czwartek, 21 czerwca 2018

foto-spontan


     Ciekawym jest bardzo, jak ludzie podchodzą do fotografii. Pisałem o tym trochę wcześniej w artykule "baw się aż się porzygasz". Otóż pojawiają się często pytania na różnych forach

".... yyyy.... ziomeczki... bo jest sprawa taka... yyyy... będę robił sesję koleżanki w plenerze, normalnie nie? I jak ja mam się do tego zabrać? Bo ja nie wiem. Jak się przygotować? Poradźcie, bo umieram".

    Poważnie? dorośli ludzie zadają takie pytania? To na prawdę nie jest trudne. Jak masz choć odrobinę wyobraźni i umiesz się bawić to bierzesz aparat i idziesz w plener. Zabierasz jeszcze koleżankę po drodze i więcej Ci nie potrzeba. Żadnego planu, żadnych przygotowań.
Wiecie jak robiłem sesję w Bełchatowie? Albo jak powstało to zdjęcie? Zupełnie spontanicznie. Tak! 90% moich zdjęć z ludzikami to kompletny spontan. Po prostu biorę aparat i idę. Jeśli ktoś mnie prosi o zdjęcia z gitarą, ok - biorę gitarę i biorę modela/modelkę i idę. Jedynie nad czym myślę to nie nad zdjęciami, ale nad miejscem, czy dane miejsce pasuje do całej reszty. Skoro dla mnie zatłoczona ulica i grający na gitarze chłopak to raczej średni pomysł (chyba, że ma być to żebrak grający na gitarze). Ok, wiadomo w lesie też tego nie zrobię, czy na torach kolejowych, bo to zwyczajnie słabe. Bierzesz więc modela, bierzesz gitarę i idziesz w miejsce pasujące - scena, łąka z dziewczyną (yyy.. tak, dziewczyna też się przydaje)... tam gdzie ludzie grają na gitarze poza domem. I do tego na prawdę nie potrzeba jakiś planów, obmyślania sesji. Jak masz pomysł to idziesz i go realizujesz. Prawie wszystkie zdjęcia z Rafałem i Justyny to był spontan. Spotkaliśmy się na głównym placu w mieście i jechaliśmy ze zdjęciami. Bez specjalnego planu - to wszystko wyszło już w trakcie sesji.

    Podobnie sprawa się miała ze zdjęciem powyżej. Tym bardziej, że nawet nie wiedziałem, że będe je robić. Poszliśmy i każdy miał zrobić zdjęcie z lampami. I jak to wyglądało -> każdy wziął modela/modelkę i zrobił zdjęcie na ławeczce, czy klasyczne gdzieś na drzewie, czy drodze. Ok, nie odbieram im tego - ale nikt nie miał planu, niektórzy pracowali pierwszy raz z lampami błyskowymi w plenerze. Powiem wam, że zdjęcia powychodziły wcale nie gorsze od tych mega planowanych i obmyślanych. Ja znalazłem miejsce (zacieniona lekko dróżka), gdzie pomysł zrodził się od tak. W dodatku pomyślałem o zdjęciu z ukrycia, bo to po prostu wygląda fajnie. Wystarczyło znaleźć jakiś krzaczek lub niskie drzewo w okolicy max 100m (bo taki zasięg ma sterowanie radiowe). W dodatku wykorzystać ludzików do pomocy. W dodatku rozbłysk za modelką wyszedł już w trakcie sesji zupełnie przypadkowo, kiedy lampa niechcąco złapała mi się na jednym zdjęciu. Ustawić modelkę, ogniskowa w okolicy 135mm, odpowiednie oświetlenie zgodne z pomysłem i... bah - jest zdjęciu.
    Bardzo podobnie powstało zdjęcie mnie przy drzewie: 
    
Po prostu - było jeziorko, więc fotografujący wpadł na genialny pomysł wykorzystania odbicia, a drzewo w tle i odpowiednie doświetlenie zrobiło robotę. Koleś miał pomysł, który wyszedł nagle. Nie planował tego. Zadziałała wyobraźnia, umiejętność zabawy fotografią i chęć eksperymentowania. Brawo Błażej.

