środa, 28 października 2015

Ale niebo całe jeszcze w ogniu...


Od czasu do czasu zdarza mi się podnieść nos trochę wyżej. w przypływie emocji dzisiaj też mi się zdarzyło. I... normalnie mnie zatkało. Już wiem o czym śpiewała Ania Jantar gdy do mikrofonu krzyczała "Ale niebo całe jeszcze w ogniu"... Na zdjęciu tego nie widać (cóż, idiot-aparat nie zawsze nadaje sie do zrobienia zdjęcia), ale dzisiaj niebo normalnie płonęło. Chmury wyglądały jak żarzące się węgle z kłębami dymu, a przelatujące ptaki odbijały żółte promienie słońca. Bardzo rzadko spotykany widoczek, ale na prawdę warty zobaczenia. :) Dobrze że wraz z wrażeniami wizualnymi nie było też wrażeń czuciowych, bo nie byłoby tak wesoło. A takie rzeczy tylko w piekle. :) 

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 27 października 2015

Jesień


No i mamy jesień. :)

"Wiersz o jesieni
z pointą opartą
na motywach ludowych"


Jesień... Jesień...
Lecą listki
Jesień... Jesień... przede wszystkim
Jesień... Jesień... liście lecą
Liście lecą jak Bóg wie co
Jesień... Jesień... w kalendarzach
Jesień... - chyba się powtarzam
Jesień... Jesień... ozimina
Oj di ri di, oj di di na

Artur Andrus 




Od taka mała awitaminoza....  

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 22 października 2015

Fotomalowanie


Jakoś tak kilka lat temu zaczęła się moja przygoda z fotografią. Miałem wtedy aparat Trust i pracowałem w gazetkach Echo Miasta. Aparat był niesamowity. Patryca 0,3MPX, nie posiadał wyświetlacza, nie miał zoomu programów tematycznych... nie dało się nawet ustawić lampy błyskowej. Wizjer pokazywał to co chciał, a nie to co wychodziło na zdjęciu. W aparacie nie było karty pamięci i dało sie zrobić max 60zdjęć. Byłem z tym aparatem na wakacjach, robiłem zdjęcia w domku i w plenerze. Sporo fotek zrobiłem w pracy... Zdjęcia przypominały raczej bohomaz i trzeba było sie przyjżeć, aby zobaczyć co na nich jest. :)




Potem zmieniłem pracę i za pierwszą wypłatę wpadł mi w ręcej taki oto aparacik. To Fuji Finepix S5600. Bardzo fajny sprzęt. Zrobiłem nim parędziesiąt tysięcy zdjęć. Dzięki niemu poznałem swoją małżonkę, to z niem w ręku przeżyłem kilka niezapomnianych chwil. A i możliwości sprzętu były niesamowite. Jak na tamte czasy to wyższej klasy aparat. Kosztował mnie trochę więcej niż wynosiła moja ówczesna wypłata. Dokupiłem do niego zestaw akcesoriów i praktycznie się z nim nie rozstawałem. Wyjechałem z nim do Anglii, gdzie na jednej z wystaw znalazłem moje marzenie aż po dzień dzisiejszy. To Fuji Finepix S9600. Aparat po dzień dzisiejszy uważany na za najlepsze dzieło Fuji.

Przyszedł niestety taki moment, że musiałem się rozstać z moim Fuji. Sprzedałem go. Z zamiarem zakupu S9600. Już trochę tańszego, bo w zasadzie starszej daty. Nowy niedostępny. Niestety losy potoczyły się tak, że długo nie miałem żadnego sprzętu. Zdjęcia zaniechałem. Aż do momentu jak w moje łapki wpadł Nikon L29, a po awarii L31.

