sobota, 24 marca 2018

Deviantporn


     Rozmawiając kiedyś z żoną powiedziała jedno zdanie, które dało mi do myślenia: "jakbyś popracował nad tym to mogłoby o Tobie być głośno". i tak trafiłem na kilka dni do dziadków, gdzie miałem chwilke na przemyślenie kilku spraw. W tym tej.
- W sumie... czemu by nie spróbować pokazać się szerszmu gronu? - pomyślałem.

     Prowadzę swoją "galerię" na google+ (https://plus.google.com/u/0/collection/4NmHsB), gdzie publikuje około 3/4 swoich zdjęć. To jednak niewiele. Postanowiłem więc zapisać sie na tak znienawidzoną przeze mnie stronę - instagram. Generalnie strona jest przeznaczona dla nastoletnich niespełna rozumu idiotek, które swoje niespełnione ambicje ukazują 300 razy dziennie robiąc sobie słodkie selfiaczki z dzióbkiem. Trochę się tam pozmieniało, ale i tak 90% ludzi tam to słodkie idiotki. I za na mową tej samej żony, w sumie słusznie, zrezygnowałem z instagrama. A ponieważ kiedyś prowadziłem tam conieco na deviantart i pamiętam, że było tam sporo na prawdę wartościowych fotek postanowiłem odświerzyc swój profil.
    
     I tu zaczynają sie jaja. Wstawiłem 4 najnowsze zdjęcia, a i owszem. Jednak ludzie sami się nie znajdą. Postanowiłem ich poszukać. I... kurcze, nie spodziewałem się że znajde ludzi w całej swojej okazałości. Jakby to mawiają raperzy "no żesz kurwa, ja pierdolę"... 90% zdjęć to zdjęcia różnych cześci ciała, które zazwyczaj na ulicy chowamy. Mamy więc pokaźną galerię cipek, i mniej pokaźną galerie kutasów zarówno tych męskich, jak i damskich. Kurde... i żeby to jeszcze były akty. Ale nie - jakiś koleś wystawia dupę, jajka mu wiszą i to wstawia na deviant art. Dwa zdjęcia dalej jakaś babeczka "wali konia"... kurwa, swojego.  Następnie piękna galeria kilkunastu cipek, które można obejrzeć z różnych stron. Niektórych poniosło i postanowili swoje miejsc intymne rozszerzyć o cycki. A ci bardziej odważni nawet pokazują swoją twarz. I to wszystko w dwóch miejscach na deviantart - w podstronie nazwanej "najnowsze" i stronce o szumnej nazwie "najlepsze".
     Kilkukrotnie patrzyłem na adres, czy na pewno niechcący nie zostałem przekierowany na jakąś stronę pornograficzną. Ale nie. Deviantart w czystej postaci.


    Okazuje się że to nie jedyny przypadek. Na podobne rzeczy trafiam na niektórych grupach fotograficznych na facebook, gdzie również kilkukrotnie musze spoglądać czy to co widzę to jeszcze "poważna" grupa ze zdjęciami, czy zwykła strona dla niewyżytych rumcajsów, niespełnionych 40-letnich dziewic i rządnych przygód nastolatków. I nie zdarzylo mi się jeszcze abym został przekierowany.

    Kurde, pytam za przeproszeniem - czy fotografia to tylko dupy, cycki i kutasy? Ja rozumiem akty, ale wiele z tych zdjęć nie ma nic wspólnego z aktem. To zwykłe zdjęcia pornograficzne. Na prawdę, jak będę chciał popatrzeć sobie na różne ludzie otwory to wiem gdzie ich szukać. Ale jak chce popatrzeć sobie na jakies ładne zdjęcia, to oznacza tylko tyle, że chce popatrzeć na jakieś fenomenalne zdjęcia i to takie, że zaniemówię z wrażenia. A nie dupy, kutasy i cycki. Lubię cipki i cycki, jak każdy mężczyzna, ale wiem gdzie ich szukać. Nie chce ich oglądać na stronach ze zdjęciami.
    Tymczasem na tych bardziej "poważnych" grupach odnosi się często wrażenie, że wstawiają tam zdjęia kompletnie niekumaci ludzie, którzy nie potrafiąc zrobić dobrego zdjęcia wstawiają gołą babeczkę i już jest ekstra. Seks się sprzedaje, ludzie lubi seks. Co za problem brak własnych umiejętności zakamuflować dziewczyną w całej swojej okazałości. Wiadomo że ludzie oleją zdjęcie i będą się ślinić do panienki na zdjęciu. Ale czy o to właśnie chodzi? O to, aby wszlekie własne niedociągnięcia wiedzy, czy wszelka nieumiejętność zrobienia czegoś dobrze maskować pod seksem?