    I tak się zastanawiam - dlaczego ludzie tak nie potrafią - nie potrafią się bawić. Wszystko muszą mieć zaplanowane. Szczególnie w przypadku, kiedy sesję robią jako amatorzy. Tu na prawdę nie potrzeba mieć jakiś specjalnych przygotowań, jakiegoś mega planu. Skoro zamawiający sobie życzy sesję np w stylu wojskowym (bo się tym np interesuje), to kurcze mać wiadomo, że ubierzesz go w jakiś wojskowy mundur, dasz do ręki np replikę jakiegoś karabinka (skąd wziąć? Prost - skoro się interesuje to powinien mieć) i nie zrobisz mu sesji w kościele, czy na ruchliwej ulicy w mieście. Nie trzeba wyobraźni, aby zabrać go gdzieś gdzie są np ruiny budynków, albo nawet na pofałdowaną łąkę lub do lasu. Ewentualnie znaleźć miejsce, gdzie są doły, lub bunkry. Tu nie trzeba planu, tym bardziej, że nigdy nie wiadomo czego się na miejscu spodziewać. Nawet jeśli jest to dobrze znane nam miejsce. Co z tego, że zaplanujemy sobie, że zrobimy mu sesję w ruinie pobliskiej fabryki. Idziemy, a fabryka jest zamknięta, bo miasto uznało to miejsce za niebezpieczne i zabiło wejście deskami i zamurowało okna. I już z planów i przygotowań nic nie będzie. Musisz szukać i improwizować. Jesteś w doskonałym miejscu mimo wszystko, jeśli masz trochę wyobraźni. Szybko wyłapiesz jak można te zdjęcia zrobić.
    Jeśli nie masz pomysłu, nie umiesz się bawić swoją pasją, a wyobraźnia przestała działać zaraz po twoich 5 urodzinach - odpuść. Najlepiej nie tylko sesję, ale odpuść fotografię. Bez wyobraźni ta dziedzina nie działa. Jak się nie umiesz bawić nigdy nie zrobisz fajnego zdjęcia. Jak nie masz pomysłu jesteś spalony. Jeśli już koniecznie chcesz coś planować, to co najwyżej zapytaj modela/modelkę w jakim stylu sobie sesję wyobraża i znajdź miejsce gdzie można ja zrealizować. A jak sama nie wie i nie ma pomysłu to masz pełne pole do popisu. wyciągnij czym się interesuje i na tej podstawie wymyśl coś. A potem bierze aparat i idź.
    I nie mówię tu o zawodowcach, sesjach glamour, czy do jakiś reklam. Bo tam zdjęcie powstaje jeszcze zanim fotograf w ogóle wpadnie na to, że ma je zrobić. To jest inna zupełnie sprawa. Natomiast jeśli robimy fotki amatorsko i ktoś nas poprosi o zrobienie zdjęć - użyj wyobraźni i baw się tym co lubisz. Idź na spontan. To na prawdę działa. Niech to będzie twój plan na sesję - zabawa! Bo jeśli nie umiesz się bawić, to nie jesteś w stanie ogarnąć żadnej sztuki.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 23 maja 2018

Baw się aż się porzygasz


    Jakiś czas temu rozgorzała spora dyskusja na temat tego, czy praca może być pasją. było sporo zwolenników tej teorii, twierdzących że prawdziwa pasja zawsze pozostanie pasją, choćby dostać same nudne zadania. To i tak będzie sprawiać radość. Z drugiej strony odzywały się głosy, że pasja to pasja, a praca to praca. Nie można łączyć pasji z pracą.
    O ile rozumiem tych pierwszych, o tyle z doświadczenia wiem, że pasja kończy się tam, gdzie zaczyna sie praca. Widać to doskonale na przykładzie choćby właśnie fotografii. Ilu widzieliście zawodowców  po których widać zadowolenie z pracy? Oni umieją robić zdjęcia i widać to po tym jak pracują. Szukają kadrów, ustawiają ludzi, 2-3 ruchy w ustawianiu aparatu, 2-ch asystentów... ale w tym całym szaleństwie brakuje... szaleństwa. Oni są zawodowcami. Robią zdjęcia. Ale w tym całym robieniu zdjęć nie ma jednego szczegółu - blasku w oczach. To praca. Wykonywana dobrze, ale beznamiętnie.
    A teraz popatrzcie na pasjonatów. Jak oni pracują. Lekko nieporadnie, często zagubieni, nie zawsze wiedzą jak zabrać sie za temat. Ale jeśli już ktoś sobie weźmie takiego ziomeczka do fotografii kogoś/czegoś to łatwo rozpoznać kogoś kto nie czerpie z tego pieniędzy. On ma inne cele - robi to dla fanu, dla zabawy a nie dla kasy. W tym całym jego fotografowaniu i pracy ze zdjęciami jest coś, czego nigdy żaden zawodowiec nie ma i mieć nie będzie - radość i szczęście. I nie chodzi tu bynajmniej o szczęście, że ktoś w ogóle go zechciał. Nie. To blask związany z tym, że "robi zdjęcia". On nie robi tego dla kogoś - on to robi dla siebie. I to widać. I być może jego zdjęcia nie będą jakieś profesjonalne, super zrobione pozbawione błędów. Ale w tych zdjęciach będzie widać pasję, a nie pieniądze. On te zdjęcia pewnie w domku sobie na najtańszym sprzęcie obrobi (lub nawet nie) i z bananem na gębie odda. To go różni od zawodowca (czyt. Człowieka pracującego w zawodzie, a nie profesjonalisty). Zawodowiec odda super obrobione, często ocierające się o kicz, zdjęcia. Zrobi to jednak z miną poważną, przyjmie kasę i zapomni o kliencie i jego zdjęciach. Potem pewnie wykorzysta te zdjęcia gdzieś w swoim portfolio. I najczęściej portfolio zawodowców składa się z kilku-kilkunastu identycznych zdjęć. Bez pomysłu. Kiedyś wpadł on na doskonały pomysł i przez lata powtarza go jak mantrę.

