wtorek, 26 lipca 2016

darmowe ??? płatne


   Od pewnego już czasu przestałem zwracać uwagę na posty i pytania typu: "jaki aparat kupić", bo moje inne podejście nie jest niestety ani lubiane ani brane pod uwagę. I tak wszyscy będą twierdzić, że lustrzanki są najlepsze; i tak wszyscy wybiorą lustrzankę. Szkoda więc mojego czasu, prądu i klawiatury. Tym razem chciałem wam przedstawić mój punkt widzenia na temat pobliski fotografii, ale trochę inny.
  Kiedy kilka lat temu zmieniłem prace i przeniosłem się do szpitalnego grona informatyków moją uwagę zwrócił Linux. Wtedy był to Ubuntu, ale kombinowałem z różnymi systemami. Szybko nauczyłem się, że płatne to nie znaczy lepsze. Gdy niedługo potem zainteresowałem się fotografią, zacząłem używać oprogramowania darmowego. W tym czasie poznałem wiele osób zajmujących się fotografią profesjonalnie, amatorsko oraz zawodowo. Używali oni bardzo różnych programów do obróbki. Większość oczywiście jedynego i słusznego oprogramowania, a więc Photoshopa oraz LightRoom. Wśród nich byli jednak i tacy, którzy woleli oprogramowanie darmowe. Z różnych względów. A więc głównie Gimp, Darktable lub RawTherapee. Niektórym może wydawać się dziwne, ale w ostatecznym efekcie nie było absolutnie żadnej różnicy między zdjęciami wychodzącymi spod profesjonalnego oprogramowania płatnego, a profesjonalnego oprogramowania darmowego.
   Czemu zatem większość uważa, że nie ma godnego zastępcy LightRooma czy Photoshopa? Odpowiedź znowu, prawdopodobnie tkwi w świadomości ludzi. Niestety, ale darmowe oprogramowanie nie krzyczy do nas ze wszystkich stron reklamiami, nie próbuje nam wmówić, że jest jedne jedyne słuszne. Oprogramowanie płatne (windows, photoshop, msOffice...) wrzeszczy na nas ze wszystkich stron i przekonuje o słuszności ich używania, próbując jednocześnie powiedzieć, że nie ma innego który posiada takie możliwości.
   Ile w tym prawdy? Tyle ile pieniędzy - niedużo. Nie ma takie rzeczy, której nie dałoby się zrobić na linux, a tylko na windows. Nie ma też takiej obróbki na którą trzeba by wydawać 3 pensje. Nie ma. Niestety reklama wbija się nam psychikę i święcie wierzymy w to, że mleko z Piątnicy jest 30 razy lepsze od mleka łaciatego. W końcu często powtarzane kłamstwo staje się prawdą.
   A prawda jest brutalna. Wydajemy ciężkie pieniądze na coś co możemy mieć za darmo. Tylko dlatego, że reklama (której rzekomo nie wierzymy) nam to powiedziała. Bo przecież porshe dojedźmy szybciej niż audi. Tylko zapominamy, że ani jednym ani drugim nie przekroczymy pojedziemy po mieście szybciej niż 50km/h, a korki dodatkowo nam ten czas zweryfikują. W efekcie może się okazać, że porshe nie przegoni audi.
   Podobnie jest ze wszystkim -> droższy nie znaczy lepszy, a darmowy nie znaczy gorszy. Czy zatem używając kompaktowego aparatu, darmowego systemu i darmowego oprogramowania powinienem czuć się gorszy? Jeśli tak, uważasz, to wybacz ale się mylisz.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