    Na prawde, jeśli fotografia pójdzie w tą stronę w którą poszedł deviantart to ja sprzedaje aparat, bo ja nie widzę przyszłości tejdziedziny sztuki. Tak, sztuki i wszyscy musimy zatroszczyć się, aby sztuka pozostała sztuką, a nie czystą pornografią nazwaną "sztuką".
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 6 marca 2018

Siła przyzwyczajeń


Na ostatnich zajęciach z Photoshopa mieliśmy do zrobienia na podstawie makiety i dwóch zdjęć taki oto widoczek. Do dyspozycji mieliśmy zdjęcie jednej kulki i koszyka. Na zrobienie mieliśmy około 8 godzin. I... przez bite 8 godzin dziergałem zdjęcie. Nawet skończyć nie zdążyłem.
Jednak twardy jestem i postanowiłem sprawdzić na własnej skórze, czy faktycznie jest to takie ciężkie. Ponieważ od kilku lat pracuje w Gimp za cel wziąłem sobie zrobienie tego w tym programie i od podstaw zrobienie całego projektu. Zadanie było o tyle ułatwione, że znałem po kolei kroki które trzeba wykonać, choć w przypadku Photoshopa wykładowca też nam te kroki podał. Wziąłem więc zdjęcia, otworzyłem Gimp i zacząłem się bawić. Jak się szybko okazało wystarczyła mi jedna przerwa śniadaniowa (15minut), aby od zera zrobić cały projekt. No, może czcionka się nieco różni od makiety, ale to kwestia doboru odpowiedniej czcionki napisu. A więc kolejne 3 minuty na dopracowanie szczegółów.
Kurcze i tak się zastawiam - czy ja się uczę obróbki czy Photoshopa. Dlaczego, skoro mi jest łatwiej i szybciej i przyjemniej pracować w Gimp, to nie mogę tego zrobić w dowolnym, wybranym przez siebie programie, tylko muszę robić w tym co narzuca mi system szkolnictwa? Tym bardziej, że szkoła nie zapewnia materiałów do pracy i photoshopa każdy msi kupić na własna rękę, co w moim przypadku kończy się jeszcze zakupem licencji na Windows. A mimo iż Gimpa mam opanowanego to na egzaminie i tak będę musiał pracę wykonać w Photoshop. Dlaczego? Bo tak. Tak sobie ktoś założył i tak ma być.
Przekonałem się już niejednokrotnie na własne skórze, że zajęcia nie opierają się na nauce danej rzeczy, ale na obsłudze danego programu. I tak będąc na zajęciach komputerowych nikt mnie nie uczył obsługi komputera, za to wszyscy usilnie wymuszali naukę Windowsa. Będąc na zajęciach z obróbki tekstu nie nauczyłem się tego robić, za to doskonale poznałem Microsoft Office. Potem wybierając się na zajęcia z obróbki zdjęć pokazali mi Lightroom, a teraz zamiast uczyć mnie edycji, dowiaduje sie jakim wspaniałym narzędziem jest Photoshop. To jest tak, jakby Prawo jazdy mieć tylko na VW Passata, umieć zdjęcia robić tylko Canonami, a idąc na zajęcia z muzyki umieć grać tylko na syntezatorze Roland. Mogę zrozumieć takie praktyki w przypadku pilotów, który faktycznie musi przejść przeszkolenie na konkretną maszynę. Z tym, że tam nikt nie próbuje nam wmówić, że nauczy nas latać, tylko wiemy na co się szkolimy. A takie oszukiwanie ludzi wabieniem np "obsługa komputera od a do z" wydaje mi się w tym przypadku zwykłym oszustwem. Ja niby wiem, że oprogramowania graficznego jest bardzo dużo i wszystkiego nie jesteśmy w stanie ogarnąć, ale kurs można nazwać np "podstawy Photoshop", a nie "podstawy edycji zdjęć". To spora różnica.
Pamiętam swojego czasu znajomego, który de facto był informatykiem. Z tym, że informatykiem Windosowcem, czyli umiał zainstalować sterownik w windows. Jak przyszedł do mnie i chciał skorzystać z internetu dałem mu komputer, zalogowałem na gościa i... człowiek wysiadł jak zobaczył linux. Musiałem mu włączyć przeglądarkę bo on nie wiedział nawet gdzie ona jest. I co? I to jest nasza nauka obługi komputera.
Inny przykład - rodzice znajomego poszli na kurs obsługi oprogramowania biurowego. Potrzebne im to było do pracy. I wszystko fajnie - w pracy sobie radzili. A w domu? Nie umieli nic, bo na kursie nauczono ich obsługi wstążki w MS Word, a nie obsługi edytora tekstu. I jak w domu usiedli, to nie umieli nawet włączyć programu. Bo przecież w szkole jest "start/programy/Microsoft Office/word", a w domu mieli openOffice. I tyle z tego było.
No i co - umiemy obługiwac komputer, czy znamy windowsa? Umiemy edytować tekst, czy umiemy obsługiwać MS Office? Nauczyliśmy się obróbki zdjęć, czy znamy Lightroom?

