zoomy - ostrość. Gdy dodatkowo mamy body współpracujące z PowerZoom dostajemy świetną maszynę o dużych możliwościach, których w obecnych (nawet najdroższych) konstrukcjach nie uświadczymy. Nie jest to wybitne szkło, ale nie jest to poziom obecnych kitów. Jest to genialny zamiennik tego co dostajemy wraz z obecnymi aparatami.  No i ta 9-listowa przysłona. :) nie jest to okrągłe, ale nie jest to też coś znanego z obecnych obiektywów. Szczerze, bardzo szczerze polecam zamiast zamienników innych firm, mimo wieku obu obiektywów. O ile 28-80 jesteśmy w stanie dorwać za jakieś 200zł, o tyle 70-200 jest dość ciężko dostępny i kosztuje około 400zł w odmętach netu. Jeśli godzimy się na dość duży rozmiar i wagę, to możemy brać bez strachu. Nie będziemy zawiedzeni. Metalowo-szklana konstrukcja i spora ostrość to jego atuty. choć i na rozdzielczość i prace pod światło nie ma co narzekać. W tym aspekcie są po prostu dobre.


----------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ok. To tyle od nośnie moich wynalazków. Tanie i bardzo dobre szkła. W zasadzie nie opuszczają mojego body. Oba zoomy pracują równocześnie z Pentaxem Z-20 i Pentaxem K-50. Szkła manualne używam tylko z K-50. Wszystkie wymienione obiektywy uważam za najlepszą optykę jaką wyprodukowała ludzkość. Może nie jest to jakaś hi-end (z wyjątkiem Pentax 50mm f1,7), ale na pewno są to szkła po stokroć lepsze od obecnych konstrukcji w podobnych cenach.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 26 listopada 2017

Ah co to był za...


No i kolejny weekend w szkole. :) Jednak sprawdziło się, coraz więcej się uczę. Teraz po tym tygodniu czuję, że ta nauka ma sens. Do tej pory wszystko szło powoli, acz konsekwentnie do przodu. A w tym tygodniu nagle nauka dostała kopa i równie konsekwentnie, ale szybko ruszyła z kopyta.
Dowiedziałem sie bardzo dużo. Zajęcia z panem P.R. nauczyły mnie bardzo  dużo. Dowiedziałem się, że zoom nożny to nie jest żaden zoom. Nauczyłem się relacji w fotografii między tym co widzimy, a tym co widzi aparat. Dowiedziałem się, jak własnymi oczami zobaczyć co będzie na zdjęciu, jeszcze zanim w ogóle aparat do ręki wezmę. I do tego jeszcze kilku pomniejszych rzeczy.

To niesamowite, ale poczułem, że na prawdę jest sens chodzić do szkoły. Poczułem, że mam szansę na rozwój. Nawet abstrahując od egzaminu państwowego, który mnie na końcu czeka.
Ja nie mówię, że pozostali nauczyciele niczego mnie nie nauczyli.
Zacząłem poznawać tajniki Photoshopa. O dziwo w końcu zobaczyłem coś z czym PS sobie świetnie radzi, a Gimp nie potrafi. Do tej pory nie udało mi się tego znaleźć. Może i jest to dla mnie funkcja bezużyteczna, ale w PS jest, a w Gimp na razie nie. Niby bzdura, ale dla kogoś kto się zamierza zawodowo zająć fotografią może być bezcenna.
Powróciłem również do fotografii analogowej. Dzięki Pani J.P. znowu pokochałem medium analogowe. Wręcz uważam je za dużo bardziej wartościowe. Niby zawsze uważałem, ale nie wracałem, uznałem to za przeżytek. Myliłem się.


Nauczyłem się też odbioru koloru w fotografii. jak kolorem wpłynąć na odbiór zdjęcia. Cięzko będzie to wykorzystać, ale się da.