sobota, 23 lipca 2016

pasja kontra praca

Dużo się  mówi o tym, że jeśli ktoś pracuje w tym co kocha, to tak de facto nie przepracował ani jednego dnia. Może i coś w tym jest, ale... jakby dokładniej pomyśleć, to czy aby na pewno to jest prawda?
Minęło sporo czasu od momentu kiedy ostatnio zajmowałem się komputerami bo chciałem. Uwielbiałem komputerki. To było jeszcze za czasów kiedy najpotężniejsze maszyny oparte były na procesorach Pentium 233MMX i 32MB ram. Dyski w naszych komputery miały pojemność po 4Gb a napędy CD wirowały z prędkościami rzędu 12X. Na naszych biurkach stały monitory zajmujące 3/4 przestrzeni roboczej, elementami naszych myszek można było grać w piłkę nożną. W tych czasach  odkrywałem informatykę. Lubiłem grzebać, kombinować, zmieniać ram, bawić się w wymianę procesorów i wykręcać dyski twarde. Lubiłem wymieniać całe systemy operacyjne, instalować sterowniki (5x restart w przy instalacji jednego urządzenia... :) ), od nowa pakować całe potrzebne oprogramowanie. Rodzina zobaczyła, że się w tym łapie. W końcu "obsługiwałem" pół osiedla pod kontem ustawiania komputerów, programowania różnych urządzeń, czy reperacji uszkodzonych maszyn. Zostałem popchnięty w tym kierunku. Najpierw liceum o profilu informatycznym, a potem studia. Technika poszła na przód. Monitory zniknęły na rzecz patryc LCD, zapomnieliśmy co to jest "ekran śmierci", a na otworzenie pasjansa trzeba było poczekać 2s a nie 4 minuty. Na studiach nauczyłem się bardzo dużo. Swoją drogą, dwa razy zrobiłem studium policealne - raz za siebie,  a raz za brata. :D Pozdrowienia dla systemu edukacji. I poszedłem do pracy. Jak każdy szanujący się polak zaczynałem od dołu - pracowałem na ochronie. Po to, aby potem przez kilka pośrednich zawodów w końcu trafić na swój zawód - informatyk. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Przecież kochałem komputery, a one kochały mnie. Każdą najdrobniejszą czynność w pracy robiłem z uśmiechem na ustach i radością w oczach. Zaczynałem od firmy z jednym komputerem, po to, aby potem trafić do zakładu z kilkoma budynkami, czterystoma komputerami i całą rzeszą informatyków. Z przyjemnością latałem na wezwania, uczyłem się, byłem ambitny i zadowolony ze swej pracy.
Tak było przez jakiś czas. Aż w końcu praca zaczęła być ciężarem, a chęci do podchodzenia do komputera z dnia na dzień malały. Próbowałem odkrywać nowe, nieznane tereny (w ten sposób poznałem Linux i już na nim zostałem). Kilka z tych rzeczy wprowadzałem w firmie. Ludzie byli zadowoleni, a ja... no cóż.
Firmę zmieniłem, nastały inne czasy, kupiliśmy mieszkanie, ale zapału do komputerów już nie ma wcale. Wręcz przestaję je lubić. Nie kręci mnie grzebanie, nie mam najmniejszej ochoty reinstalować po raz któryś systemów. Nawet odkrywanie niepoznanego już nie jest takie satysfakcjonujące. Pasja gdzieś przepadła. Komputer stał się moim małym przekleństwem. I choć nadal chętnie go używam, to już nie odczuwam kompletnie żadnej przyjemności z obcowania w nim.
Kilka lat trwania w jednym nauczyło mnie, że praca potrafi zniszczyć każdą pasję. Kiedyś chętnie siedziałem przy komputerze nawet wypełniając durne tabelki w arkuszu kalkulacyjnym, ale robiłem to bo chciałem. Jak nie chciałem to nie robiłem. Teraz, jakbym miał wybór, nie wziąłbym nawet pracy polegającej na graniu w gry cały dzień. Co innego chcieć, a co innego musieć. To "musieć" potrafi zniszczyć wszystko.

Czy Wy macie podobne doświadczenia, ze swoimi pasjami? zaczynaliście pracę z pasją, a kończyło się na niechęci do tego co lubiliście?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 19 lipca 2016

