poniedziałek, 10 grudnia 2018

Pallas Magenta 135mm f2,8



      Obok Jupitera 37A jest to drugi i ostatni obiektyw o takiej ogniskowej jaki posiadam. Dostałem go od kolegi 500 lat temu do testów i już tak u mnie został. Kolega wyemigrował w świat i pewnie się już nie zobaczymy. A została mi po nim pamiątka w postaci tego szkła. I choć nie bawiłem się nim dużo to jednak conieco można już o nim powiedzieć. A że praktycznie jest to nieznany i bardzo niepopularny obiektyw u nas to myślę, że może to być warte mojej pisaniny. Proszę państwa - zaczynamy...

1. Budowa

     Obiektyw kosztuje około 150zł obecnie w polskim internecie. To cena nie niska, ale i nie przesadnie wysoka. I co najważniejsze - adekwatna do tego co dostajemy, a przynajmniej jeśli chodzi o budowę obiektywu.
     Podobnie jak w poprzednich przypadkach to czysty metal. I to w całości. Chyba jedynie dekielki są plastikowe i szkła szklane. Cała reszta to metal. Metal na zewnątrz, metal w środku. Metalowa jest wbudowana osłona przeciwsłoneczna, metalowe są pierścienie, metalowe są elementy antypoślizgowe, metalowy jest bolec przysłony, metalowe są elementy antyodblaskowe, metalowy jest bagnet. Tak, bagnet. Praktycznie nieosiągalny u nas egzemplarz. Standardowo jest to M42, u mnie jest to bagnet pod Pentax. W dodatku jest to mocowanie Pentax-M. Tak znienawidzone przeze mnie mocowanie pozwala ustawiać ostrość na pełnym otworze i domykać tylko na czas naświetlania zdjęcia. Troszkę inna sprawa ma się z budową tego bolca. Przyglądając się dokładnie jego budowie wychodzi na to, że jest to element swojego rodzaju łożyska. Jest to jakby wewnętrzny pierścień łożyska, a pierścieniem zewnętrznym jest bagnet. Między oboma elementami znajduje się pełno małych kuleczek. Jest to widoczne z wierzchu, co potrafi przyprawić o zawrót głowy podczas użytkowania. W moim egzemplarzu prawdopodobnie brakuje przynajmniej 2-ch kuleczek. I teraz tylko człowiek się zastanawia - wypadły w trakcie lat eksploatacji, czy jest to celowy zabieg i tak wyszedł obiektyw z fabryki. Aż strach pomyśleć co by było gdyby te kuleczki rozsypały się gdy obiektyw jest podłączony pod body. Daje to pewne wrażenie niepewności. O ile w innych obiektywach prawdopodobnie wygląda to podobnie i jest jakieś łożysko to jednak to wszystko jest schowane gdzieś wewnątrz i prawdopodobnie w bebechach korpusu obiektywów. tutaj jest to na zewnątrz. Rozwiązanie jednak wydaje się przy tym trochę inne. Sam bolec przesłony działa bardzo lekko. Właściwie wyczuwalny jest tylko opór sprzężny do cofania bolca w pozycję roboczą.
     Obiektyw ma już swoje lata jednak jest tak solidnie zbudowany, że nie ma na nim najmniejszych śladów zużycia. Brak jakichkolwkie otarć, obtłuc, czy rys na obudowie. Wszystkie napisy są doskonale widoczne. Żaden nie jest nawet odrobinę starty. Jeśli takie są inne egzemplarze (a w necie ciężko znaleźć styrany egzemplarz) to prawdopodobnie jest to najsolidniej wykonany obiektyw jaki w ogóle miałem w rękach.
     Przy takiej solidnej obudowie należy się spodziewać, że jest to ciężki sprzęt. I tak faktycznie jest. Waży na prawdę sporo.

2. Obsługa

      Ciężko mieć zastrzeżenia do tak dobrze zbudowanego szkła. Pierścienie chodzą idealnie. Pierścień przysłony to bajka. Działa niezwykle precyzyjnie, bardzo lekko i z dobrze wyczuwanym skokiem. Praktycznie w cały zakresie działa on o pół działki. Ten bez żadnych zastrzeżeń. Nie ma żadnych luzów, otarć czy zgrzytów. Jak wspomniałem wcześniej - on też w całości jest metalowy.
     Pierścień ostrzenia z kolei jest bardzo duży, metalowy i nie przemieszcza się podczas kręcenia wzdłuż korpusu. Opisy są widoczne i czytelne. Również nie nosi śladów używania. Opór jest wyczuwalny i przy dłuższym użytkowaniu może zaboleć ręka. Obrót w zakresie około 60% pełnych 360st daje dodatkową precyzję. I faktycznie mimo dużej przysłony ustawienie ostrości jest szybkie, precyzyjne i nie jest jakieś specjalnie trudne. w porównaniu do Jupitera tym trafiam dużo częściej w punkt, mimo teoretycznie mniejszej głębi na pełnym otworze.
     Zdecydowanie gorzej sprawa ma się z wysuwaną osłoną przeciwsłoneczną. W zasadzie jest to element bezużyteczny. Działa tak lekko, że przy pochyleniu w dół wysuwa się sam, a chowa nawet przy delikatnym podniesieniu obiektywu w górę. Trzeba go praktycznie ciągle trzymać podczas użytkowania. W zasadzie ja traktuje go tak jakby go nie było. Wysunie się, to się wysunie. Schowa się to schowa. Nie zwracam na to uwagi. To wada tych obiektywów, jeśli chodzi o obsługę. Osłona żyje własnym życiem bez naszej wiedzy i zgody robi co chce Nie jest to dokuczliwe, jeśli nauczymy się go ignorować.