Jak tak dalej pójdzie nauczę się na prawdę bardzo dużo. :) I tego od szkoły oczekiwałem. :) I nadal tego oczekuję.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 21 listopada 2017

Marzenia


Na jednej z grup facebookowych padło dosyć ciekawe pytanie - o fotograficzne marzenia.  Komentarzy dużo nie było, ale to co przeczytałem wystarczyło, aby stwierdzić, że... ludzie to jednak bardzo płaskie i doczesne marzenia mają. Jeden chce mieć sony A7R3, inny marzy o nikonie D750, a sa i tacy którym marzy się Sigma 35mm f1,4 ART... 
I wśród ogólnego wysypu marzeń o takim czy innym sprzęcie uwagę moja przykul
jeden komentarz


w końcu ktoś  nie chce sprzętu nie marzy o nowym obiektywie czy świetnym aparacie. Ktoś ma inne marzenie. Zwracam uwagę na słowo "przetestować", a nie "posiadać". W sumie marzenie dosyć piękne, jakby na to nie patrzeć. I ma sens... nie puste i nic nie warte "chciałbym aparat A, obiektyw B i lampę C". 

Wszystkie przeczytane marzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że ludzie to sprzętowcy i nie liczą się umiejętności, wiedza i chęci. Liczy się sprzęt. Takie komentarze jednak jak ten powyżej przywracają mi trochę wiary w ludzkość. Niby też o sprzęcie, ale jednak nie o chęci posiadania, ale raczej formy zabawy.  Może dlatego odbieram ten komentarz jako taki personalny, gdyż sam kiedyś chciałem przetestować wszystkie obiektywy na rynku. Z tym, że mi sie marzyły wszystkie stare obiektywy od początku powstania wszechświata, aż po koniec XX wieku. Chciałbym mieć każdy obiektyw na wyłączność przynajmniej przez miesiąc. I po prostu móc nim się bawić, fotografować i robić z nim co chcę. Wiem, że to nie wykonalne, ale marzyć można każdemu. :)

Swoją drogą teraz już trochę moje marzenia się zmieniły. Nie są związany stricte ze sprzętem. Fakt, brakuje mi czasem niektórych ogniskowych, czasem światłosiły, a czasem po prostu większej matrycy. Ale to nie do końca moje marzenie, co raczej pewna potrzeba, bez której jakoś sobie radze i jakoś te niewystarczające cyferki obchodzę. Moje marzenia obecnie związane są z moimi umiejętnościami. Powiedzenie "wiem, że nic nie wiem" prześladuje mnie coraz bardziej i często mam wrażenie, że ja po prostu nie potrafię zrobić zdjęcia. A te wszystkie moje wytwory nad którymi niekiedy bardzo sie napracowałem, czy nawyszukiwałem są niewiele warte. Aż się czasem po prostu nie chce apartu brać do ręki, bo wychodzi z tego kolejny gniot raczej do śmietnika. Marzę wiec o tym by umieć, potrafić robić zdjęcia.Po prostu wiedzieć jak osiągnąć dany efekt, bo nie zawsze mi się to udaje i pewne wytwory mojej wyobraźni po prostu nie powstały. Mam spore braki w wiedzy i umiejętnościach. Teraz chodzę do szkoły fotografii, to pewnie się czegoś tam nauczę. Już wiem więcej niż na w momencie przystępowania do nauki, a to w sumie dopiero połowa pierwszego semestru. PRzede mną jeszcze dwa. Więc mój mały fotograficzny świat będzie bogaty jak Walt Disney.