Foto-demolka

Od dłuższego czasu należę do kilku grup fotograficznych. Kilka z nich to grupy tzw wsparcia. Polega to na tym, że jeśli ktoś ma problem z czymś w temacie fotografii może się poradzić na tych grupach innych, bardziej w danej dziedzinie doświadczonych. Idea zacna. Zaintrygowała mnie jednak jakie ludzie mają problemy. Już pomijam pytania typu "co to jest ISO", czy "co oznaczają te cyferki na obiektywie". Ludzie są leniwi, nie chce im się grzebać  i szukać informacji. Łatwiej jest zapytać i mieć to z głowy. Dużo jest też powtarzających się pytań  z tego samego powodu. Są też pytania całkiem poważne jak "aparat mi nie ostrzy, co może być przyczyną", albo "jaki obiektyw do takiego a takiego celu". I to są logiczne pytanie. Ale między tymi leniwymi, a tymi którzy wiedzą o co zapytać są i tacy którzy wstawiają zdjęcie i pytają "czy zdjęcie jest fajne? Co poprawić? itd..." I tu zaczyna się problem. Zawsze się zastanawiam po co o to pytać? Odkąd sięgam pamięcią nigdy nie zapytałem, czy w moim zdjęciu jest coś źle i co powinienem poprawić. Z fotografią jest jak z dziurą w dupie - każdy ma swoją. Każdy świat widzi inaczej, każdy odbiera go inaczej. Jeden na ulicy zobaczy przechodniów, inni rowerzystów, a pozostali samochody. Jeśli ktoś zrobił zdjęcie i mu się podoba, to po co pytać innych o opinie? To bez sensu. Jeśli zrobiłem zdjęcie i mi się podoba, to znaczy, że zdjęcie jest dobre i koniec tematu. Czy według Was Mozart pytał kogokolwiek, czy jego muzyka jest fajna i czy przypadkiem któraś nutka nie jest zła? Czy Polański kręcąc filmy pytał opinię publiczną o to, czy film jest dobry? Picasso też nigdy nikogo nie zapytał czy jego obrazy są ok, czy powinien je spalić. To były ich wizje, oni je tworzyli, oni pokazywali swoimi produkcjami swój świat. Skąd więc pytania na forum o zdjęcia? Czy to chęć dowartościowania się? A może kwestia zaciągnięcia opinii innych?
Odpowiedzi na takie pytanie są równie bezsensowne. A opinii jest tyle co komentujących. Po pierwszym zdjęciu już bym się nauczył, że nie warto pytać. Jeden powie, że zdjęcie jest świetne i genialne i lepszego nie widział, a drugi wyskoczy, że 3/4 jest do poprawy. Nie można dogodzić wszystkim. Przez takie opinie widziałem wiele na prawdę świetnych zdjęć, które potem pod wpływem innych zostały zmienione na najzwyklejsze zdjęcia. A bo komuś się szum nie podobał, a bo kolorki trzeba zmienić, a bo kadr jest niezbyt... a bo to a bo tamto. I potem z naprawdę pięknego zdjęcia wychodzi koszmarek. Jeśli podobają się Wam wasze zdjęcia, nie pytajcie o opinię innych. Są bardzo dobre i koniec. 300sobom może sie nie podobać, ale ważne, że 20 się spodoba. Kilka takich zdjęć zapadło mi głęboko w pamięć. Wryło mi się w pamięć, tak mocno, że zwyczajnie się na nich wzoruję. Ale są to pierwowzory - zdjęcia widziane oczami autora, a nie opinii publicznej. Po zrobieniu zdjęcia pod publikę zdjęcie straciło bardzo dużo ze swojego uroku, ze swej wyjątkowości. Stało się zwykłym zdjęciem nie wnoszącym nic i nie wartym zapamiętania.
Ja nigdy nie pytam o to co można poprawić w moich zdjęciach. Owszem, jeśli ktoś napiszę jakąś radę, biorę ją sobie do serca. Ale nie pytam. Wiem, że wszystkim nie dogodzę. Rozumiem, jeśli ktoś napisze, że moje zdjęcie jest super bo... albo "nie podoba mi się, bo...". Ale to moje zdjęcie. Opinie są dla mnie cenne, ale nie robię zdjęć pod publikę. Jak się podobają, bardzo mnie to cieszy. Jak się nie podobają, to nie oglądaj. Dlatego moje zdjęcia niektórzy uważają za dość wyjątkowe, inne, nietypowe. Bo się nie pytam, robię swoje. Najwięksi nigdy się nie pytają o swoje produkcje.
Dlatego nie pytajcie. Jeśli w waszych oczach zdjęcie jest fajne i ładne, to uwierzcie mi - takie właśnie jest. Nawet jeśli zrobicie odbyt swojego kota, a na zdjęciu kot będzie zielony, to jeśli wam się podoba, to znaczy że jest genialne. I koniec. No, chyba, że nie podoba się wam np kolor skóry człowieka na zdjęciu, to zapytajcie, jak go zmienić. Ale na pytanie: "co poprawić w zdjęciu?" odpowiedź brzmi "NIC!!". Choćby nie wiem jak kiepskie było zdjęcie, odpowiedź brzmi "NIC". To wizja autora i mi się nie musi podobać. Oszczędźcie sobie i innym pytania "co zmienić?", bo nigdy do niczego nie dojdziecie. Staniecie się zwykli, normalni i zginiecie w tłumie identycznych.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zmieany na blogu - notka informacyjna