 Zacząłem robić trochę zdjęć znowu. Od taki aparacik dla idiotów. Fajne głupstewko do noszenia ze sobą.
Nadeszły na nasz związek nieco gorsze czasy. Półtora roku właściwie kryzysu z przebłyskami lepszych chwil. Kupno mieszkania, zmiana auta... pomogło. Zaczęło dziać sie lepiej. Doszliśmy z małżonką do tego, aby założyć tego bloga. Strzał w 10, choć założenie było inne. Miał to być blog typowo rowerowy, pokazujący nasze podróże, z poradami rowerowymi, testami sprzętu... Kupiliśmy dla mnie aparat. Olympus E-520

I przyznaje... nie jest to moja bajka. Obecnie idzie na sprzedaż. A za zarobioną kasę ustawiłem się na Fuji Finepix S9600. W sumie już się nie mogę doczekać sprzedaży Olympusa i zakupu nowej zabawki. :) Jest spora szansa, że znowu wrócę do fotografii, czego sobie, wam i swojej małżonce życzę... No może małżonce mniej, bo jak wypadnę na miasto to kilka godzin będę poza domkiem. Wczoraj z Nikonem wracałem z pracy półtorej godzinki, bo pomyślałem, że wysiądę 2 przystanki wcześniej i zrobię kilka zdjęć. No i z 30 minut od pracy do domku zrobiło się ponad półtorej. :) 


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 18 października 2015

Taka sytuacja


Taki oto widoczek mnie spotkał rano. Gdzieś tam coś się we mgle kryje. Ah, sytuacja prawie jak z filmu. :)

Nikt tego pewnie nie czyta, ale i tak napiszę co u mnie. otóż pracuję ciągle i ciągle żyję, wbrew niezadowoleniu niektórych. Nie jest źle na razie. Staram się i wydaje mi się, że nie wychodzi mi to najlepiej. Miesiąc pracy mogę podsumować. Bywało gorzej i bywało lepiej. Kierownik raz się skarżył, a raz chwalił. Od jak na kierownika przystało. Jeszcze prawie nikogo poza swoim działem nie znam i nie jest to komfortowe dla mnie. O ile z murami już się trochę zapoznałem o tyle wśród ludzi czuje się obco. Minie, ale tęsknię za niektórymi z Łagiewnik. Było do kogo ryj otworzyć, a tutaj? Nie ma nic. No cóż, niedługo odwiedzę stare śmieci. Mam tam jeszcze niezakończone sprawy. Teraz kolejne pewne znajomości muszę sobie wyrobić tutaj. Zacząć trochę żyć w tym miejscu. Ale czy się da? I kiedy to nastąpi? Tego niestety nie jestem w stanie powiedzieć. Liczę że niedługo. Na razie pozdrawiam Łagiewniki i Tuszyn. :) 3majcie kciuki za mnie mocno. :) 