3. Optyka

     No i to jest chyba powód dla którego ten obiektyw to produkt w sumie niszowy. No tu jest źle... bardzo źle. Powłoki sa i sprawują się świetnie. I to chyba jedyna zaleta obiektywu. Łapie on flary, ale są one nieznaczne i raczej wyglądają dość fajnie. Gorzej z resztą. Gigantyczne aberracje chromatyczne widoczne nawet bez specjalnego powiększania zdjęcia. Fioletowe obwódki widać dosłownie wszędzie, nawet nie musi być specjalnie kontrastowe miejsce. Wystarczy, że jest ostre.
     Bokeh jest. Jest jaki jest i taki jest. Nad tym się nie dyskutuje. Może się podobać, może się nie podobać. Mi osobiście pasuje. Nie jest ani ładny ni brzydki. Dość miękkie rozmycie robi swoje.Problem w tym, że rozmycie jest wszędzie. Nawet tam gdzie jest ostro. Tak... obiektyw jest bardzo mięciutki. Jak pluszowa kaczuszka wyprana w Perwolu. Momentami aż za miękko i czasem ciężko złapać, gdzie tak na prawdę ostrość była łapana. I niestety, ale sytuacja zaledwie delikatnie się poprawia przy f4 i dalej aż do f22 się nie zmienia. Daleko temu obiektywowi nawet do kita dołączanego do aparatu. W połączeniu z 5-listkową przysłoną niestety szału nie ma.
     Mimo wszelkich wad optycznych oddaniu nieostrości nawet tam gdzie powinno być ostro, aberracji sprawiającej, że większość zdjęcia jest fioletowe, oraz dość nieznacznym ale ciekawym blikom, słabym kontraście i dość nietypowym barwom dostajemy na prawdę świetne szkło do zdjęć vintage nawet bez specjalnego grzebania w postprodukcji. kilka delikatnych ruchów suwaczkami i otrzymujemy to co mieli fotografowie na początku XX wieku. Chyba każdy wie ile trzeba się bawić, aby osiągnąć podobny efekt z nowoczesnych szkieł.
     Tymniemniej nie jest to jednak obiektyw dla perfekcjonistów. Jeśli oczekujesz genialnych lub choćby dobrych właściwości optycznych to możesz się nieźle zawieźć. Sam swojego czasu myślałem nad sprzedażą tego szkła choćby z tego powodu, że jupiter 37A jest o całe lata świetlne lepszy od tego. Postanowiłem go jednak zostawić. Nie dość, że dostanę za niego marne grosze, to tak na prawdę do wszelkich sesji w starym stylu będzie się on doskonale nadawać. Zdecydowanie lepiej niż choćby wspomniany Jupiter, czy Helios. Tylko trzeba wiedzieć, jak i do czego go wykorzystać. A nadaje się on tylko do tego. Do jednego konkretnego rodzaju zdjęć. Nie sprawdzi się w żadnych innych. Po prostu nie. Musimy wiedzieć, że potrzebujemy obrazu o dość słabej jakości i być na to przygotowanym. Wówczas dostaniemy pełnowartościowy produkt.

4. Podsumowanie

     Co zatem mamy - doskonały technicznie, mechanicznie i wytrzymałościowo produkt od którego mogą uczyć się inne firmy. W zamian za to Pallas Magenta powinna uczyć się od innych o optyce dającej choćby satysfakcjonującą jakość zdjęć. Ja niby wiem, że to urządzenie ma już ponad 50 lat i w tamtych czasach jakość szkieł nie była jakość specjalnie ważna. A gdy dołożymy do tego jeszcze fakt, że w zasadzie poza zdjęciami czarno-białymi w czasach jego produkcji nie moglismy liczyć na nic innego można powiedzieć, że nie był on taki mega zły i dawał radę w ówczesnych czasach. Choć pewnie był to produkt mocno przeciętny któremu bliżej było do soligorów niż tak na prawdę do jakiś markowych maszyn. Obecnie jest po prostu słaby z wskazaniem raczej na zły. Na pewno nie kupiłbym go ponownie. Tego niby "dostałem", ale już wiem, że daleko mu do moich oczekiwań.
     I tylko gdy weźmiemy aparat, modelke/modela i w głowię sesję z lat najpóźniej 20-tych ubiegłego wieku wówczas możemy i nawet powinniśmy go użyć. Jest to najsłabsze szkło wśród mojej szklarni. Niby mam jeszcze choćby Soligor 70-150 f3,5 który również nie powala. Jednak w porównaniu do tego tutaj Pallasa jest deczko lepszy. O nim w innym artykule. Pallas bardzo słabo wypada w konfrontacji z jakimkolwiek innym obiektywem. W swoim żywiole jest wówczas kiedy nie chcemy świetnych zdjęć nowoczesnych, czy nawet dobrych jakościowo. Jeśli nastawimy się na słaba jakość obrazu naszej sesji, rozwija skrzydła. Nierzadko bardziej niż jakikolwiek nowoczesny obiektyw. Jeśli jednak oczekujemy jakości choćby zadowalającej te 150zł zdecydowanie lepiej wydać na inne szkła.  Pallas Magenta na pewno będzie dobrym wyborem dla tych co fotografują tylko w stylu vintage i to mocno vintage. I tylko dla takich.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 4 grudnia 2018

Industar 5-2


     W zestawie kolejny rosyjski wymysł radzieckich inżynierów. Dodawany standardowo do aparatów Zorka a potem Zenit. Obecnie nie jest to rarytas. Dostępny praktycznie od ręki. Za około 100 zł możemy mieć egzemplarz w stanie perfekcyjnym. Czy warto jednak wydać te pieniądze?

