wtorek, 21 listopada 2017

Marzenia


Na jednej z grup facebookowych padło dosyć ciekawe pytanie - o fotograficzne marzenia.  Komentarzy dużo nie było, ale to co przeczytałem wystarczyło, aby stwierdzić, że... ludzie to jednak bardzo płaskie i doczesne marzenia mają. Jeden chce mieć sony A7R3, inny marzy o nikonie D750, a sa i tacy którym marzy się Sigma 35mm f1,4 ART... 
I wśród ogólnego wysypu marzeń o takim czy innym sprzęcie uwagę moja przykul
jeden komentarz


w końcu ktoś  nie chce sprzętu nie marzy o nowym obiektywie czy świetnym aparacie. Ktoś ma inne marzenie. Zwracam uwagę na słowo "przetestować", a nie "posiadać". W sumie marzenie dosyć piękne, jakby na to nie patrzeć. I ma sens... nie puste i nic nie warte "chciałbym aparat A, obiektyw B i lampę C". 

Wszystkie przeczytane marzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że ludzie to sprzętowcy i nie liczą się umiejętności, wiedza i chęci. Liczy się sprzęt. Takie komentarze jednak jak ten powyżej przywracają mi trochę wiary w ludzkość. Niby też o sprzęcie, ale jednak nie o chęci posiadania, ale raczej formy zabawy.  Może dlatego odbieram ten komentarz jako taki personalny, gdyż sam kiedyś chciałem przetestować wszystkie obiektywy na rynku. Z tym, że mi sie marzyły wszystkie stare obiektywy od początku powstania wszechświata, aż po koniec XX wieku. Chciałbym mieć każdy obiektyw na wyłączność przynajmniej przez miesiąc. I po prostu móc nim się bawić, fotografować i robić z nim co chcę. Wiem, że to nie wykonalne, ale marzyć można każdemu. :)

Swoją drogą teraz już trochę moje marzenia się zmieniły. Nie są związany stricte ze sprzętem. Fakt, brakuje mi czasem niektórych ogniskowych, czasem światłosiły, a czasem po prostu większej matrycy. Ale to nie do końca moje marzenie, co raczej pewna potrzeba, bez której jakoś sobie radze i jakoś te niewystarczające cyferki obchodzę. Moje marzenia obecnie związane są z moimi umiejętnościami. Powiedzenie "wiem, że nic nie wiem" prześladuje mnie coraz bardziej i często mam wrażenie, że ja po prostu nie potrafię zrobić zdjęcia. A te wszystkie moje wytwory nad którymi niekiedy bardzo sie napracowałem, czy nawyszukiwałem są niewiele warte. Aż się czasem po prostu nie chce apartu brać do ręki, bo wychodzi z tego kolejny gniot raczej do śmietnika. Marzę wiec o tym by umieć, potrafić robić zdjęcia.Po prostu wiedzieć jak osiągnąć dany efekt, bo nie zawsze mi się to udaje i pewne wytwory mojej wyobraźni po prostu nie powstały. Mam spore braki w wiedzy i umiejętnościach. Teraz chodzę do szkoły fotografii, to pewnie się czegoś tam nauczę. Już wiem więcej niż na w momencie przystępowania do nauki, a to w sumie dopiero połowa pierwszego semestru. PRzede mną jeszcze dwa. Więc mój mały fotograficzny świat będzie bogaty jak Walt Disney.

Drugim moim małym marzeniem jest mieć czas na fotografię. A tego niestety jak na lekarstwo. I nie mówię tutaj o tym, aby mieć czas chodzić po mieście i robić zdjęcia. Na to zawsze przynajmniej parę minut w ciągu dnia sie znajdzie. Chodzi mi o czas, jaki będę mógł spędzić nad jednym zdjęciem. Chciałbym mieć go tyle, aby móc pracować miesiąc nad jedną fotografią. Dopracowywać szczegóły, przygotowywać sceny, dopracowywać charakteryzację... Miesiąc ciężkiej i wytężonej pracy aby na samym końcu na całość poświecić ułamek sekundy podczas którego obraz jest naświetlany.  I nie siedzieć potem 2 godziny nad Gimpem, aby to dopracować. To ma wyjść bezpośrednio z aparatu perfekcyjne zdjęcie. Zazdroszczę tym, którzy maja tyle czasu aby to zrobić. Ale efekty są widoczne. U mnie ciężko choćby o 3 godziny pracy nad zdjęciem, o całym dniu nie mam co marzyć, a już miesiąc wydaje się być czasem dłuższym niż trwa cywilizacja. No nic, może kiedyś, jak będę stary i już do pracy chodzić nie trzeba będzie, znajdzie się czas, pieniądze i ludzie chętni pomóc w takim przedsięwzięciu. :) Może choć raz w życiu uda mi się to zrealizować. Na razie pozostaje to w swerze marzeń.