Drugim moim małym marzeniem jest mieć czas na fotografię. A tego niestety jak na lekarstwo. I nie mówię tutaj o tym, aby mieć czas chodzić po mieście i robić zdjęcia. Na to zawsze przynajmniej parę minut w ciągu dnia sie znajdzie. Chodzi mi o czas, jaki będę mógł spędzić nad jednym zdjęciem. Chciałbym mieć go tyle, aby móc pracować miesiąc nad jedną fotografią. Dopracowywać szczegóły, przygotowywać sceny, dopracowywać charakteryzację... Miesiąc ciężkiej i wytężonej pracy aby na samym końcu na całość poświecić ułamek sekundy podczas którego obraz jest naświetlany.  I nie siedzieć potem 2 godziny nad Gimpem, aby to dopracować. To ma wyjść bezpośrednio z aparatu perfekcyjne zdjęcie. Zazdroszczę tym, którzy maja tyle czasu aby to zrobić. Ale efekty są widoczne. U mnie ciężko choćby o 3 godziny pracy nad zdjęciem, o całym dniu nie mam co marzyć, a już miesiąc wydaje się być czasem dłuższym niż trwa cywilizacja. No nic, może kiedyś, jak będę stary i już do pracy chodzić nie trzeba będzie, znajdzie się czas, pieniądze i ludzie chętni pomóc w takim przedsięwzięciu. :) Może choć raz w życiu uda mi się to zrealizować. Na razie pozostaje to w swerze marzeń.


A jakie są wasze marzenia związane z waszymi pasjami? O czym marzycie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 30 października 2017

Analogowa pamiątka


Jak wszyscy wiedzą ostatnimi czasy powróciłem do fotografii analogowej. W związku z tym zapisałem się do grup związanych z tematyką takiej fotografii. Grupy te różnią się tym od innych grup, że ludzie tam mają zboczenie na punkcie kliszy, średnioformatowych maszyn, rozpuszczalników i różnej chemii. A w czym jest podobna do innych grup, oprócz tego, że również są to grupy fotograficzne? A no tym, że ludzie bez refleksji i bez namysłu chwalą się tam zdjęciami. Zarówno kompletnymi gniotami, które nigdy w życiu nie powinny postać bo uwłaszczają wszelkiej fotograficznej sztuce, jak i przemyślanymi, przygotowanymi zdjęciami, na które patrzy się z zachwytem. Miło ze strony tych drugich. Można czerpać z nich pełno inspiracji do zdjęć.
I tu, zaczynają się jaja, ponieważ... wszystkie te zdjęcia niczym nie różnią sie od tych zrobionych aparatami cyfrowymi. I tu rodzi się pytanie - po co? Większość z tych osób na pewno ma również aparaty cyfrowe. A jednak chwalą sie zdjęciami z analogów. Zdjęciami identycznymi z tymi z aparatów cyfrowych. Nikt nie pochwalił się jeszcze dlaczego fotografuje analogiem. Co takiego ich ciągnie do tego, aby zrobić zdjęcie analogiem, a nie cyfrówką.
Zastanawiające jest to jeszcze bardziej gdy okaże się, że ci ludzie wywołują kliszę, skanują, obrabiają i w takiej wersji wstawiają do netu. Czemu więc analog? Po co? Skoro i tak potem obrabiają to cyfrowo? Gdzie sens? Gdzie logika? Tego nie wiem, ale za to mogę powiedzieć, skąd moje zafascynowanie analogiem.
Fotografia analogowa zawsze kojarzyła mi się z duszą, z pamiątką, z historią. Tak pozostało do dzisiaj. Zdjęcia cyfrowe, otrzymywane od razu, obrabiane cyfrowe nie mają duszy, nie mają sentymentalnej nutki. Nigdy sie nie nadawy i nadal nie nadają się jako zdjęcia pamiątkowe. Owszem, fajnie po kilku latach wrócić do pamiątek sprzed lat. To jednak nie to samo. Tu nadal brakuje tej duszy. Obraz widziany na komputerze jest nienamacalny. Nie ma go, nie można go dotknąć, poczuć ciężaru, przenieść. W dodatku można zrobić tysiąc kopii, przesłać w pół minuty na drugi koniec świata. Niby można wywołać, ale nadal jest to cyfrowy obraz ze wszystkimi zaletami takiej mozaiki kolorów i punktów.
A w fotografii analogowej? Zrobisz zdjęcia. Nie widzisz ich, nie masz do nich szybkiego dostępu. Trzeba oddać do wywołania, poczekać na efekt. I zobaczyć można dopiero po minimum tygodniu, czasem dłużej. Zdjęcia są namacalne. Mało tego - oryginał jest tylko jeden. nie możesz zrobić jego kopii, stworzyć drugiego takiego samego zdjęcia. W końcu klisza jest tylko jedna. Niby można zrobić kilka odbitek. ale oryginał nadal pozostaje jeden. Tak, do szpitala na narodziny dziecia też wezmę aparat analogowy. :D
W dodatku zdjęcia nie są obrabiane, nie są upiększane, obrabiane. Nie usuniesz pryszcza z policzka ciotki, ani kurzajki z czoła babci. Tak, przez ten brak interwencji w obraz (typu photoshop) czy czas w jakim możemy zdjęcie zobaczyć daje doskonałe pole do popisu w przypadku fotografii pamiątkowej. Coś czego na cyfrze się nie uświadczy.
Ta fotografia u mnie słabo nadaje się do fotografii artystycznej. Do zdjęć, do których chcemy mieć dostęp natychmiastowy, kiedy możemy od razu zobaczyć efekt, ewentualnie coś poprawić... innymi słowy do zdjęć aranżowanych. W dodatku obróbka cyfrowa daje nam spore pole do popisu, kiedy możemy dodawać. usuwać elementy, nadawać charakter przez indywidualną obróbkę.  To są jednak elementy które nie znajdują zastosowania w pamiątce.