1. Budowa


     Jest to obiektyw typu naleśnik. A więc to malutkie urządzenie. Co nie oznacza, że złe. Z zewnątrz robi wrażenie plastikowego urządzenia. Ale to tylko wrażenie, prawdopodobnie przez zastosowaną farbę oraz ciężar (tak, to jest chyba najlżejszy obiektyw jaki miałem w rękach i waży zaledwie 65gram). Jednak to tylko pozory. Tak na prawdę to maszyna zrobiona ze stopów czegośtam.
     Niestety ten obiektyw nie jest bez wad. Prawdopodobnie ma coś skopane w mechanizmie ostrzenia. Miałem w ręku kulka tych industarów, sam posiadam dwa (jeden z mocowaniem M42, drugi M39) i każdy działał podobnie. Otóż pierścień ostrzenia nie działa zbyt... płynnie. Wyraźnie czuć mocniejsze lub słabsze skoki, a zdarzają się i egzemplarze z kompletnie zapieczonym ostrzeniem. W niektórych czuć jakby piasek w pierścieniu, a miałem w rękach i taki który wydawał odgłosy podobne do młynka do pieprzu. Na szczęście tak ostre przypadki to były jakieś pojedyncze sztuki. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że pierścień ostrzenia może nie działać bardzo płynnie. A nawet jeśli w momencie zakupu jest idealny to niedługo zaczną się pojawiać pewne oznaki nieprawidłowej pracy pierścienia. Swojego egzemplarza (tego z m42) szukałem dość długo. Aż trafiłem. Działał perfekcyjnie. Niestety już po około pół roku nierównomierna praca pierścienia dała się wyczuć. Nie przeszkadza to w pracy, ale jest to wyczuwalne i może lekko drażnić. W modelu z Zorki, który mam te skoki są bardzo wyraźne i sprawiają wrażenie, jakby obiektyw miał się zaraz rozpaść. Na szczęście nic się z nim specjalnego nie dzieje i nawet jak dałem swojemu rocznemu dziecku do zabawy to nadal działa dobrze.
     Podsumowując jest to więc kolejny pancerny obiektyw (jednak nie taki ciężki jak to pancerne mają do siebie)  z pewną niedogodnością.

2. Obsługa

     O niedogodności związanej z ostrzeniem już napisałem. Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo to można go bardzo precyzyjnie ustawić. W dobrym egzemplarzu ostrzenie działa bardzo lekko, precyzyjnie i z delikatnym poślizgiem. Przy nim heliosy wymagają naprawdę dużego wkładu siły do odpowiedniego skonfigurowania. Nie wiem, czy jeszcze na świecie jest ktoś kto interesuje się fotografią i nie miał w ręku heliosa. Wiadomo, jak tam działa pierścień ostrzenia. No to teraz pomyślcie, jak musi to działać, jeśli działa jeszcze lżej.
     Jak każdy szanujący się obiektyw manualny i ten posiada jeszcze pierścień przysłony działający w zakresie f3,5 do f16. Umieszczenie go jednak to jakaś porażka. Nie jestem do końca pewien, kto to wymyślił, ale to nie jest w pełni normalne ustawienie. Ten znajduje się w przedniej części szkła. Jest niezwykle mały a jego podziałka również znajduje się w części przedniej. No kurcze, serio. Chcąc ustawić odpowiednią przysłonę trzeba to zrobić albo na oko, bo patrząc przez wizjer nie masz zielonego pojęcia co ustawiłeś. Ba - nie wiadomo jaka jest przysłona nawet patrząc na wyświetlacz czy na górę aparatu. Tak to ma miejsce w normalnych obiektywach. Tutaj aby ustawić przysłonę musimy odwrócić aparat przodem do siebie. Jeśli więc mamy ustawione wszystko pod przysłonę np f8 wykonanie zdjęcia to loteria. Pierścień działa bezskokowo, co jeszcze utrudnia sprawę. Bez statywu się nie obejdzie. Po 1. nie ustawimy ostrości na takiej przysłonie, bo w wizjerze będzie za ciemno i albo nic nie będziemy widzieć (canon i nikon), albo czujnik nam zwyczajnie nie zareaguje na prawidłowe ustawienie (Pentax). Możemy mieć również problem z life view i choćby pitch-piksel, który też może nie działać prawidłowo przy takiej ciemności. Pozostaje nam postawić aparat na statywie, ustawić ostrość na pełnej przesłonie, potem obejść aparat na przód, ustawić przysłonę i wykonać fotkę.
    Gdy z kolei ustawiamy przysłonę "na oko", czyli bez jakiś z góry ustalonych wartości, ale tak, aby nam pasował obrazek w wizjerze mamy sytuację w której musimy wymacać na przodzie pierścień, co nierzadko wiąże się z macaniem również soczewki, a na koniec podczas ustawiania możemy sobie palcem zasłaniać obiektyw. Na dodatek, jakby mało było zgrzytów pierścień przysłony kręci się wraz z pierścieniem ostrości. Kurcze, dochodzimy więc do paranoi, kiedy ustawienie przysłony to walka o życie - musimy walczyć o czystą soczewkę, odpowiednio naświetlone zdjęcie, bieganie w koło aparatu oraz o zachowanie ostrości podczas ustawiania przysłony. To się zwyczajnie nie opłaca czasem.
    Na szczęście sytuacja nie jest taka tragiczna, jakby mogło się wydawać. O ile bieganie w koło nas nie ominie, o tyle reszta niedogodności związanych z przysłoną raczej znika gdy nabierzemy wprawy. Wówczas palec ląduje dokładnie pierścieniu przysłony, a jej ustawienia nie wiąże się z rozregulowaniem ogniskowania. To niestety wymaga wprawy i na początku może doprowadzać do furii.