A jakie są wasze marzenia związane z waszymi pasjami? O czym marzycie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 30 października 2017

Analogowa pamiątka


Jak wszyscy wiedzą ostatnimi czasy powróciłem do fotografii analogowej. W związku z tym zapisałem się do grup związanych z tematyką takiej fotografii. Grupy te różnią się tym od innych grup, że ludzie tam mają zboczenie na punkcie kliszy, średnioformatowych maszyn, rozpuszczalników i różnej chemii. A w czym jest podobna do innych grup, oprócz tego, że również są to grupy fotograficzne? A no tym, że ludzie bez refleksji i bez namysłu chwalą się tam zdjęciami. Zarówno kompletnymi gniotami, które nigdy w życiu nie powinny postać bo uwłaszczają wszelkiej fotograficznej sztuce, jak i przemyślanymi, przygotowanymi zdjęciami, na które patrzy się z zachwytem. Miło ze strony tych drugich. Można czerpać z nich pełno inspiracji do zdjęć.
I tu, zaczynają się jaja, ponieważ... wszystkie te zdjęcia niczym nie różnią sie od tych zrobionych aparatami cyfrowymi. I tu rodzi się pytanie - po co? Większość z tych osób na pewno ma również aparaty cyfrowe. A jednak chwalą sie zdjęciami z analogów. Zdjęciami identycznymi z tymi z aparatów cyfrowych. Nikt nie pochwalił się jeszcze dlaczego fotografuje analogiem. Co takiego ich ciągnie do tego, aby zrobić zdjęcie analogiem, a nie cyfrówką.
Zastanawiające jest to jeszcze bardziej gdy okaże się, że ci ludzie wywołują kliszę, skanują, obrabiają i w takiej wersji wstawiają do netu. Czemu więc analog? Po co? Skoro i tak potem obrabiają to cyfrowo? Gdzie sens? Gdzie logika? Tego nie wiem, ale za to mogę powiedzieć, skąd moje zafascynowanie analogiem.
Fotografia analogowa zawsze kojarzyła mi się z duszą, z pamiątką, z historią. Tak pozostało do dzisiaj. Zdjęcia cyfrowe, otrzymywane od razu, obrabiane cyfrowe nie mają duszy, nie mają sentymentalnej nutki. Nigdy sie nie nadawy i nadal nie nadają się jako zdjęcia pamiątkowe. Owszem, fajnie po kilku latach wrócić do pamiątek sprzed lat. To jednak nie to samo. Tu nadal brakuje tej duszy. Obraz widziany na komputerze jest nienamacalny. Nie ma go, nie można go dotknąć, poczuć ciężaru, przenieść. W dodatku można zrobić tysiąc kopii, przesłać w pół minuty na drugi koniec świata. Niby można wywołać, ale nadal jest to cyfrowy obraz ze wszystkimi zaletami takiej mozaiki kolorów i punktów.
A w fotografii analogowej? Zrobisz zdjęcia. Nie widzisz ich, nie masz do nich szybkiego dostępu. Trzeba oddać do wywołania, poczekać na efekt. I zobaczyć można dopiero po minimum tygodniu, czasem dłużej. Zdjęcia są namacalne. Mało tego - oryginał jest tylko jeden. nie możesz zrobić jego kopii, stworzyć drugiego takiego samego zdjęcia. W końcu klisza jest tylko jedna. Niby można zrobić kilka odbitek. ale oryginał nadal pozostaje jeden. Tak, do szpitala na narodziny dziecia też wezmę aparat analogowy. :D
W dodatku zdjęcia nie są obrabiane, nie są upiększane, obrabiane. Nie usuniesz pryszcza z policzka ciotki, ani kurzajki z czoła babci. Tak, przez ten brak interwencji w obraz (typu photoshop) czy czas w jakim możemy zdjęcie zobaczyć daje doskonałe pole do popisu w przypadku fotografii pamiątkowej. Coś czego na cyfrze się nie uświadczy.
Ta fotografia u mnie słabo nadaje się do fotografii artystycznej. Do zdjęć, do których chcemy mieć dostęp natychmiastowy, kiedy możemy od razu zobaczyć efekt, ewentualnie coś poprawić... innymi słowy do zdjęć aranżowanych. W dodatku obróbka cyfrowa daje nam spore pole do popisu, kiedy możemy dodawać. usuwać elementy, nadawać charakter przez indywidualną obróbkę.  To są jednak elementy które nie znajdują zastosowania w pamiątce.