Podsumowując - fotografię artystyczną, kiedy zależy mi na konkretnym efekcie, lub kiedy idę sobie na miasto pocykać trochę wybieram aparat cyfrowy. Kiedy jednak robię zdjęcia córce, żonie, komuś z rodziny, chce upamiętnić jakąś chwilę wybieram aparat analogowy.

Jestem bardzo ciekawy, czy moje spojrzenie jest "prawidłowe" w dzisiejszym, cyfrowym świecie. Jak myślicie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 12 października 2017

Powrót do analoga


Jestem człowiekiem upartym. Ponoć. Prowadzę tego bloga mimo iż nikt go nie komentuje. Prawdopodobnie też nikt tego nie czyta. Jest niby około 60 odsłon na każdej notce. Ale z tych 60 osób ile otworzyło, zobaczyło i zamknęło? Może 6 osób w ogóle zaczęło to czytać, a może ze 3 znają ostatni wyraz którejś notki. Mamy więc kuriozum - piszę dla samego pisania. Bo co to za pisarz, którego nikt nie czyta?
Nie uważam się jednak za pisarza, więc mimo iż nikt nie czyta, nikt nie komentuje, ale za to wszyscy mają to gdzieś, piszę dalej. Może już z mniejszym zapałem niż na początku, ale pisze. Jestem człowiekiem upartym.

Bardzo podobnie wyglądał mój powrót do fotografii analogowej. Na początku byłem na nie. Na kursach robiliśmy sporo zdjęć analogami. Nawet udało mi się gdzieś tam cyknąć tym parę zdjęć. Uznałem jednak, że żadna różnica, czy obraz zapisuje cyfrowo czy analogowo. Dla mnie praktycznie żadna. O ile w muzyce zdecydowanie wolę dźwięk analogowy (płyty winylowe lub/i kasety/taśmy) o tyle obraz zapisany cyfrowo nie czy analogowo nie robił mi większej różnicy.  I o ile lubiłem obcować z technologią lat 60-tych o tyle sama postać zapisu obrazu nie miała dla mnie znaczenia. 