Kilka zmian na blogu:

 Doszła strona "o mnie". Tu nie będę wyjątkowy i piszę tam o sobie i trochę o blogu. Tam też są odnośniki do mojego Facebooka, Google+ oraz Deviantart, z którym dopiero zaczynam przygodę. Jeszcze tam nic nie ma, ale będą systematycznie się pojawiać kolejne zdjęcia, tak jak na google +. Na FB wstawiam zdjęcia raz na miesiąc. 

Jest też strona "współpraca" na której piszę co zrobić, jeśli spodobało ci się moje zdjęcie i chciałbyś/chciałabyś je w jakiś sposób wykorzystać. Piszę też o ewentualnej współpracy, jakby ktoś był chętny.

Proponuję zapoznać się ze stronkami.

Pozdrawiam. 
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 17 lipca 2016

Poza rozumieniem


Nigdy nie rozumiałem, jak można nie mieć pasji, niczym się nie interesować i mieć wszystko tam gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Ja mam... w sumie jakby tak dobrze policzyć to niemal 3: 
1. Rower - jako pożywka dla ciała, pewien rozwój fizyczny, wyrzucenia całej złości.
2. Fotografia jako pożywka dla duszy. To ten element który nie znaczy kompletnie nic, jeśli nic nie tworzy.
3. Muzyka - pożywka w końcu dla człowieka. Element wystroju każdego życia, który jest jednym z najważniejszym obiektem tworzącym całość. Elementem, bez którego życie wydaje się nudne i szare.

Ale to gdy w pewnym momencie zabraknie nam któregoś z nich? Co, gdy stracimy zapał i ochotę do codziennego pokonywania kilometrów? Gdy nagle okaże się, że wstając rano w sennym amoku spoglądając przez okno zauważymy tylko, że to nie pora na rower? Słońce przecież ładne, niebo się przeciera... a my zamiast kasku i rowerowego stroju pakujemy się w codzienne dżinsy i z pewną dezaprobatą wyruszamy na przystanek i udajemy się do pracy. Do pracy z której tęskno patrząc na błękitne niebo, uśmiechniętych ludzi i wesoło pomykających przez miasto rowerzystów zaczynamy żałować, że rano nie wybraliśmy się rowerem. A mimo to, wstając następnego dnia znowu pakujemy się w dżinsy....
 

Co gdy pewnego razu zauważymy, że nasz laptop zaczyna świecić pustkami? Zaglądamy w katalog obrazy, czerwiec i widzimy tam 25 podkatalogów z kolejnymi datami miesiąca. Potem, zaglądamy do lipca, a tam zaledwie dwa foldery, z których każdy zawiera 4 zdjęcia. Z pewną dozą nieśmiałości spoglądamy na datownik, a tu już 17 dzień miesiąca... 17! I w ciągu 17 dni zrobiliśmy zaledwie 4 zdjęcia!! Pierwsza myśl, że nasz datownik kłamie. Ale nie, dzisiejszy program TV również pokazuje 17 lipiec. Co jest? Aparat przecież codziennie przy sobie, a zdjęć wcale? Ale to nam nie przeszkadza następnego dnia wyruszyć w miasto z aparatem na szyi tylko po to, aby wrócić do domu z niczym.