     A jak oddaje zdjęcia pasjonat? Jak się nimi zajmuje? W prosty sposób - prawdopodobnie nie mając takiego zaplecza sprzętowego i prawdopodobnie takich zdolności (w końcu robienie przez lata tego samego zdjęcia doprowadziło je do perfekcji) w obróbce odda zdjęcia pomysłowe wymyślone, inne. Fakt, nierzadko nie pozbawione błędów kadru czy obróbki, ale kogo to obchodzi? Znacie kogoś, kto powie "te zdjęcia są do dupy"? Nie. Potencjalny klient (czy to będzie ciotka od strony rodziny ojca, czy też będzie to znajomy klienta poleconego przez znajomego)  ma świadomość kogo bierze. A w ostatecznym rachunku i tak zachwyci się pryszczatym synem na zdjęciu i rozmazanym tłem. Nie zauważy nawet potencjalnych błędów w fotografii. Mało tego - często pasjonat takie zdjęcia robi za darmo (dla ciotki), lub za jakąś drobną opłatą (dla znajomego klienta, który przyszedł kiedyś z polecenia ciotki). Na koniec weźmie za swoją, bądź co bądź, pracę 200zł i będzie szczęśliwy. Za takie zdjęcia zawodowiec weźmie 2,5 tysiąca zł. Tylko, że amator nie pracuje dla kasy - pracuje dla satysfakcji. Być może nie ma z tego jakiś specjalnych profitów materialnych, ale nie po to przyjmuje zlecenie, aby zarabiać na tym kokosy.

     I nie - amator pracujący za 200zł nie psuje rynku - ze zdjęć ma korzyści niematerialne. Zarabia niewiele mniej niż zawodowiec, ale w inny sposób - w sposób za który nie da sie zapłacić - za doświadczenie, uśmiech na twarzach zleceniodawcy i radość w sercu zleceniobiorcy.


Widzieliście to ->
Zwariowany perkusista
(szczególnie polecam oglądać od czasu 13min15sek)

Tak - to nie jest profesjonalista - to pasjonat. Gra w jakimś podrzędnym zespole, który nie potrafi wymyślić swojej piosenki tylko wykorzystuje utwory innych. Zespół o którym słyszało może 15 osób na całym świecie, z czego 10 to rodzina członków zespołu. Prawdopodobnie łapią okazję za jakieś marne ochłapy, za które "profesjonalny" zespół by nawet nie ruszył dupy z kanapy sprzed telewizora. Ale nie o to pewnie im chodzi, aby na tym zarabiać. Każdy z nich pewnie ma swoją pracę, a zespół traktuje bardziej jako hobby niż zarobek. Ale umieją się bawić, a szczególnie widać to po perkusiście. On nie gra w zespole - on się bawi muzyką. Pozostali członkowie zespołu może są bardziej sztywni i pozują na zawodowców, ale w ich oczach też widać szczęście. Mimo iż zespół tak na prawdę jest kompletnie denny, ale aż miło popatrzeć z jaką pasją i zaangażowaniem przykładają się do tego dennego muzykowania.
     Tak właśnie wyglądają amatorzy - praca nie pozbawiona błędów i niedociągnięć. Za to w każdym zdjęciu widać to zaangażowanie. Już nawet jak przyjrzymy się fotografującym na jakiś uroczystościach łątwo możemy wyłapać, który to profesjonalista wynajęty za grube pieniądze, a który to amator z rodziny organizatora, lub znajomy głównym osób na przyjęciu.