Podsumowując - fotografię artystyczną, kiedy zależy mi na konkretnym efekcie, lub kiedy idę sobie na miasto pocykać trochę wybieram aparat cyfrowy. Kiedy jednak robię zdjęcia córce, żonie, komuś z rodziny, chce upamiętnić jakąś chwilę wybieram aparat analogowy.

Jestem bardzo ciekawy, czy moje spojrzenie jest "prawidłowe" w dzisiejszym, cyfrowym świecie. Jak myślicie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 12 października 2017

Powrót do analoga


Jestem człowiekiem upartym. Ponoć. Prowadzę tego bloga mimo iż nikt go nie komentuje. Prawdopodobnie też nikt tego nie czyta. Jest niby około 60 odsłon na każdej notce. Ale z tych 60 osób ile otworzyło, zobaczyło i zamknęło? Może 6 osób w ogóle zaczęło to czytać, a może ze 3 znają ostatni wyraz którejś notki. Mamy więc kuriozum - piszę dla samego pisania. Bo co to za pisarz, którego nikt nie czyta?
Nie uważam się jednak za pisarza, więc mimo iż nikt nie czyta, nikt nie komentuje, ale za to wszyscy mają to gdzieś, piszę dalej. Może już z mniejszym zapałem niż na początku, ale pisze. Jestem człowiekiem upartym.

Bardzo podobnie wyglądał mój powrót do fotografii analogowej. Na początku byłem na nie. Na kursach robiliśmy sporo zdjęć analogami. Nawet udało mi się gdzieś tam cyknąć tym parę zdjęć. Uznałem jednak, że żadna różnica, czy obraz zapisuje cyfrowo czy analogowo. Dla mnie praktycznie żadna. O ile w muzyce zdecydowanie wolę dźwięk analogowy (płyty winylowe lub/i kasety/taśmy) o tyle obraz zapisany cyfrowo nie czy analogowo nie robił mi większej różnicy.  I o ile lubiłem obcować z technologią lat 60-tych o tyle sama postać zapisu obrazu nie miała dla mnie znaczenia. 

Miałem nawet wielokrotnie szansę zdjęcia wywoływać. I co? Nie kręciło mnie to. Z resztą nadal nie kręci. A ponieważ w szkole tego wymagają, to to robię. Przyznaje, sam sposób wywoływania robi wrażenie o tyle, aby to była jakaś moja pasja, to chyba nie. Lubię jednak efekty osiągane w sposób naturalny, przemyślany zdecydowanie bardziej niż Photoshop. Z resztą robią na mnie wrażenie zdjęcia w których ktoś osiągnął pożądany efekt swoją własną, ciężką pracą. Zdjęcia obrabiane i zamieniane w postprodukcji nie mają takiej siły przekazu. Mimo iż w fotografii nie ma znaczenia jak, byle osiągnąć pożądany efekt. No nie do końca.  Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Joshua Hoffine (http://www.joshuahoffine.com/). Same zdjęcia robią wrażenie. Ale klękłem dopiero wtedy, jak przeczytałem, że w tych zdjęciach nie ma ani grama obróbki cyfrowej. Wszystko co widać na zdjęciach to efekty ciężkiej, nierzadko kilkutygodniowej wytężonej pracy.