3. Optyka

      Oddać trzeba, że to jednak pewnego rodzaju majstersztyk. Serio. Mimo braku powłok antyodblaskowych (lub ich szczątkowych ilości) optyka robi robotę. Spore flary, jednak do opanowania. Nierzadko trzeba się nakombinować, aby jakąś złapać zachowując odpowiednie oświetlenie i kadr. Ku mojemu zdziwieniu jest zdecydowanie lepiej niż w bądź co bądź nowszej cosina 28mm f2,8. O dziwo jest zdecydowanie lepiej niż w bliźniaczej konstrukcji z mocowaniem m39. No tam to już potrafi zrobić się rzeźnia na obrazie. Tu nie jest tak tragicznie. Nie wiem co pozmieniali i czym dokładnie oba industar`y się różnią, ale ta różnica w pracy pod światło jest zauważalna.
     Nie ma natomiast żadnej różnicy w ostrości. W obu to bajka. Z tą małą różnicą, że m39 ze względu na odległość od matrycy nadaje się tylko do macro. Z mocowaniem m42 to również świetna portretówka. Mimo maksymalnej przysłony zaledwie f3,5 daje jednak genialne rozmycie tła, a przy tym jest na prawdę ostre nawet przy w pełni otwartej przysłonie. W odpowiednich warunkach również kontrast i oddanie kolorów robi wrażenie. W odpowiednich warunkach mam na myśli we wnętrzach. Na zewnątrz bywa różnie. Obiektyw potrafi złapać nawet światło słoneczne odbite od jakiejś ściany i po prostu obraz wychodzi wówczas mało kontrastowy. Przy równomiernym oświetleniu tego problemu nie ma.
     Nie na darmo mówi się o industarze "król macro". I w pełni się zgadzam z tą opinią. On jest chyba stworzony do macro. Niby ostrzenie jest dopiero od ponad ponad połowy metra, ale wraz z pierścieniami pośrednimi można robić na prawdę niezłe zbliżenia. Opisując poprzednie szkła dość często korzystałem właśnie z industara robiąc zdjęcia. A to i tak nie jest pełnia jego możliwości. Natomiast nierzadko skala 1:2 była zbyt mała aby złapać jakiś detal. A właśnie takie powiększenie daje najlepsze szkło macro jakie mam. No to industar daje skale większą niż 1:1. A ten z mocowaniem m39 jest jeszcze lepszy. No i nawet przy macro jest to bardzo ostre szkło z bardzo przyjemną nieostrością.

4. Podsumowanie

     Czy zatem warto się zainteresować tym obiektywem, gdy już prawdopodobnie mamy inne obiektywy o podobnych parametrach?
     Jeśli przyzwyczaimy się do jego obsługi, nauczymy się kontrolować światło i f3,5 nam wystarczy to zdecydowanie tak. Dla mnie osobiście jest lepszy niż helios i porównywalny raczej do Pentax A 50mm f1,7 który posiadam. Z resztą korzystam z obu bardzo często.
     Po ogarnięciu industar może stać się nieodłącznym towarzyszem w torbie. Przez swoje malutkie rozmiary nie zajmie połowy torby, a wręcz ginie gdzieś nawet w małej torbie foto. Natomiast jego waga sprawi, że nawet nie poczujemy że go mamy. Waży mniej niż paczka baterii. A gdy skonfrontujemy to jeszcze z jakością obrazu jaki to nam daje te 100zł wydaje się nie mieć znaczenia. Przez swoje niedoskonałości raczej więcej wart nie jest ale i tak ten max to nie jest dużo za to co dostajemy w zamian. Jego wartość fotograficzna jeszcze rośnie gdy szukamy dobrego szkła macro. Przy zakupie odpowiednich pierścieni pośrednich (koszt około 15zł) zyskujemy niezastąpione szkło w codziennych fotograficznych wojażach. Nie ograniczałbym go jednak tylko do macro. Bardzo wiele wyciągniemy podczas innych rodzajów fotografii.
     Gdy więc mamy parę zł i chcemy nieco rozbudować swój foto-zestaw warto zakupić Industara. Przy odrobinie samozaparcia w nauce jego obsługi prędzej sprzedamy nasze heliosy niż oddamy tego.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 26 listopada 2018

Petanx FA 70-200 F4-5,6 PowerZoom

     W zasadzie to nie mam zielonego pojęcia co można o nim napisać. To praktycznie dokładnie ten sam obiektyw co opisywany przeze mnie wcześniej Pentax FA 28-80. Identyczna mechanika, identyczna obudowa... Dodawany jako długi kit do tych samych aparatów. W sumie więc mógłbym skopiować poprzedni tekst. A różnice są nieznaczne.
    

1. Budowa

     Podobnie jak w przypadku poprzedniego obiektywu to ciężki kawałek metalu, ze szkłem opakowany w porządnej jakości plastik. Nie robi wrażenia, jak helios, że można nim zabijać ludzi, ale podejrzewam, że po walnięciu tym kogoś w głowę większe straty byłyby na walniętym niż na narzędziu. Rzucać psu jednak bym się bał. I to nie dlatego, że przypadkowe trafienie w psa może być dla niego śmiertelne, ale aż tak dobrego wrażenia nie robi.
     Identycznie jak w poprzednim przypadku mamy do czynienia z urządzeniem bardzo ciężkim. To waży tyle, że czuć tą wagę nawet jak się dołoży do wypchanej już torby. Dlatego rzadko go noszę. Jest zwyczajnie za ciężki. A jeśli już biorę to jedynie w parze z Pentax FA 28-80 i nic więcej w torbie oprócz body nie mam. Dołożenie czegokolwiek sprawia, że plecy zaczynają cierpieć. Torby z resztą też mają problem z takim obciążeniem. Mimo wszystko jednak nie zamieniłbym go na współczesnego kita 50-200.
     Napisy są nie do zdarcia. Pokryte są ochronnym lakierem i chyba jedynie papier ścierny jest w stanie je ruszyć. A tak,mimo iż noszę go bez pokrowca i zazwyczaj obija się w torbie o inne sprzęty nie ma na obudowie żadnej rysy, czy uszkodzenia.
     Najsłabszym elementem są chyba szybki, a konkretnie ta na wartości ogniskowej. Zwyczajnie odpada i trzeba uważać, aby nie zgubić, lub nie zniszczyć w torbie. Dwa razy musiałem już ją przyklejać, bo odpadała. Tu pentax poleciał po bandzie. Szybka po odklejeniu się prostuje, mimo iż na samym obiektywie jest lekko zakrzywiona. I prawdopodobnie odpada dlatego, że pręży przez cały czas, aż w końcu klej puszcza. I tak jest lepiej, bo po tylu latach odkształciła się już trochę, ale w czasach nowości prawdopodobnie była tragedia. A ponieważ to sprzęt używany (na nowy nie ma szans) nigdy nie wiadomo już kilkukrotnie usterka nie była naprawiana.