A teraz zobaczcie to ->
ZZTop - Sharp Dressed Man

    Tak pracują profesjonaliści. Widzicie różnice? Utwór wykonany perfekcyjnie, z każdą najmniejszą sekunda, dopracowany sprzęt, nagłośnienie, zero błędów, czy niedociągnięć. W żadnej sekundzie nie ma czegoś, co można by było zrobić lepiej, coś dopracować. Ale to tylko muzyka. Porównajcie sobie perkusistów. Tutaj jest to człowiek, który przyszedł odbębnić swoje i wracać do domu. Zero uśmiechu, zero zabawy... ZZTop to może kiepski przykład, bo oni z natury są dość sztywni, ale przykład który doskonale pokazuje jak pracują zawodowcy - sztywno, bez polotu, bez pasji, bez zaangażowania. Perfekcyjnie w każdym calu.

    I wiecie co - po 100-kroć lepiej słucha mi się wykonanie The Allnighters niż ZZ Top. Mimo iż sama muzyka jest ma błędy - perkusista czasem zgubi pałeczkę, a wokaliście nie zawsze uda się równo wejść w refren.

    Podobnie sprawa ma się ze zdjęciami - na swoje imprezy wolę zaprosić amatora, który zrobi mi to z pasjąi zaangażowaniem, niż zawodowca który zrobi mi to perfekcyjnie ale na tzw. odpierdol. Nawet jeśli finansowo miałbym zapłacić jednemu i drugiemu tyle samo.




A Wy co wolicie - smutnych zawodowców, czy amatorów bawiących się swoją "profesją"?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 15 maja 2018

Rafijus



Był w moim życiu taki okres kiedy postanowiłem trochę pofotografować ludzi. Uznałem, że to jednak też trzeba umieć, mimo iż nie jest to moja najsilniejsza strona. Owszem, mam za sobą kilka sesji dzieci, ale mówimy o ludziach, a nie o dzieciach. Chcąc sprostać moim słabościom zapisałem się do grupy TFP. Tam zawiedziony wymogami ludzi przestałem zaglądać na grupę i w zasadzie przestałem zaglądać.
Ogłoszenie Rafała brzmiało dość wymownie i prosto. W skrócie - zróbcie mi zdjęcie. Odpisałem, że chętnie to zrobię. Umówiliśmy się i już wiedziałem że w najbliższy weekend czeka mnie wycieczka do Bełchatowa. Przeliczyłem srebrniki, zatankowałem i pojechałem. Ponieważ Rafał zorganizował jeszcze dziewczynę, która też chętnie pozowała sesja wydawała się odnieść sukces. Znając jednak swoją zdolność do skopania najprostszych rzeczy miałem na uwadze, że sesja może okazać się kompletną klapą. Zawiadomiłem o tym mojego "modela" i rozpoczęliśmy przygotowania.
Krótka rozmowa, czym Rafał się zajmuje, co lubi i czego wymaga. No i wyszło....


1. Sesja z gitarą 

     Ponieważ Rafała przeszłość wskazywała na to, że grał kiedyś na gitarze, właściciel swojej przeszłości poprosił mnie o wykonanie takich zdjęć. Początki były dość ciężkie. Moje pomysły nie pokrywały się z jego pomysłami, a jego pomysły z pomysłami modelki. No niestety, ale zdjęcia z gitarą na torach nadaje się do programu "tuż przed tragedią". Takich już rozjechał pociąg, albo w niedługim czasie zamknęli ich w klinice dla psychicznie chorych. Innymi słowy to stan krytyczny kompletnego debilizmu. Nikt o zdrowych zmysłach nie siada na torach i nie gra na gitarze. Zdjęcia więc z dupy. Pomysł odpadł.
     Las... wdzięczny temat, ale, kurde, nie do gry na instrumencie. Ci z kolei zostali zjedzeni przez dziki,albo zamknięci w więzieniu za zakłócanie ciszy w lesie. Poza tym, jakbym zobaczył w środku jakiegoś lasu gościa z gitarą grającego melodie z bram piekieł, raczej bym uciekał a nie robił mu zdjęcia. Pomysł upadł.
     Pozostało zastanowić się, gdzie ludzie grają na gitarach. Szukać długo nie trzeba było. Graja na wszystkich większych ulicach w Polsce. świetnie. Tylko robią to zazwyczaj najebani żule zbierający na wódkę, albo nastoletnia gimbaza w skórzanych ciuchach zbierająca na wódkę. Taki obraz kompletnie nie pasował do całości.
     Postanowiłem iść na żywioł. Pojedziemy, zobaczymy. I zobaczylismy pierwsze co to scenę. Kurcze, to takie proste - gitarzyści grają na scenie. Tam jest ich wbrew pozorom całkiem sporo. Teraz wystarczyło postawić Rafała na scenie, ustawić lampy i cyknąć mu kilka fotek.