Na prawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego nie mamy pewnej dowolności, choćby w obsłudze konkretnego oprogramowania. Jeśli ja i tak całe życie będę kożystać z Gimpa (bo lubię, podoba mi się czy chociażby nie stać mnie, albo nie jest mi potrzebny Photoshop), to dlaczego na siłę wymuszają na mnie Photoshop? Skoro ktoś w domu ma LibreOffice, to dlaczego na kursach na siłę uczą go MS Office?

jestem ciekawy, czy też czujecie się trochę oszukiwani przez firmy oferujące kursy i szkolenia? Jak myślicie - przesadzam, czy faktycznie jest to jawne oszukiwanie ludzi?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 22 lutego 2018

Sałatomania

Oglądam na Youtube wiele kanałów. Czytam sporo blogów i artykułów. I wśród ogólnej dostępności wyłania się jedna rzecz związana z prowadzeniem czegokolwiek w internecie - chęć zarobków.

To na prawdę przykre, że 90% na prawdę fajnych programów na Youtube prowadzona jest dla pieniędzy. Człowiek otwiera swój kanał. Zaczyna nagrywać filmy, pokazuje je światu. Ledwo zaczyna wybijać się trochę ponad "produkt" niszowy i zaczyna mu odbijać. Zaczynają się reklamy, poszukiwanie sponsorów, dolary w oczach zamiast gwiazdek. Sporo na prawdę fajnych kanałów wybiło się i nic dziwnego. Ale sporo z nich przestałem oglądać, bo prowadzący zaczęli wszędzie wciskać reklamę. A to książki, a to wychwalać pod niebiosa jakiś produkt, a to udowadniać zajebistość jakiejś beznadziei. Jeszcze mogę zrozumieć, że ktoś reklamuje np swoją książkę, czy swoją autorską koszulkę. Ok, fajnie. Ma do tego prawo. To normalne, że swoje zawsze się chwali nawet jeśli jest to gównem. Ale robić reklamę osobom i firmom obcym to już trochę sprzedawanie siebie i swojego kanału dla czystego zarobku. Są nawet specjalne filmy "jak zarabiać na youtube". Eh... :( A gdzie pasja? A gdzie prowadzenie kanału dla własnego widzi-mi-się? Gdzie filmy dla ludzi, a nie dla firm? Gdzie filmy od siebie, a nie dla pieniędzy? Czy na prawdę nie można po prostu zrobić filmu który nie będzie za kulisami opłacony? Niektórzy to już się nawet z tym nie kryją i po prostu walą reklamą prosto w oczy. Bezceremonialnie, bez refleksji. W oczy walą, że coś jest najlepsze i każdy musi to mieć. Ciekawy jestem tylko ludzie, którzy to reklamują powiedzieliby o tym produkcie to samo, gdyby producent im nie zapłacił. Mam wrażenie, że nie.
A okazuje się, że wśród wszechobecnej komercji, opłacania, zarabiania i pływających pieniędzy można wynaleźć jeszcze kanały prowadzone z pasji. Kanały, które nie reklamują, nie są opłacone... kanały które są robione z pasji, a nie z chęci zysku. Znam kilka takich i nie są to jakieś zapomniane i mało znaczące kanały. Ale albo faktycznie nie są robione dla zarobków, albo jest to tak dobrze ukryte, że nie drażni w oczy. Oczywiście, że może być to swego rodzaju reklama własnej działalności. W końcu im więcej osób o nas usłyszy tym lepiej. Ale tego nie widać. Gdy oglądam niektóre kanały np o fotografii nie widzę tam wychwalania wyższości jakiegoś sprzętu czy firmy nad innymi. Nie ma mówione, że najlepsze są Canony i obiektywy serii L oraz oczywiście tylko lampy błyskowe Canona błyskają, a inne nie. W niektórych nawet nie ma odpowiedzi jakim sprzętem prowadzący się posługuje, nie ma filmików związanych z recenzją jakiegoś sprzętu, czy testami czegoś. Mimo sporej ilości filmów i potoku słów w każdym z nich nie ma wymienionej ani jednej konkretnej marki. Owszem, zdarzają się momenty, że ktoś wyda książkę i na końcu wspomina o tym. Ale jest to w jednym filmie i nie jest to nachalne wciskanie tej książki. Zazwyczaj jest to wspomnienie, że taką książkę wydałem i znajdziecie w niej to i tamto. Koniec. 2 minuty na końcu jednego filmu. Nie połowa odcinka opowiadająca o wyższości danej pozycji nad innymi, czy nie nachalne udowadnianie boskości tej książki w każdym kolejnym odcinku. Ot "wydałem książkę w której macie presety ode mnie z moich poprzednich sesji, a po zakupie będę na bieżąco Wam wysyłał presety z kolejnych sesji". Wsjo. Nic i nigdy więcej nie ma mowy o tych książkach. I takie kanały ogląda się z przyjemnością. Nie opłacone testy sprzętu w których prowadzący wychwala pod niebiosa coś czasem tylko wspominając o jednej malutkiej nic nie znaczącej wadzie. Mam szczerą nadzieję, że i w te kanały nie wstąpi komercja, bo już nie będzie co oglądać.