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 4 października 2015

Nissan Almera N15



Takie autko mamy. Wygląda niemal identycznie. :) Fajne? Dodoba się? To dobrze.
A teraz do rzeczy. Nasza Ala została wyprodukowana w 1998 roku. Na liczniku ma już 250tyś km. Jesteśmy jego trzecimi właścicielami. W 2013 roku w drugiej połowie autko zostało sprzedane pewnemu człowiekowi stanie... połowicznego rozkładu. Wszechobecna rdza nakazała auta się jak najszybciej pozbyć. Nowy nabywca auto wziął, spisał pełną dokumentacje usterek i korozji. Gdy nissan był już jego zajął się samochodem trochę. Doprowadził nadwozie do odpowiedniego wyglądu (teraz wygląda tak jak na zdjęciu), ale albo nie zdążył, albo zwyczajnie olał resztę. Więc auto wygląda i... w sumie jeździ.Nam przypadło w udziale zająć sie samochodem dalej.
I tak. Niedługo po zakupie wyregulowany został gaz i autko przestało gasnąć po każdym wciśnięciu sprzęgła. Niestety szczęście wraz z tym nie przybyło. Autko kilkukrotnie dostało strzałem gazu w kolektor dolotowy, aż w końcu zwyczajnie zaczęło gasnąć i nie zamierzało odpalić. "Kilka miesięcy i Ala na złom", pomyślałem. Ogarniał strach czy dotrę nią na miejsce wraz z każdą podróżą. W przypływie gotówki autko szybko do mechanika. Okazało się, że układ zapłonowy strzelił. Pewnie poprzedni właściciel nawet o tym nie wiedział. No cóż, trzeba było zrobić. Cholera, w udziale przypadł nam najdroższy z możliwych. 4 i 5-pinowe kosztowały odpowiednio 100 i 160 zł za używane. U nas był 7-pinowy kosztujący 400zł. Do tego naprawa 100zł i 500zł poszło.
Przyszła pora na przegląd. A tam... Cholera. Podwozie to wszechobecna rdza. Nie było prawie normalnego, niezardzewiałego miejsca. Psia krew. Przeglądu nie przeszedł, bo zardzewiałe okazały się przewody paliwowe i hamulcowe. W dodatku zawieszenie do połowy dobre (tzn z przodu w miarę, z tyłu generalnie nie istnieje).
No to co? Trzeba jechać do mechanika. 400zł poszło. przewody wymienione, autko zrobione. Przegląd i... udało się. Dostał.
No, ale przecież tak nie może być. Zawieszenie zaczęło piszczeć, stukać, klekotać i rzucać autem. Trzeba zmienić. Umowa z mechanikiem, autko zaprowadzone. Tego samego dnia pojechałem po samochód bo mechanik łaskawie go podpalił. Kurwa, jak? Mniejsza o większość. Uszkodził instalację gazową, a zawieszenia nie dotknął. Znalazłem innego wychowawca. Instalacja gazowa zrobiona (wymiana zaworów + regulacja). Do tego od razu wymieniłem zawieszenie. 1700zł z portfela uciekło, w raz z nimi nasze marzenia i plany wakacyjne. Kurde mać. To źle, ale z tyłu cisza i spokój.
Oczywiście autko nowe nie jest i liczymy się z pewnymi niedogodnościami z tym związanymi. Tydzień temu w czwartek autko pojechało na wymianę oleju. Olej wymienili i... cholera, przedni element trzymający koła wraz z resztą auta okazał się być sitkiem. Element kupiony. 250zł. Wymiana? 400zł. Cholera jasna. 3/4 podwozia wymienione, a to nie koniec. Mechanik zapowiedział nam zbliżające się kłopoty z zawieszeniem przednim, a nasze nozdrza każą nam sądzić, że coś jest nie tak z jakimś elementem w układzie paliwowym. Stan podłogi natomiast mówi "zakonserwujcie mnie. ZAKONSERWUJCIE MNIE!!", Więc parę rzeczy do zrobienia będzie. i parę zł poleci.
Ah, zapomniałbym - robiliśmy jeszcze wspomaganie, bo ciekło. 170zł na to poszło. Plamy na parkingach zostały do dzisiaj. :D

Cholerka. Trochę się boje ile jeszcze wszystko będzie kosztować, ile jeszcze kasy na to pójdzie. Mam jednak pewien problem - mam cholerny sentyment do tego samochodu. Bardzo go lubię. Kupiliśmy za 2500zł, włożyliśmy w niego już chyba ze 4tyś. A to jeszcze nie koniec. Jest to jednak samochód o którym nie myślę w kategoriach: "SPRZEDAĆ!! Sprzedać jak najszybciej". Nie chcę go sprzedawać. Chce doprowadzić autko do stanu takiego, aby przynajmniej 2-3 lata pojeździł bez większych awarii. To może potrwać. To może kosztować.
Szanowna małżonka powiedziała dzisiaj, że w poprzedniej Almerze wzięliśmy ślub, urodziło nam się dziecko, przeprowadziliśmy się. Była z nami prawie 5 lat i wiąże się z nią bardzo dużo przyjemnych wspomnień i przeżyć. Może dlatego do tej czuje taką sympatię, właśnie przez perspektywę poprzedniego samochodu. Być może.

Z żoną jesteśmy koło trzydziestki. Przed nami jeszcze przynajmniej 50 lat życia. Nie wiem czy to będzie nasze ostatnie autko. Zamierzam prowadzić nie dalej niż do 65 roku życia. Obawiam się jednak że to za długo aby Ala to wytrzymała i za dużo aby nasz budżet na to pozwolił. Mam jednak nadzieję, że najbliższe 5-10 lat autko zostanie z nami, a nam uda się doprowadzić je pełnej prawności. Trzymajcie za nas kciuki i życzcie nam powodzenia. Droga wydaje się być bardzo wyboista.


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+