     Nie trzeba było długo szukać, aby znaleźć również graffiti. Miejskich malarzy nie brakuje... szczególnie w mieście. A że ładnie pomalowany murek nie wygląda ani na obrzygany, ani obsikany (nawet jeśli jest to nie wygląda) trzeba było to wykorzystać. Tak powstało kilka ciekawych i klimatycznych zdjęć.
     Trzeci pomysł to klasyka -> piknik i chłopak przygrywający dziewczynie, która udaje że słucha i robi wszystko aby nie zasnąć. Trzeba było podłapać i uwiecznić takie męczarnie. A co...
     Zachwycił mnie również plac miejski w Bełchatowie. Miałem kilka wizji i pomysłów na wykorzystanie tego pleneru. Oczywiście trzeba było zrobić coś, aby Rafał nie zbierał na wódkę i dragi. Ale za to nikt nie powiedział, że z gitarą i dziewczyną nie można iść przez miasto. Granie to słabo, ale spacerowanie z gitarą... czemu nie.

    Na tym zakończyliśmy sesję gitarową.


2. Samochód

     No tu trochę trzeba było pomyśleć. miałem kilka pomysłów, które postanowiłem zrealizować, kilka pomysłów dał Rafał, a i Justyna miała pewien genialny pomysł wykorzystujący możliwości mojego auta. A ponieważ nie mieliśmy nic lepszego niż żółty hyundai atos niektóre zdjęcia wyszło dośc humorystycznie.
     Pomysł Justyny podłapaliśmy bardzo szybko. Faktycznie otwierany dach można było genialnie wykorzystać. :)  Kobiety chyba faktycznie mają ten 6 zmysł. Kilka prób i wyszło genialnie. :)

     Drugi pomysł był Rafała. Pokazał mi w necie fotkę z sesji ślubnej. Pary młodej nie mieliśmy, ale to nikomu nie przeszkadzało. W sumie nawet i dobrze wyszło. Mieliśmy za to chłopaka, który udaje że wie co się zepsuło w aucie, oraz wkurwioną dziewczynę bo "ten cham znowu coś zepsuł". W oryginale był pan młody, wkurwiona już żona, oraz czerwone audi RS. W naszym przypadku był to koleś przebrany za mechanika, wkurwiona dziewczyna i żółty Hyundai Atos. Ale przez to zdjęcie jak na kopie okazało się prawdziwym oryginałem.
     Trzeci pomysł był mój. Jeśli już mamy gościa co interesuje się motoryzacja i dziewczynę co potrafi wykorzystać wady i zalety samochodu... trzeba było z nich zrobić program motoryzacyjny. Widuje się często podobne ujęcia jak prowadzący stoi oparty o jakieś wypasione auto. Nasz wypas był 1-litrowym żółtym pierdzikółkiem. Ale przy okazji dostaliśmy kolejne wyjątkowe zdjęcie.

    Na koniec postanowiłem jeszcze zrobić zdjęcie, jak Rafał prowadzi. Ponieważ mieliśmy dziewczynę, więc aby nie było tak nudno wydawało mi się, że lepiej to wyjdzie, jak nie będzie jechał sam. Nie będzie mu tak smutno. I nie było... co robi stare małżeństwo w aucie??
Po tym Justynę odwieźliśmy na miejsce pierwszego spotkania, a z Rafałem udaliśmy się na kolejną sesję.

3. Kalistenika

     Mój pomysł był zacny - Rafał sobie ćwiczy a ja sobie robię zdjęcia. Tzn jemu a nie sobie. I o tyle pomysł był zacny, bo tak właśnie robię zdjęcia córce na placu zabaw. Wyglądaja najlepiej i najbardziej naturalnie. Tu jednak spotkałem sie z pierwszym zgrzytem - 90% ćwiczeń nie nadawało się do zdjęć. Twarz zwrócona gdzieś w niebo, albo nagły przewrót spowodował że na zdjęciu uwieczniła się ta część Rafała, która nie jest twarzą. To zdecydowanie nie pasowało do zdjęć, które mógłbym oddać. Trzeba było ten proceder przerwać. No niestety, musiałem lekko spowolnić ćwiczenia. Poprosiłem Rafała, aby jednak starał się trochę wdzięczyć do obiektywu, a po wykonaniu ćwiczenia zwyczajnie dał mi możliwość złapania odpowiedniego kadru i wykonał ćwiczenie ponownie. Efekty okazały się... zaskakująco dobre.