Podobnie sprawa ma się w swerze blogowej. Nie ma już bloga prowadzonego w formie pamiętnika, czy tak dla siebie, od by coś przekazać światu, pokazać swój punkt widzenia. Wszyscy szukają sponsorów, reklamują się, że chętnie przyjmą współpracę z jakąś firmą, czy przedstawią jakiś produkt. A gdy tylko blog stanie się trochę bardziej popularny od razu wyczytamy, że tylko Canon zrobi zdjęcie, czy że tylko Lampy Yangnuo cośtam potrafią. Szkoda, bo coraz trudnije znaleźć blog prowadzony z pasji niż potrzeby zarobku.

Póki co więc musimy krążyć i przebijać się ne tylko między mrugającymi do nas ze wszystkich stron banerami, ale również oglądać je w każdym bardziej  ogarniętym kanale na Youtube, czy czytać o nich w każdym, nawet najmniejszym blogu.


NIENAWIDZĘ REKLAM!!
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 3 stycznia 2018

dobre to co złe


Wpis ten powstał ze względu na zdjęcie które zaprezentowałem powyżej. Otóż zyskało ono rzeszę zwolenników, zostało wciągnięte w jakis konkurs, Dostałem prywatną wiadomość w której namawiali mnie na wystawienie zdjęcia w jakiś konkursach, w jednym zostało wciągnięte automatycznie o czym poinformował mnie organizator i prosił o moją zgodę na uczestnictwo. Jakby tego było mało napisał do mnie administrator strony interentowej polegającej na tym, że prowadzący zbiera najlepsze zdjęcia z sieci i prezentuje je u siebie. Na facebook zdobyło sporo polubień i sporo pochwalnych komentarzy.  Innymi słowy zrobiło wokół siebie wielki szum.