2. Osługa

     I tu identycznie jak w przypadku Pentax FA 28-80. Wszystko pracuje identycznie. Pierścień przysłony to bajka. Cała reszta juz pozostawia trochę do życzenia. A szczególnie zoom. Przez masę pierścień zoom kręci się dosyć opornie. A gdy celujemy w górę lub w dół to zmiana ogniskowych to prawie walka o przetrwanie. Trzeba na prawdę użyć sporo siły, a przy tym szybko traci się precyzję. W dodatku masa sprawia, że puszczenie pierścienia powoduje zmianę ogniskowej.
     To obiektyw PowerZoom, więc ma pewne funkcje (całkiem przyjemne), które działają z niektórymi lustrzankami cyfrowymi:
) Utrzymanie wielkości obiektu - po ustawieniu zoomu na poruszający się obiekt aparat będzie utrzymywać jego wielkość, gdy ten będzie się zbliżać lub oddalać. Przydatna funkcja.
2) pamięć zoom - po wyłączeniu aparatu i ponownym włączeniu przywrócą nam się poprzednie ustawienia ogniskowych.
3) ustawienie na minimalną wiwlkość - po wyłączeniu aparatu ten ustawi wszystko tak, aby aparat z obiektywem zajmował jak najmniej miejsca. Czyli schowa wszystkie wystające elementy. W przypadku lustrzanki PZ-20 ustawiona jest i ogniskowa i ostrość do jak najbardziej kompaktowych rozmiarów. W przypadku body cyfrowych nie wiem jak to działa (K50 nie obsługuje tej funkcji i nie cofa ostrości).
4) parametr długości - aparat zna długość obiektywu. Dzięki temu może dostosować lampę błyskową tak, aby obiektyw nie dawał cienia.

3. Optyka

      Co tu dużo pisać - rewelacja jak w przypadku krótszego kita. Praca pod światło nieco gorsza niż w obecnych kitach. blików może specjalnie dużo nie ma, ale potrafi złapać flary i dramatycznie stracić kontrast, który i tak jest już niski. Nie jest to jakieś denerwujące i częste, ale warto o tym pamiętać fotografując pod światło. Szczególnie uciążliwe bywa to w studio, gdzie łatwo złapać niepożądany efekt od lamp błyskowych. Na szczęście jest to do opanowania.
      Reszta to już efekt wow. Niski kontrast, genialne kolorki, świetny bokeh, genialna ostrość. 9-listkowa, dość nieregularna przysłona praktycznie w całym zakresie robi dobrą robotę. Bokeh jest niesamowity. Nieregularny, trochę poszarpany... czyli taki generalnie znienawidzony przez ogół. Mi się jednak bardzo podoba. Jest inny, wręcz niemożliwy do osiągnięcia przy obecnie produkowanej optyce. Czego chcieć więcej.
     W dodatku obiekty ma tą zaletę której jeszcze nigdy nie spotkałem - na długim końcu oprócz samego bokeh, tło się różni szczególnie. Przy otwartej przysłonie, (lub domkniętej max o 1EV) uzyskujemy jeszcze mniej kontrastowy i lekko zdesaturowany efekt tła. Gdy główny obiekty jest ostry, kolorowy i z lekko obniżonym kontrastem, tło zdecydowanie się od niego wyróżnia. Mamy więc separację nie tylko ostrością, ale również kolorystycznie i tonalnie. Na szczęście ten efekt jest widoczny również na brzegach kadru. Niby nas to zobliguje do kadrów centralnych, ale przy takim obrazowaniu niewiele tracimy. Ten efekt zanika przy mocniejszym domknięciu przysłony o dalej niż 1EV oraz stopniowo od 200 do 150mm. Potem już generalnie go nie widać. Nie spotkałem się z czymś takim nigdy wcześniej ani później. Zazwyczaj cały kadr jest równie dobrze nasycony i skontrastowany. Bywają obiektywy, które dają efekt lekkiego obniżenia kontrastu tła, ale jest to raczej spowodowane przejrzystością powietrza i raczej niezauważalne. W tym jest to wręcz namacalne. Hm... muszę poszukać jakiegoś pentaxa o ogniskowej około 200mm z tamtego okresu. Nie spotkałem, ale to nie znaczy, że takich nie ma. Prądu też nie widziałem, ale palca do gniazdka bym nie wsadził.