Ale nie o tym chciałem mówić. To dobry temat na osobny artykuł.
Wracajac do analogów -> Poszedłem do szkoły, gdzie fotografia analogwa jest jednym z tematów nie tylko niektórych zajęć, ale również egzaminu końcowego. Wymusiło to na mnie nijako zakup klisz i uruchomieniu kilkudziesięcioletnich maszyn.

ZENIT B
Produkowany na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Ukłon dla radzieckich konstruktorów, że te maszyny działają po dziś dzień. Wyposażony w Heliosa 44-2 aparat do dzisiaj można znaleźć w wielu piwnicach i strychach. Swojego odziedziczyłem po zmarłym dziadku mojej szanownej małżonki. Na pierwszy ogień nie mogłem odpuścić i zagarnąłem obiektyw. Aparat długie lata przeleżał w szafie. Aż i na niego przyszła kolej. Wygrzebałem, zamontowałem obiektyw, kliszę i w drogę. Minęło 5 zdjęć, jak aparat wyzionął ducha. Wyszedłem w plener zrobić kilka zdjęć. Ustawiam parametry, kadr wciskam spust migawki i... słyszę mocno opóźnione i niemal ślimacze tempo podnoszenia lustra. Po chwili słychać bardzo powolny przesów migawki, chwilowe zacięcie i zamykanie migawki i spóźniony opad lustra. W ten oto sposób prawdopodobnie pozbyłem się kilku klatek filmu.  Nie zrażony za bardzo myślę - ah mam jeszcze Zorkę.


ZORKA 6

 Zakupiony za 20zł na bazarze staroci. Replika ówczesnej Leica sprzedawała się u nas masowo za śmieszne pieniądze. Metalowa konstrukcja dalmierza nie pozostawiała wiele do życzenia. Można było nim zabijać kurczaki na wsiach, a potem martwym kurczakom robić zdjęcia tym samym aparatem. I o ile konstrukcja okazała się dość... solidna o tyle mechanika już nie była szczytem marzeń. Po wykonaniu 5 zdjęć zaciął się spust migawki. A metalowa konstrukcja nie pozwoliła odblokować go nawet młotkiem. Tak, próbowałem. Kurde, nowoczesny aparat by się rozpadł po pierwszym uderzeniu, a tu nawet zarysowania nie było. Oprócz zarysowania nie było też możliwości wykonania zdjęcia. Klisza zwinięta. A ja myślę - do 3-ch razy sztuka i wyhaczyłem za śmieszne pieniądze w pełni sprawnego Pentaxa SFX. 



PENTAX SFX

 Gdy aparat odebrałem juz wiedziałem że to będzie mój ulubieniec. I tak było, aż do momentu włożenia baterii. Lustro się podniosło, aparat zaczął buczeć i tyle się dało z niego wyciągnąć. Noż piesa krew, no! Aparat jak marzenie, a nawet nie wykończył jednej klatki filmu. Powiedziałem DOŚĆ!!!!! Aparat oddałem i chciałem już sprzedawać klisze, gdy odezwał się do mnie znajomy mówiąc "Mam coś dla Ciebie"