Problem z tym zdjęciem jest taki, że... dla mnie jest ono ledwo średnie. Jest kompletnie niedopracowane, zawiera więcej błędów niż Doda ma silikonu, a n dodatek jest po prostu zdjęciem. Może nie najgorszym, ale widziałem tysiące lepszych.
I tak zacząłem się zastawiać - czy ze wszystkim tak jest? To co autorowi się podoba bardzo średnio, świat okazuje się być zachwycony taką pracą? Pamiętam jeszcze x-czasu temu jak moja małżonka robiła sobie kolczyki, bransoletki i naszyjniki. Działało to w bardzo podobny sposób - te nad którymi sie napracowała, nasiedziała, namęczyła nie była zbyt mile przyjęte przez ludzi. Za to te robione na szybko, zrobione w 2 minuty, które były bo coś musiała mieć nagle okazało się, że zyskiwały ogólną aprobatę. Ba, nawet ludzie często chcieli takie też mieć. I to nawet mimo iż zona potrafiła zrobić dużo lepsze i często te dużo lepsze nosiła. Ale i tak zachwyt ludzie wykazywali przy tych najsłabszych, które nawet żonie niezbyt się podobały.

I to samo widzę u mnie - więcej lajków i pozytywnych głosów zdobywają zdjęcia, które dla mnie są po prostu zwykłymi, mało ciekawymi zdjęciami. Natomiast te, które uwielbiam i uważam za jedne z najlepszych są pomijane. To utwierdzałoby mnie w przekonaniu tylko, że moje pojęcie estetyki jest nieco inne niż reszty ludzkości. Ale tak nie do końca jest. Często podobają mi się wytwory innych, które świat też lubi. A i nierzadko od znajomych słyszę podobne o\głosy, że to co im się podoba, rzadko podoba sie reszcie. Miałem nawet kolegę, który doszedł do wniosku, że nie będzie segregował zdjęć, bo to się mija z celem. Może przez przypadek usunąć białego kruka, który zazwyczaj ląduje w śmietniku. I o ile ja segreguje i zostawiam tylko te które są od "się nadaje" do tych które są "the best from the best from the best". Oczywiście w moim małym przekonaniu, ale są to moje zdjęcia i mogę z nimi zrobić co chcę.
Burza jednak jaka powstała wokół powyższego zdjęcia każe mi sie zastanawiać ile tak na prawdę mam genialnych zdjęć na dysku, które zwyczajnie wstydzę się pokazać.


Czy Wy też tak macie, że często te najsłabsze swoje wytwory okazują sie zdobywać ogólną aprobatę? Natomiast te, z których jesteście zachwyceni przechodzą niezauważone?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 26 grudnia 2017

Świętaczne prezenty

No i po swiętach. Ale mikołaj był w tym roku hojny. A o to co dostał każdy z nas pod choinkę

1. Ja


 Dostałem obiektyw Canona z Serii L. Gówna półka 28-100. I wszystko ładnie i fajnie tylko... ja nie mam canona. Lekkie zaskoczenie, które (choć nie pasuje do żadnego z moich aparatów) okazało się świetnym obiektywem na... kawę. To co wprawiło mnie w zaskoczenie okazało sie być kubkiem termicznym w kształcie obiektywu. No chyba lepiej mikołaj nie mógł trafić. Długo sie zbierałem do zakupu czegoś takiego i nigdy nie było na to czasu, albo pieniędzy. Aż tu znajduje coś takiego pod choinką. No czego chcieć więcej. Kawa z tego smakuje wyśmienicie. Jako obiektyw może raczej nie polecam, szczególnie dla kogoś kto nie korzysta z canona, ale jako kubek do kawy jest świetny.


2. Karolina
No cóż, ponoć umawiała się z Mikołajem. A ten szałaput i tak przyniósł prezent. Obrączka z serduszkiem. Żona zadowolona, Mikołaj spełniony, a więc i prezent udany.

3. Kinga
To prezent dla mojej córki. Dostała stos zabawek, a wśród nich coś takiego. Fajny pomysł miał Mikołaj. Kinga zadowolona, choć szałaput mały boi się zmiany kolczyków. Ale chwali sie nimi wszystkim. Nosiła na pierwszy dzień świąt. Kolczyki przetrwały. Jeden z lepszych prezentów jaki mogła dostać.


4. Michał
Mały nawet nie załapał że coś dostał. Ale dostał. I to sporo. M.in. taki oto dzwoneczek. Jak dorośnie i zacznie ogarniać cokolwiek myślę, że będzie zadowolony z takiej pamiątki po pierwszych w jego życiu świętach. :)




A jak u Was święta? Co dostaliście? Dostaliście wszystko o czym marzyliście? A może coś Was zaskoczyło pod choinką?

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+