4. Podsumowanie

     Cóż powiedzieć można. Gdybym miał możliwość brałbym ten obiektyw bez wahania. Może skupiłbym się raczej na wersji bez PowerZoom (tak, są). Są trochę lżejsze, ale równie dobrze zrobione. A PowerZoom? No cóż - i tak praktycznie nieużywany, gdyż moje K50 nie obsługuje tej funkcji. Może zmienię zdanie, jak się przesiądę na coś co tę funkcje obsługuje. Na dzień dzisiejszy jednak nie planuję tego. Niby mam PZ20, która obsługuje PowerZoom. Jednak funkcja ta pożera baterię w oczach. A dostać baterię do Z20 nierzadko jest wyzwaniem. Dlatego, jeśli chcesz, drogi czytelniku, kupić sobie takie cudo, poszukaj go bez PowerZoom. Obecnie moja wersja taka jak moja kosztuje w granicach 400zł.  Nie będą to jednak źle wydane pieniądze. A zdecydowanie lepiej niż zakup obecnych 50-200. No i ten kryje pełną klatkę, więc w razie gdy za x-czasu wygramy w totolotka i zmienimy puszkę na FF, albo gdy zechcemy pobawić się fotografią tradycyjną nie będziemy musieli zmieniać optyki. Obecnie dostajemy porządny obiektyw z obrazem zupełnie innym niż ten do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Gdy więc już swoją ciężką krwawicą uzbierasz upragnione 400zł i zechcesz kupic nowego Pentax DA 50-200 f4-5,6 pomyśl 3 razy. A gdy nadal będziesz chciał kupić Pentax DA, pomyśl jeszcze raz. W porównaniu z tym nie jest warty swojej cany. Mimo iż Pentax FA to lata 90-te (rok produkcji 1991-2000).
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 25 listopada 2018

Psujesz rynek, patałachu!!

     Wśród fotografów panuje nieodmienne przekonanie, że każdy, kto bierze mniej za zdjęcia "psuje rynek". Ciekawe jest dlaczego tylko wśród fotografów. Każda dziedzina komercyjna ma swoje przywary. Każda jest trochę inna. Ale akurat w fotograficznym świecie utarło się przekonanie, że ten co bierze mniej "psuje rynek". Oznacza to tylko tyle, że biorąc mniej przekonujesz nijako klientów, że za zdjęcia można zapłacić mniej. Nikt nie wziął jednak pod uwagę, że każdy o tym doskonale wie.
     Tylko, że nierzadko cena idzie w parze z jakością.I to jest sedno sprawy. Dlaczego zawodowcy czują się zagrożeni przez amatorów, którzy zazwyczaj za swoją bądź co bądź pracę 1/3 tego co ludziki dla których fotografia jest głównym środkiem zarobku. Czyżby uważali, że to niesprawiedliwe, że ludzie wolą iść do pierwszego z brzegu amatora i zapłacić mniej?
     Wydaje mi się, ze to nie tak. Owszem, są ludzie, którzy patrzą głównie na cenę. No cóż, nie każdy sra pieniędzmi. I nie każdego stać, aby wywalić 3tyś zł za zdjęcia na jakiejś imprezie (czy to ślub, wesele, chrzciny, czy pogrzeb). Tacy ludzie faktycznie wybiorą amatora, który zrobi to samo za 500zł. Tylko, że robią to kosztem jakości i są tego świadomi. A ogarnięty amator doda jeszcze, że nie daje gwarancji na to, że zdjęcia wyjdą, lub że w ogóle będą (bo może być jakaś awaria sprzętu i tyle będzie ze zdjęć).
    Nie każdy się na to zgodzi. Sporo osób jednak woli zapłącić te 3tyś choćby za gwarancję powodzenia zdjęć. Czyli odpowiedzialność za poprawność wykonania zlecenia przekazują fotografowi. I za te 3tyś to problem fotografa, aby zdjęcia wyszły, wyszły dobrze i że w ogóle wyjdą.
     Druga rzecz, to jakość. Wybierając amatora większość chyba zdaje sobie sprawę, że to nie będą jakieś zdjęcia wow. Amator zazwyczaj nie ma zaplecza ani finansowego, nierzadko nie ma umiejętności aby odpowiednio przygotować zdjęcia. Braki w podstawach umiejętności obróbki, braki w sprzęcie, braki w miejscach (Studio i te sprawy). Zdjęcia od amatora nie muszą być wow i zleceniodawca chyba jest tego świadomy. Jeśli kupuje telewizor za 500zł to nie ocekuje od niego ani jakości ani możliwości telewizora za 5tyś zł. To samo tyczy się zleceń - biorąc zlecenie tanie nie może oczekiwać profesjonalizmu kogoś kto bierze dużo za swoją pracę.
     Inna rzecz, że ludzie nie lubią się uczyć. Większość zawodowców tłucze te same zdjęcia od lat. x-lat temu założyli swoją firmę, stworzyli jedne konkretne zdjęcia i tak tłuką w kółko te same fotki. Stoją w miejscu. Fakt, że dany kadr i dane zdjęcie mają opanowane do perfekcji. Prawdopodobnie nawet mają już stworzony przez siebie preset w programie na komputerze. Wrzucają takie zdjęcie i obróbka trwa 10 sekund. To w studio. Na zleceniach wjazdowych praca zawodowca od amatora niewiele się różni -> najpierw rejestracja wydarzeń, potem godziny spędzone przed komputerem. Problem tylko co potem wychodzi spod ręki zawodowca, a co z ręki amatora. I tu dochodzimy po raz któryś do jakości.
    To co odda nam zawodowiec to będzie kilkanaście-kilkadziesiąt zdjęć świetnej jakości. Ostrość, naświetlenie, obróbka... po prostu wow.
    Co odda amator - kilkadziesiąt - kilkaset zdjęć o minimalnej jakości. Czy wobec tego na prawdę amator za 500zł może być konkurencją dla zawodowca za 3tyś zł?
    No chyba nie. Zawodowiec nie może czuć się zagrożony. A jeśli się czuje zagrożony, to znaczy, że jego umiejętności są marne. Może warto zamiast narzekać, jak to amator psuje rynek zwyczajnie zacząć się rozwijać? To na prawdę pomaga. Jeśli będziesz na parawdę dobry w swoim fachu nie zabraknie Ci klientów, nawet za cenę którą bierzesz. Na prawdę nikogo nie obchodzi, zę w domu masz chore dzieci, na sprzęt wydałeś średnią roczną pensję Amerykanina, a utrzymanie firmy kosztuje cię majątek. To nie jest podstawa ustalania swoich cen. Klienta to nie interesuje. Jemu zależy na jakości. Im chce mieć wyższą, tym więcej jest w stanie za nią zapłacić. Jeśli umiesz mało, bierz za swoją pracę mało. Jeśli jesteś profesjonalistą i twoje umiejętności sprawiają, że na widok Twoich zdjęć ludzie omdlewają możesz sobie pozwolić na branie dużo pieniędzy. To na prawdę nikogo nie obchodzi ile kosztuje Twój sprzęt, ile płacisz za swoją firmę i ile kosztuje utrzymanie Twojej rodziny. To twój i tylko twój problem. Ludzi interesuje produkt, a nie rozterki finansowe prezesa firmy. I to nie jest tak, że amatorzy biorą mniej, bo chcą dorobić i zarobić i mieć dużo zleceń. Nie! To wszystko odbywa się kosztem jakości i bezpieczeństwa. Dodatkowo amator może sobie pozwolić, aby być słabszy od innych, bo nie musi utrzymywać choćby firmy. Jeśli chce zostać zawodowcem, założyć firmę i ma to być jego główne źródło dochodów, to najpierw niech się podszkoli, podkształci. Niech jego oferta będzie konkurencyjna. Niech jego zdjęcia będą konkurencyjne. Wówczas może sobie pozwolić na podniesienie cen i dołączenie do grona zawodowych fotografów. A jeśli zawodowiec jest marny, niech nie narzeka, że amator psuje mu rynek, tylko niech się podszkoli, a i klientów mu nie będzie brakować.
Pamiętajcie o tym na przyszłość drodzy zawodowcy - cena musi iść w parze z jakością. Bierzesz dużo, niech jakość twoich zdjęć to odzwierciedla, a nikt nie popsuje ci rynku.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 20 listopada 2018