PENTAX PZ-20

 Do propozycji mojego byłego nauczyciela podszedłem bardzo niepewnie i w sumie zrezygnowany. Porpozycja była następujące:
"Mam na stanie 3 aparaty analogowe pentaxa Z10, Z20 i Z70. Wraz z obiektywami. Przyniosę Ci, wypróbuj wszystkie i weź ten, który Ci będzie najbardziej odpowiadał."
No mówię, jak tak do mnie lgnie ten analog, to żal by było nie spróbować. Klisza jedna jeszcze cała, na drugiej zostało około 15 klatek. No nic, najwyżej i z tego nic nie będzie. Propozycję przyjąłem. I po południu tego samego dnia w moich rękach zawitała duża torba z trzema maszynami w środku.
Zacząłem od najpoważniejszego konkurenta pozostałych, czyli od Z70. Ten okazał się jednak wadliwy. Mechanika działała, ale lustro nie zamierzało się podnieść. Migawka reagowała, film się przewijał, przysłona normalnie pracowała. Tylko lustro ani drgnie. Po drobnej konsultacji z właścicielem podniosłem lustro ręcznie, wcisnąłem spust migawki i... lustro nie opadło. Po kilku wciśnięciach spustu w końcu i ono sie opuściło, ale już się nie podniosło. Kicha, myślę - maszyna uszkodzona.
Dalej był Z-20. W pełni sprawny aparat. Wszystko pracowało jak należy. W zasadzie tak mi przypadł do gustu, że Z-10 mogłem pominąć. Po prostu zakochałem się w Z-20. Z obiektywami dołączonymi do zestawu sprawił, że innego już sprzętu nie chciałem. Założyłem niewykończona kliszę, ustawiłem na nienaświetlone klatki i maszyna była gotowa do pracy. Obiektywy są, aparat jest. Reszta poszła w odstawkę. Sam aparat niemal pokochałem. Dużo fajniejszy i lepszy od uszkodzonego SFX, przyjemniejszy w użyciu niż Z-10 i nieporównywalny z żadnym radzieckim sprzętem. Zrobiłem nim zdjęcia i nie zawiódł. Jedynie na co mogę narzekać, to na pracę z lampami. O ile sama w sobie jest oki, o tyle montaż wyzwalacza radiowego uniemożliwia wciśnięcie spustu migawki, o samym sterowaniu aparatem nie wspominając. Po postu wszystko znajduje się pod wyzwalaczem i nie ma do tego dostępu. Trzeba więc ustawiać samowyzwalacz i dopiero potem zakładać radiowy wyzwalacz lamp. Ale to mała niedogodność.
Maszyna pozostanie już ze mną raczej.



Obiektywy

24-80 i 70-200 kryjące FF bardzo przypadły mi do gustu. Dają fantastyczny obrazek. Korzystam z nich zarówno na Z-20 jak i na cyfrowym K50. Trudno je porównywać do kitów z K50. To trochę inna technologia. Ale dużo przyjemniejsza we współpracy niż nowoczesna optyka. Co zrobię w takim przypadku z kitami? Tego nie wiem. Pewnie pozostaną ze mną, bo osobiście nie lubię pozbywać się szkieł. Decyzja jeszcze do przemyślenia. Jak mają leżeć to też szkoda.



Jak widać mój powrót do analogów dał mi w kość. Mam darmową możliwość wywoływania filmów (niestety na razie tylko BW), więc korzystam póki mogę. Co będzie po 2-ch latach? Tego nie wiem. Albo dalej pozwolą nam po zakończeniu szkoły korzystać z ciemni, albo nie. Podobnie nie wiem, czy zostanę przy fotografii analogowej. To jednak kosztowne hobby. 36 klatek to koło 50zł (film + wywołanie). To trochę dużo. Jestem jednak człowiekiem upartym. Może w przypływie gotówki choć jeden film miesięcznie uda mi się zrobić. Jeśli tak, to pozostanę z tym na dłużej niż przez czas szkoły.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 1 października 2017

Projekt 365 - Miesiąc 3


       Zakończyłem drugi miesiąc projektu 365 który spędziłem pod tytułem selfie.
       Lecimy z kolejnym miesiącem. Miałem kilka pomysłów na niego i ciężką decyzję co wybrać. W końcu pośród kilku propozycji postanowiłem wybrać coś nieco łatwiejszego - macro. Oczywiście nie chodzi o konkretne rzeczy, ale ogólnie o małe przedmioty. Tak jak w selfie nie chodziło o to, aby było widać moją twarz, czy coś takiego, ale aby zrobić zdjęcie do którego ja pozuję. Udało się to zrobić. W macro natomiast nie będzie chodzić o to, aby zrobić powiększenia przedmiotów, ale aby sfotografować małe przedmioty. W bardzo szerokim rozumieniu tego pojęcia. Uznajmy więc, że kwiatek na tle miasta to też zaliczę do makro. Generalnie konkretnie chodzi o zdjęcia małych przedmiotów i niezależnie od tego jakie to zdjęcia.
     Uznałem, że zamykanie sie w konkretnych ujęciach może być dość ciężkie i czasem mija się z celem. Dlatego wszystkie tematy należy rozumieć dość szeroko.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 10 września 2017

Święty spokój


   Ostatnio dokonałem kilku zmian w swoim fotograficznym mini-światku. A dokładniej chodzi o całą otoczkę.