     Oczywiście jak kalistenika to nieodłącznym ćwiczeniem jest deska. Tu nie mogło jej zabraknąć. Oczywiście mój model zgodził się bez wahania na takie zadanie. Ustawił się, a dynamika ćwiczenia dała mi dużo czasu na znalezienie odpowiedniego kadru. I.. jest zdjęcie.
     Okazało się również, że Rafał potrafi zrobić podskakujące pompki. To wyglądało dość zjawiskowo. Na zdjęciu również. Po kilku pompkach i kilku zdjęciach wystarczyło wybrać to najlepsze.


4. Zakończenie

Po wszystkim odwiozłem Rafała do domku, chwilkę pogadaliśmy i zaplanowaliśmy następną sesję. :) Mam nadzieję, że dojdzie do skutku. Przy tej wszyscy bawiliśmy się wybornie. I tak pracować to można. Być może przez ogólną atmosferę zdjęcia wyszły tak fajnie jak wyszły. Współpracowało nam się na tyle dobrze, że w sumie cała sesja zajęła nam około 2-3 godziny. Oczywiście jako fotograf to był dopiero początek mojej pracy. Cała reszta przeniosła się do domku, gdzie trzeba było całość posegregować (nie oddam przecież 585 cykniętych zdjęć), posegregować posegregowane, to co zostało obrobić i posegregować ponownie. W efekcie zostało około 40 zdjęć, które mogłem oddać Rafałowi i Justynie. :)

Pełną sesję można zobaczyć na mojej mordoksiążkowej stronce -> https://www.facebook.com/Fotozyrol/


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 10 maja 2018

kwestia sukcesu


Pewnego ładnego dnia, a była to niedziela, w szkole stało się coś... co nijako była zapalnikiem do tego tekstu. Na zajęciach pani wykładowca przystąpiła do wystawiania ocen. Ale zanim to zrobiła wzięła nasze zdjęcia z zadania "okładka" i kazała każdemu wybrać jedno zdjęcie, które wybralibyśmy na okładkę. I każdy wybrał jedno. Oczywiście, że mojego nie wybrał nikt. Przyzwyczaiłem się do takich dramatów. Ale tak w sumie robiąc swoją okładkę nie na tym mi zależało.
Niedługo wcześniej, podczas oddawania prac była podobna lekcja, z tym że tam wybieraliśmy najfajniejsza okładkę, a nie bawiliśmy się w gościa co patrzy na zdjęcia i wybiera to które pasuje. Oczywiście wtedy moje zdjęcie też nie zostało wybrane.
Stała się jednak rzecz nieco inna -> o moim zdjęciu mówiono. Dużo mówiono. Ba, nawet zastało wybrane poza konkursem. Podobnie stało się dnia w którym wystawiane były oceny. Moje zdjęcie zostało wybrane poza konkursem.

Nie trzeba było długo czekać, kiedy następnego dnia znajoma chwaliła się, że osiągnęła sukces, bo weszła kilka metrów wyżej niż zawsze. Przy czym od razu pożaliła sie, że ten sukces nie zostanie zauważony przez świat.

To wszystko wprawiło mnie w pewien stan niejako nakazujący mi poszukać informacji o kwestii sukcesu. Zadałem sobie dwa pytania:
- Czy odniosłem sukces, mimo iż nikt nie zagłosował za moim zdjęciem?
- Czy ona osiągnęła sukces, mimo iż dla ludzkość zaszła daleko dalej?
Nie musiałem długo czekać, aby znaleźć odpowiedź:
- Tak.
- Tak.

Bo sukces trudno rozpatrywać w świecie ogólnym. Sukces to jest coś osobistego. I nie ma znaczenia jaki stosunek ma do tego reszta świata. O moim zdjęciu mówiono, zostało zapamiętane nie tylko przez wykładowcę, ale przez innych również. To o nim mówiono najwięcej, to je analizowano, a nie zdjęcie wybrane przez większość.
To ona włożyła dużo więcej wysiłku w to co kocha, aby zajść choć kilka metrów dalej. Musiała dać z siebie więcej niż zawsze, aby wspiąć się wyżej, mimo iż ludzie pokonywali o wiele większe góry. Dla niej sukesem było przekroczenie tych 300m, kiedy inni zamarzali na szczycie Himalajów.