Miałem nawet wielokrotnie szansę zdjęcia wywoływać. I co? Nie kręciło mnie to. Z resztą nadal nie kręci. A ponieważ w szkole tego wymagają, to to robię. Przyznaje, sam sposób wywoływania robi wrażenie o tyle, aby to była jakaś moja pasja, to chyba nie. Lubię jednak efekty osiągane w sposób naturalny, przemyślany zdecydowanie bardziej niż Photoshop. Z resztą robią na mnie wrażenie zdjęcia w których ktoś osiągnął pożądany efekt swoją własną, ciężką pracą. Zdjęcia obrabiane i zamieniane w postprodukcji nie mają takiej siły przekazu. Mimo iż w fotografii nie ma znaczenia jak, byle osiągnąć pożądany efekt. No nie do końca.  Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Joshua Hoffine (http://www.joshuahoffine.com/). Same zdjęcia robią wrażenie. Ale klękłem dopiero wtedy, jak przeczytałem, że w tych zdjęciach nie ma ani grama obróbki cyfrowej. Wszystko co widać na zdjęciach to efekty ciężkiej, nierzadko kilkutygodniowej wytężonej pracy.

Ale nie o tym chciałem mówić. To dobry temat na osobny artykuł.
Wracajac do analogów -> Poszedłem do szkoły, gdzie fotografia analogwa jest jednym z tematów nie tylko niektórych zajęć, ale również egzaminu końcowego. Wymusiło to na mnie nijako zakup klisz i uruchomieniu kilkudziesięcioletnich maszyn.

ZENIT B
Produkowany na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Ukłon dla radzieckich konstruktorów, że te maszyny działają po dziś dzień. Wyposażony w Heliosa 44-2 aparat do dzisiaj można znaleźć w wielu piwnicach i strychach. Swojego odziedziczyłem po zmarłym dziadku mojej szanownej małżonki. Na pierwszy ogień nie mogłem odpuścić i zagarnąłem obiektyw. Aparat długie lata przeleżał w szafie. Aż i na niego przyszła kolej. Wygrzebałem, zamontowałem obiektyw, kliszę i w drogę. Minęło 5 zdjęć, jak aparat wyzionął ducha. Wyszedłem w plener zrobić kilka zdjęć. Ustawiam parametry, kadr wciskam spust migawki i... słyszę mocno opóźnione i niemal ślimacze tempo podnoszenia lustra. Po chwili słychać bardzo powolny przesów migawki, chwilowe zacięcie i zamykanie migawki i spóźniony opad lustra. W ten oto sposób prawdopodobnie pozbyłem się kilku klatek filmu.  Nie zrażony za bardzo myślę - ah mam jeszcze Zorkę.


ZORKA 6

 Zakupiony za 20zł na bazarze staroci. Replika ówczesnej Leica sprzedawała się u nas masowo za śmieszne pieniądze. Metalowa konstrukcja dalmierza nie pozostawiała wiele do życzenia. Można było nim zabijać kurczaki na wsiach, a potem martwym kurczakom robić zdjęcia tym samym aparatem. I o ile konstrukcja okazała się dość... solidna o tyle mechanika już nie była szczytem marzeń. Po wykonaniu 5 zdjęć zaciął się spust migawki. A metalowa konstrukcja nie pozwoliła odblokować go nawet młotkiem. Tak, próbowałem. Kurde, nowoczesny aparat by się rozpadł po pierwszym uderzeniu, a tu nawet zarysowania nie było. Oprócz zarysowania nie było też możliwości wykonania zdjęcia. Klisza zwinięta. A ja myślę - do 3-ch razy sztuka i wyhaczyłem za śmieszne pieniądze w pełni sprawnego Pentaxa SFX. 



PENTAX SFX

 Gdy aparat odebrałem juz wiedziałem że to będzie mój ulubieniec. I tak było, aż do momentu włożenia baterii. Lustro się podniosło, aparat zaczął buczeć i tyle się dało z niego wyciągnąć. Noż piesa krew, no! Aparat jak marzenie, a nawet nie wykończył jednej klatki filmu. Powiedziałem DOŚĆ!!!!! Aparat oddałem i chciałem już sprzedawać klisze, gdy odezwał się do mnie znajomy mówiąc "Mam coś dla Ciebie"