1. O fakcie rozpoczęcia po raz 2 projektu 365 juz mówiłem. Na razie idzie. Miesięczne wyzwania procentują. Pomysły nie zawsze są, a jak sa to nie pasują do wyzwania. Poprzedni (niedokończony) projekt 365 bardzo zaprocentował. Pozwolił opanować światło. Zostałem już nawet "wzywany" na jednym z forów panem światła. Trochę nad wyrost, ale bardzo pochlebiło mi to. Mam nadzieję, że i obecne 365 jakoś zaprocentuje i pozwoli się wiele nauczyć.
Pamiętam, że jedna ze znajomych prowadziła projekt "365 z makro". I o ile na początku faktycznie to były zdjęcia, o tyle pod koniec projektu były to małe dzieła sztuki. Ona to dokończyła. Wyrobiła sobie swój styl, doskonale panuje nad tym co robi. Wystarczyło 365 zdjęć. :) Ciekawe czy każdemu taki projekt procentuje. Braliście w czymś takim udział? Jak na Was takie roczne wyzwanie wpłynęło? jak je ogarnęliście?

2. Porządnie zweryfikowałem swoje grupy w internecie. Z niektórych się wypisałem, w innych pozostałem. A do niektórych się dopisałem. I... teraz mam spokój i ciszę... i w sumie trochę nudę. Ale za to pozbyłem się durnowatych pytań o sprzęt, czy problemów z aparatami. To na prawdę nie moja sprawa, że ktoś nie potrafi poradzić sobie z własnym aparatem, czy wykasował przez pomyślę zdjęcia z jakiegoś bardzo ważnego reportażu. Wypisując się niekiedy z grup w których byłem od samego początku pozbyłem się tego typu problemów. Na prawdę, jeśli ktoś nie wie, co dla niego najlepsze to jest głupcem. A ja z głupcami nie zamierzam rozmawiać. Gotowi sprowadzić mnie do swojego poziomu. Jedynie co... to teraz choćby na facebooku postów jest 3/4 mniej. :) To było dobre posunięcie.
Przy okazji dopisałem się do grup w których administrator panuje nad tym co się u niego dzieje. I tam faktycznie nie ma powtarzających sie w kółko tych samych pytań, ludzie jakoś ogarniają co mają i potrafią decydować sami o sobie.

3. No i ta szkoła... już nie mogę się doczekać zajęć. Liczę nie tylko poznać kilku fantastycznych ludzi z pasją w obiektywie, ale również czegoś się nauczyć i coś zyskać z wiedzy. A jak będzie? Czas pokaże. Obym nie uczył sie od początku tego co już umiem. A to nie łatwe zadanie.
Poszukuje z niemałym trudem też pewnych kursów i książem ze specjalistyczną wiedzą w dziedzinie fotografii. Podstawy mam opanowane do perfekcji. Uważam się za bardzo zaawansowanego amatora. W końcu nie widziałem w necie jeszcze zdjęć, których nie potrafiłbym zrobić. Są dziedziny w których jestem kompletna noga. Niektóre dziedziny są moją piętą Ahillesową. W innych jestem lepszy od pozostałych. Ale mimo to wciąż mam wrażenie, że umiem i wiem mniej niż więcej. Może w szkole przekażą mi tą nieco bardziej zaawansowaną wiedzę. Chciałbym zostać profesjonalistą, a nie "tylko" zaawansowanym amatorem.



No i to tyle. A Wy coś zmieniacie u siebie? Czy obecny system jest w porządku? Sprawdza się w waszym przypadku? Jaki on jest? opowiecie mi trochę o nim? O tym co się dzieje wkoło pasji? W sumie to równie ważne co sama pasja. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+