I jak będzie wyglądać nasze życie, gdy okaże się, że pewnego dnia włączając swoją ulubioną poniekąd muzykę już na samym początku zorientujemy się, że doskonale znamy już koniec taśmy. Jeszcze zanim przejdzie taśma rozbiegowa, już wiemy jak będzie wyglądać ostatni dźwięk drugiej strony kasety. Z nudów układamy płytę na talerzu, ustawiamy ramię i wciskamy przycisk. I jeszcze zanim igła wejdzie na pierwszą ścieżkę już wiemy jaki będzie następny utwór. Radio to jedne wielkie nudy. Przerywane reklamami nudne teksty prezenterów z kilkoma piosenkami na krzyż. Zaglądasz w CD, a tam... znane melodie, które brzmią w głowie jeszcze zanim taca odtwarzacza się otworzy. Zaglądasz do portfela. Wala się 10 zł. Z nadzieją udajesz się do sklepu z kasetami... przeglądasz kolejne albumy na starych nośnikach i... wychodzisz ze sklepu z pustymi rękami, ale za to z dziesięcioma zł.


Czy pomyśleliście kiedyś, jak będzie wyglądało wasze życie, gdy okaże się, że zapał do którejkolwiek z pasji nagle zniknął? Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo jak... po prostu nie ma. Chcecie to robić, ale zapału brak. I co wtedy? Co wtedy robicie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 12 lipca 2016

La musica

Tak, proszę państwa, jestem melomanem. Odkąd pamiętam moim głównym zmysłem były uszy. Świat odbierałem dźwiękami. Dla mnienie było karoserii na kołach. Dla mnie auto to warkot silnika, szum opon i muzyka. Dom dla mnie to nie drzwi, okna i dach. To miejsce ciszy, miejsce w którym gra ulubiona muzyka. Czas to cykanie zegarka. Zawsze miałem wyczulone ucho na różne dźwięki. Odkąd zyskałem władzę nad moimi palcami grałem na pianinie. Chodziłem nawet do szkoły muzycznej. Tam nauczyłem się kreować swój własny świat, nazywać go, pokazywać i zmieniać.
Sytuacja w życiu się zmienia i moja muzyka też odeszła w nieznane, a ja wybrałem inną drogę życia. Jednak miłość do muzyki została. Słucham jej cały czas, a jak nie słucham to w głowie ciągle znane nuty, teksty, melodie. Ale nie te znane, te co wszyscy. Moja muzyka to dość specyficzny klimat. Uwielbiam w muzyce (jak i we wszystkim) to co nieznane, nie pokazane. Ponieważ urodziłem się na początku lat 80-tych nowości nie były mi obce. Łatwo było wynaleźć w muzyce coś nowego, innego, wyjątkowego. Przy okazji wychowałem się na kasetach magnetofonowych. Kto słyszał analogowy dźwięk ich nagrań pewnie zauważy, że to zupełnie inna muzyka niż znana nam dzisiaj. Pokolenie lat cyfrowych i nośników wirtualnych nie wie co to jest ta jakość. Dla nich to tylko perkusja i znane dobrze melodie wypuszczane na świat falami radiowymi. A to nie jest bliska mi muzyka. Uwielbiam analogowy świat dźwięku. To zupełnie inna jakość.

Moim marzeniem od zawsze był gramofon. Długo była to bardzo głęboka nisza. Dzisiaj jednak powoli wraca się to gramofonów. I bardzo dobrze. To ten efekt, którego brakuje każdemu innemu nośnikowi. Dynamika mocno przekraczająca możliwości kompaktów. O mp3 nawet nie wspomnę, bo to się nadaje co najwyżej na imprezy. Bas tak płynny i elastyczny jak w żadnym innym sprzęcie. To ciepło płynące z każdego centymetra przesuwającej się po płycie igły. No i ten widok. Kocham patrzeć na obracającą się płytę winylową, dużo radości widzę w kręcącej się taśmie. Mogę tego słuchać bez przerwy. 

KAsety magnetofonowe dały mi jeszcze jedną możliwość. Mimo swoich ograniczeń pozwala na kolekcjonowanie dyskografii. I tak udało mi się uzbierać całą dyskografię Piersi oraz Sasha. Teraz zbieram powoli Budkę suflera. Zamierzam zaopatrzyć się przynajmniej w kilka ich płyt winylowych. To potrafi kosztować, ale dla tych paru piosenek warto. Pewnie jeszcze znajdzie się coś co uzbieram. Może Yugopolis? Na pewno. Na razie czekam na dostawę płyt Linkin Park i kasety Tatu. Z niecierpliwością już zaglądam do skrzynki w oczekiwaniu na ich przybycie. :) 

ps. A tekst ten piszę przy rytmie starej kasety Republiki.