PENTAX PZ-20

 Do propozycji mojego byłego nauczyciela podszedłem bardzo niepewnie i w sumie zrezygnowany. Porpozycja była następujące:
"Mam na stanie 3 aparaty analogowe pentaxa Z10, Z20 i Z70. Wraz z obiektywami. Przyniosę Ci, wypróbuj wszystkie i weź ten, który Ci będzie najbardziej odpowiadał."
No mówię, jak tak do mnie lgnie ten analog, to żal by było nie spróbować. Klisza jedna jeszcze cała, na drugiej zostało około 15 klatek. No nic, najwyżej i z tego nic nie będzie. Propozycję przyjąłem. I po południu tego samego dnia w moich rękach zawitała duża torba z trzema maszynami w środku.
Zacząłem od najpoważniejszego konkurenta pozostałych, czyli od Z70. Ten okazał się jednak wadliwy. Mechanika działała, ale lustro nie zamierzało się podnieść. Migawka reagowała, film się przewijał, przysłona normalnie pracowała. Tylko lustro ani drgnie. Po drobnej konsultacji z właścicielem podniosłem lustro ręcznie, wcisnąłem spust migawki i... lustro nie opadło. Po kilku wciśnięciach spustu w końcu i ono sie opuściło, ale już się nie podniosło. Kicha, myślę - maszyna uszkodzona.
Dalej był Z-20. W pełni sprawny aparat. Wszystko pracowało jak należy. W zasadzie tak mi przypadł do gustu, że Z-10 mogłem pominąć. Po prostu zakochałem się w Z-20. Z obiektywami dołączonymi do zestawu sprawił, że innego już sprzętu nie chciałem. Założyłem niewykończona kliszę, ustawiłem na nienaświetlone klatki i maszyna była gotowa do pracy. Obiektywy są, aparat jest. Reszta poszła w odstawkę. Sam aparat niemal pokochałem. Dużo fajniejszy i lepszy od uszkodzonego SFX, przyjemniejszy w użyciu niż Z-10 i nieporównywalny z żadnym radzieckim sprzętem. Zrobiłem nim zdjęcia i nie zawiódł. Jedynie na co mogę narzekać, to na pracę z lampami. O ile sama w sobie jest oki, o tyle montaż wyzwalacza radiowego uniemożliwia wciśnięcie spustu migawki, o samym sterowaniu aparatem nie wspominając. Po postu wszystko znajduje się pod wyzwalaczem i nie ma do tego dostępu. Trzeba więc ustawiać samowyzwalacz i dopiero potem zakładać radiowy wyzwalacz lamp. Ale to mała niedogodność.
Maszyna pozostanie już ze mną raczej.



Obiektywy

24-80 i 70-200 kryjące FF bardzo przypadły mi do gustu. Dają fantastyczny obrazek. Korzystam z nich zarówno na Z-20 jak i na cyfrowym K50. Trudno je porównywać do kitów z K50. To trochę inna technologia. Ale dużo przyjemniejsza we współpracy niż nowoczesna optyka. Co zrobię w takim przypadku z kitami? Tego nie wiem. Pewnie pozostaną ze mną, bo osobiście nie lubię pozbywać się szkieł. Decyzja jeszcze do przemyślenia. Jak mają leżeć to też szkoda.



Jak widać mój powrót do analogów dał mi w kość. Mam darmową możliwość wywoływania filmów (niestety na razie tylko BW), więc korzystam póki mogę. Co będzie po 2-ch latach? Tego nie wiem. Albo dalej pozwolą nam po zakończeniu szkoły korzystać z ciemni, albo nie. Podobnie nie wiem, czy zostanę przy fotografii analogowej. To jednak kosztowne hobby. 36 klatek to koło 50zł (film + wywołanie). To trochę dużo. Jestem jednak człowiekiem upartym. Może w przypływie gotówki choć jeden film miesięcznie uda mi się zrobić. Jeśli tak, to pozostanę z tym na dłużej niż przez czas szkoły.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+