Gdybyśmy tak rozpatrywali sukces porównując swoje sukcesiki do całego świata nie byłoby dzisiaj pojęcia "sukcesu". Zawsze znajdzie się ktoś lepszy. Ktoś kto zrobi zdjęcie, które wybierze kilka osób więcej. I zawsze znajdzie się ktoś kto wejdzie wyżej, lub zrobi to szybciej. Nie można swojego sukcesu przyrównywać do sukcesu światowego.
Dla dziecka sukcesem jest 5 pierwszych kroków bez wywrotki. Dla amatora fotografii, gdy gdzieś w komentarzu pod jego zdjęciem znajdzie słowa "fajna fotka". Dla amanta muzyki, gdy złapie rytm Chopina. A dla pisarza, gdy znajdzie się jakaś drukarnia, która to wyda. I nie ma znaczenia, czy o tym dziecku usłyszy świat, ten fotograf zostanie zaproszony na wystawę, za 100 lat o tym muzyku będą mówić jak dzisiaj o Vivaldi, a książkę ktokolwiek kiedykolwiek przeczyta.
Owszem, są sukcesy mniejsze i większe. Tylko teraz należałoby się zastanowić, czy osoba która przekroczyła magiczne 300m i zrobiła to nadludzkim wysiłkiem na pewno osiągnęła malutki sukcesik w porównaniu do kogoś, kto wszedł na 1000m bez kropli potu na czole??
Kiedyś dla mnie nie było specjalnym wyczynem przejechać ciągiem 150km na rowerze dość żwawym tempem. Niektórzy mają problem przejechać 8km spokojnym tempem. Dla mnie te 8km to nawet się porządnie nie rozgrzałem. Czy jednak mogę powiedzieć, że ta druga osoba to nie umie jeździć na rowerze, gdy już przejedzie więcej niż 8km? Osobiście wydaje mi się, że jednak osiągnęła więcej przejeżdżając 10km. mimo iż po 8 już generalnie nie miała siły utrzymać się na rowerze, niż ja przejeżdżając 180km, wyczuwając dopiero lekki dyskomfort po 150km.

Osiągnąłem w życiu fotograficznym kilku sukcesów ->
- Moje zdjęcia zostały wybrane na wystawę w jakimś domu kultury o którym nikt nie słyszał.
- Moje zdjęcia przyjeżdżali oglądac osoby z całej polski, choć byli to po prostu znajomi
- Moje zdjęcia zostały wybrane i wydrukowane w jakiejś lokalnej książce, którą przeczytało może 5 osób na całym świecie
- Klikukrotnie moje zdjęcie zostało wyróżnione na jakiś stronach czy grupach o których pojęcie ma garstka ludzi
- O moich zdjęciach sie mówi, choć nie wygrywają żadnych konkursów.
- Pod kilkoma moimi zdjęciami wywiązała się jakaś zażarta dyskusja wśród garstki napaleńców.
- Moja żona chwaliła się kiedyś moimi zdjęciami wśród koleżanek.
- liczba osób, na które wystarczą palce jednej ręki zaczęła czerpać inspiracje z moich zdjęć.
- Ogarniałem 12-letnim kompaktem to do czego inni mieli najdroższe aparaty z najwyższej półki i te zdjęcia okazywały się nie odbiegać jakością.
- Kliku znajomych poprosiło mnie - zrób mi/moim dzieciom kilka zdjęć.

Tak, to są sukcesy, choć prawdopodobnie nikt nigdy o mnie nie usłyszy, prawdopodobnie nigdy w życiu nie wygram żadnego konkursu.
Czy jednak moje sukcesy nic nie znaczą?

I nie oszukujmy się - każdy z nas osiąga jakieś sukcesy. Jeśli przestaniemy na sukces patrzeć przez pryzmat świata i innych zauważymy, że osiągnęliśmy więcej niż mogło się nam wydawać. Nawet jeśli będzie przeczytanie 1 strony w książce więcej niż nam się do tej pory udało.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

sobota, 24 marca 2018

Deviantporn


     Rozmawiając kiedyś z żoną powiedziała jedno zdanie, które dało mi do myślenia: "jakbyś popracował nad tym to mogłoby o Tobie być głośno". i tak trafiłem na kilka dni do dziadków, gdzie miałem chwilke na przemyślenie kilku spraw. W tym tej.
- W sumie... czemu by nie spróbować pokazać się szerszmu gronu? - pomyślałem.