Pentax FA 28-80 f3,5-4,7 Powerzoom

     To pierwszy, ale nie jedyny obiektyw w pełni automatyczny w moim zestawieniu. Tak, automatyczny - ostrzy automatycznie, przysłona działa automatycznie, zoom jest automatyczny. Zoom? A no zoom. Wyjaśnię dalej.
     To obiektyw, który jak tylko wpadł w moje łapki już w nich został. Obrazek z niego jest tak genialny, że pozbyłem się standardowych kitów i zostawiłem sobie
- Pentax FA 28-80, o którym piszę teraz
- Pentax FA 70-200, o którym będzie następny wpis.
      To również obiektyw kitowy, ale dołączany w latach 80-tych do lustrzanek pentaxa. Ten akurat dostałem wraz z Pentax PZ-20. Po dzień dzisiejszy body działa i używam go jako aparatu na imprezy rodzinne. PZ-20 to lustrzanka tradycyjna. A więc obiektyw również do takiej fotografii przystosowany. Niewiele się pomylę stwierdzeniem, że z lustrzanką cyfrową sprawuje się lepiej. A to co tworzy z otaczającym światem jest wręcz niesamowite. To przeciwieństwo Pentax-A 50mm f1,7 o którym pisałem wcześniej. Troszkę bardziej miękki na pełnej dziurze, z małym kontrastem i świetnymi kolorami.

1. Budowa

    Z zewnąrz to plastik. W bebechach to jest metal. Jego szkła to szkła, a nie pleksi. W śroku to chyba stal pancerna. Po ustawieniu obiektywu na 80mm tylna soczewka tak głęboko wchodzi w obudowę, że możemy zobaczyć co się dzieje pod spodem. A tam próżno szukać plastiku. Nawet prowadnice są metalowe.
     O budowe całego urządzenia świadczy również waga. To nie lekki kit produkowany obecnie. Ten jest cięższy niż moje body Pentax K-50. Chyba więcej mówić nie trzeba.
     Co mnie zaskoczyło, to brak jakichkolwiek napisów na froncie obiektywu. Na innych obiektywach pisze co to jest, jakie ma parametry itd. Tutaj nie ma nic. Jest czarno. Wszelkie informacje są umieszczone z boku. Same napisy i oznaczenia są pokryte warstwą przezroczystego lakieru, więc raczej ciężko je zedrzeć. Obiektyw mam już od dłuższego czasu i zazwyczaj noszę go w torbie bez dodatkowego zabezpiecznia, a więc podczas przenoszenia obija się i ociera o inny osprzęt w torbie, i... nic się nie starło, nic nie porysowało. Wszystko jest doskonale czytelne. Jedyny mankament, jaki mają te obiektywy to odklejająca się szybka pokazująca wartości ogniskowych. W obu obiektywach (ten i Pentax FA 70-200) musiałem już przyklejać szybki. O dziwo większa szybka z wartościami odległości trzyma się doskonale. Szybki... no...raczej kawałki przezroczystego plastiku. :) Ale nic to. Komu to przeszkadza, tak na prawdę?
     Innym mankamentem, nieco bardziej dokuczającym, jest luźny zespół soczewek. Jest to o tyle denerwujące, że podczas ostrzenia (szczególnie automatycznego) obraz drży. Miałem w ręku jeszcze dwa podobne obiektywy (w tym jeden bez funkcji power-zoom) i we wszystkich tak jest. Z tego co się nieoficjalnie dowiedziałem, one już po prostu tak mają. Ten luz jest dość spory i wyczuwalny. W samym ostrzeniu nie przeszkadza, ale skaczący obraz może denerwować. Automatyka nie ma z tym problemu na szczęście. W ostrzeniu ręcznym odbywa sie to na tyle wolno, że nie widać drgań.