     Prowadzę swoją "galerię" na google+ (https://plus.google.com/u/0/collection/4NmHsB), gdzie publikuje około 3/4 swoich zdjęć. To jednak niewiele. Postanowiłem więc zapisać sie na tak znienawidzoną przeze mnie stronę - instagram. Generalnie strona jest przeznaczona dla nastoletnich niespełna rozumu idiotek, które swoje niespełnione ambicje ukazują 300 razy dziennie robiąc sobie słodkie selfiaczki z dzióbkiem. Trochę się tam pozmieniało, ale i tak 90% ludzi tam to słodkie idiotki. I za na mową tej samej żony, w sumie słusznie, zrezygnowałem z instagrama. A ponieważ kiedyś prowadziłem tam conieco na deviantart i pamiętam, że było tam sporo na prawdę wartościowych fotek postanowiłem odświerzyc swój profil.
    
     I tu zaczynają sie jaja. Wstawiłem 4 najnowsze zdjęcia, a i owszem. Jednak ludzie sami się nie znajdą. Postanowiłem ich poszukać. I... kurcze, nie spodziewałem się że znajde ludzi w całej swojej okazałości. Jakby to mawiają raperzy "no żesz kurwa, ja pierdolę"... 90% zdjęć to zdjęcia różnych cześci ciała, które zazwyczaj na ulicy chowamy. Mamy więc pokaźną galerię cipek, i mniej pokaźną galerie kutasów zarówno tych męskich, jak i damskich. Kurde... i żeby to jeszcze były akty. Ale nie - jakiś koleś wystawia dupę, jajka mu wiszą i to wstawia na deviant art. Dwa zdjęcia dalej jakaś babeczka "wali konia"... kurwa, swojego.  Następnie piękna galeria kilkunastu cipek, które można obejrzeć z różnych stron. Niektórych poniosło i postanowili swoje miejsc intymne rozszerzyć o cycki. A ci bardziej odważni nawet pokazują swoją twarz. I to wszystko w dwóch miejscach na deviantart - w podstronie nazwanej "najnowsze" i stronce o szumnej nazwie "najlepsze".
     Kilkukrotnie patrzyłem na adres, czy na pewno niechcący nie zostałem przekierowany na jakąś stronę pornograficzną. Ale nie. Deviantart w czystej postaci.


    Okazuje się że to nie jedyny przypadek. Na podobne rzeczy trafiam na niektórych grupach fotograficznych na facebook, gdzie również kilkukrotnie musze spoglądać czy to co widzę to jeszcze "poważna" grupa ze zdjęciami, czy zwykła strona dla niewyżytych rumcajsów, niespełnionych 40-letnich dziewic i rządnych przygód nastolatków. I nie zdarzylo mi się jeszcze abym został przekierowany.

    Kurde, pytam za przeproszeniem - czy fotografia to tylko dupy, cycki i kutasy? Ja rozumiem akty, ale wiele z tych zdjęć nie ma nic wspólnego z aktem. To zwykłe zdjęcia pornograficzne. Na prawdę, jak będę chciał popatrzeć sobie na różne ludzie otwory to wiem gdzie ich szukać. Ale jak chce popatrzeć sobie na jakies ładne zdjęcia, to oznacza tylko tyle, że chce popatrzeć na jakieś fenomenalne zdjęcia i to takie, że zaniemówię z wrażenia. A nie dupy, kutasy i cycki. Lubię cipki i cycki, jak każdy mężczyzna, ale wiem gdzie ich szukać. Nie chce ich oglądać na stronach ze zdjęciami.
    Tymczasem na tych bardziej "poważnych" grupach odnosi się często wrażenie, że wstawiają tam zdjęia kompletnie niekumaci ludzie, którzy nie potrafiąc zrobić dobrego zdjęcia wstawiają gołą babeczkę i już jest ekstra. Seks się sprzedaje, ludzie lubi seks. Co za problem brak własnych umiejętności zakamuflować dziewczyną w całej swojej okazałości. Wiadomo że ludzie oleją zdjęcie i będą się ślinić do panienki na zdjęciu. Ale czy o to właśnie chodzi? O to, aby wszlekie własne niedociągnięcia wiedzy, czy wszelka nieumiejętność zrobienia czegoś dobrze maskować pod seksem?

    Na prawde, jeśli fotografia pójdzie w tą stronę w którą poszedł deviantart to ja sprzedaje aparat, bo ja nie widzę przyszłości tejdziedziny sztuki. Tak, sztuki i wszyscy musimy zatroszczyć się, aby sztuka pozostała sztuką, a nie czystą pornografią nazwaną "sztuką".
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+