2. Obsługa

     I tu już można wyczuć, że to jest obiektyw kitowy. Nie pracuje gorzej od obecnych, ale i nie lepiej. Pierścień zoomowania nie działa zbyt przyjemnie. Ma się wrażenie, jakby w ogóle nic tam w środku nie miało oleju. Trze element o element. Na dodatek, jakby mało było zgrzytów, zespół soczewek jest dość ciężki. I to na tyle ciężki, że czuć podczas zmiany ogniskowej, że poruszamy czymś co mało nie waży.  Gdy fotografujemy coś wysoko, lub nisko, tak, że musimy obiektyw trzymać pionowo to uczucie jeszcze sie zwiększa. Trzeba wówczas użyć trochę siły aby ustawić ogniskową. Na dodatek wszystko pracuje tak lekko, że w połączeniu z duża masą soczewek ogniskowa sama potrafi się zmienić. Nie jest to jakies uciążliwy i w odróżnieniu od cięższego FA 70-200 zdarza się to bardzo rzadko i zazwyczaj tylko wtedy jak sa jakieś wstrząsy.
     Pierścień ostrzenia działa jak w obecnych kitach. To obiektyw automatyczny i do tego jest przystosowany. Ostrzenie ręczne jest tylko opcjonalne. czasem się przydaje, ale raczej wówczas obiektyw nie jest w swoim żywiole. Pierścień ostrznia jest mały, znajduje się na samej krawędzi obudowy i (choć pracuje lekko) wymaga trochę wprawy. W dodatku kręci się cały przedni tubus, a więc może być spory problem z filtrami. Póki jesteśmy przy filtrach - tak gwint jest metalowy.
     Najlepszym elementem jest pierścień przysłony. Działa bardzo przyjemnie, z przyjemnym skokiem i oporem. W zakresie f3,5 - f11 mamy mozliwośc ustawienia przysłony co pół EV. Miedzy f11 a f22 co 1EV. W trybie A przysłoną sterujemy już z poziomu body. Jak wspomniałem to automat.
     Wspominałem o automatycznym zoom. Tak, jest. Problemem jest to, że nasz aparat musi posiadać funkcję obsługi powerzoom. Z tego co wiem z lustrzanek cyfrowych obsługuje to K-1 i niektóre aparaty APSC. A co nam daje PowerZoom? Ma kilka funkcji.
1) Utrzymanie wielkości obiektu - po ustawieniu zoomu na poruszający się obiekt aparat będzie utrzymywać jego wielkość, gdy ten będzie się zbliżać lub oddalać. Przydatna funkcja.
2) pamięć zoom - po wyłączeniu aparatu i ponownym włączeniu przywrócą nam się poprzednie ustawienia ogniskowych.
3) ustawienie na minimalną wiwlkość - po wyłączeniu aparatu ten ustawi wszystko tak, aby aparat z obiektywem zajmował jak najmniej miejsca. Czyli schowa wszystkie wystające elementy. W przypadku lustrzanki PZ-20 ustawiona jest i ogniskowa i ostrość do jak najbardziej kompaktowych rozmiarów. W przypadku body cyfrowych nie wiem jak to działa (K50 nie obsługuje tej funkcji i nie cofa ostrości).
4) parametr długości - aparat zna długość obiektywu. Dzięki temu może dostosować lampę błyskową tak, aby obiektyw nie dawał cienia.
Jak widać, mając PowerZoom sporo zyskujemy. Problemem jest jego użycie, bo mało które body cyfrowe to obsługuje. Moja K-50 nie, ale za to korzystam z tego czasem przy PZ-20. Czasem, bo niestety, ale ta funkcja pożera mnóstwo energii, a dostać baterie do PZ-20 nie jest łatwo.

3. Optyka

     Nie ma tragedii. Praca pod światło nieco gorsza niż w obecnych kitach. blików może specjalnie dużo nie ma, ale potrafi złapać flary i dramatycznie stracić kontrast, który i tak jest już niski. Nie jest to jakieś denerwujące i częste, ale warto o tym pamiętać fotografując pod światło. Szczególnie uciążliwe bywa to w studio, gdzie łatwo złapać niepożądany efekt od lamp błyskowych. Na szczęście jest to do opanowania.
     Poza tym same wow. Lepsze światło niż w obecnych kitach (f4,7 na długim końcu w porównaniu do obecnych 5,6). 8-listkowa przysłona (w porównaniu do 6-listkowych obecnych), Co ciekawe - nie otwiera się do końca, co znaczy tylko tyle, że nawet na pełnym otworze bokeh ma jej krztałt. Ciekawe rozwiązanie, ale przydatne. Nie do końca wiem, co pentax chciał tym osiągnąć. W sumie jest to pierwszy taki obiektyw, jaki widziałem, aby nawet na pełnej dziurze bokeh nie był idealnie okrągły.
     To co go wyróżnia jeszcze od obecnych konstrukcji to tryb Macro. Może nie jest to jakieś mega macro, raczej takie placebo, ale jest. dziwne, że w obecnych konstrukcjach zrezygnowali z tego.
     Także optycznie jest wręcz genialnie. Bez porównania do obecnych kitów. Niski kontrast, neutralne, ale nasycone kolorki, nietypowy bokeh...


4. Podsumowanie

     Gdy dostałem tą maszynę w swoje łapki nie musiałem się długo zastanawiać nad sprzedażą kitów, które dostałem wraz zakupem aparatu. FA jest dużo ciekawszą alternatywą. To zupełnie inny świat. w odróżnieniu od współczesnych obiektywów kitowych jest:
1) ostrzejszy
2) ładniejszy bokeh
3) szybszy
4) ma ładniejsze kolory
5) posiada tryb macro
6) ma lepsze światło
7) inny zakres ogniskowych
8) dodatkowe funkcje związane z powerzoom

Z minusów w porównaniu do kita:
1) inny zakres ogniskowych
2) dużo cięższy
3) kręcąca się przednia soczewka
4) skaczący obraz podczas ostrzenia.

Czy wróciłbym do kita, mając ten? NIGDY!!
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+