Polecam każdemu kto choć trochę wie co to jakość dźwięku, zaopatrzenie się w magnetofon kasetowy (obecnie można już całkiem zgrabny sprzęt kupić za 50zł) oraz gramofon. Gwarantuje, że zestaw audio dostanie drugie życie.


A Wy jakiej muzyki słuchacie? Jaki nośnik preferujecie? I dlaczego akurat taki?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 10 lipca 2016

Relacja z fotokursów w Łodzi

Dnia wczorajszego roku pamiętnego 2016-ego miałem ostatni dzień kursów fotograficznych. Nie powiem, ale było bardzo przyjemnie. Przygotujcie się na dłuugie czytanie i kilka zdjęć. A wszystko zaczęło się tak:

Nauczony doświadczeniem i w końcu zarejestrowany zapakowałem sprzęt do plecaka i na miejsce spotkania wyruszyłem rowerem publicznym. O naszych doświadczeniach i przeżyciach związanych z pierwszą rejestracją i pierwszą podróżą napisała moja żona: Czarny Motyl.



Na miejscu byłem prawie 40 minut przed czasem i z nudów coś trzeba było robić. No bo co. Wyciągnąłem z plecaka, a następnie z torby starego poczciwego Fuji i tym oto sposobem dorobiłem się zdjęcia miejskiego obesrańca.




 Cała wycieczka zaczęła się na placu Wolności. Przebrany Kościuszko zebrał całą grupę i zaczęliśmy. Pierwsze co, to mieliśmy zadanie fotografować ulicę. Tu nie popisałem się i po prostu zrobiłem Piotrkowską. Odwróciłem się jednak na chwilę i zobaczyłem Kościuszkę w asyście latarni. Spodobało mi się to i nasz narodowy bohater doczekał się na moim zdjęciu oświetlenia. 




Autobusy i tramwaje też wydały się dość ciekawym obiektem, aczkolwiek ciężkim.

Ludzie jednak byli bardziej chętni do współpracy, pod warunkiem że nie wiedzieli, że się w nich celuje. Takim to sposobem udało mi się sfotografować jednego z mieszkańców  Łodzi. To człowiek nie wyróżniający się niczym szczególnym spośród mieszkańców innych miejscowości. I mimo kilkumilionowego miasta jednak jest swój.



Kiedy inni ćwiczyli panoramowanie, ja wyszukiwałem ciekawych kształtów i wzorów na pobliskich ścianach. Obdrapane, brudne i zaniedbane kamienice dały kilka ciekawych wzorów. Byćmoże uda się je jeszcze wykorzystać. Mam już kilka pomysłów... realizacja jednak później.





Kilka zdjęć z Łódzkich ulic. Im też się dostało. Przynajmniej kiedyś może ktoś popatrzy na te zdjęcia i powie: "tak tu kiedyś było". A może nie. Nie wiem. Mało interesujące. Aparat jednak cisnął się w takie miejsca, kiedy inni uczyli się panoramowania.

Łódź to bardzo odrutowane i osłupione miasto. W zasadzie nie można zrobić żadnego budynku ta, aby nie złapać w kadrze różnych przewodów wiszących nad głowami, oraz słupów je podtrzymujących oraz podtrzymujących żarówki. Chodząc po ulicach tego się nie widzi, że nad nami jest drugie elektryczne niebo. Gdy jednak patrzymy przez obiektyw szybko tą anomalię zauważamy. Zaczyna się wówczas kombinowanie. I aby zrobić zdjęcia zabytku czasem trzeba stanąć na środku ulicy bo to jedno jedyne miejsce, z którego co nieco się jeszcze wyciągnie.

Pomiędzy zabytki też czasem warto zajrzeć. Gdzieś za stalowymi bramami i między w zasadzie dwoma potężnymi molochami można wyczaić mały, nie rzucający się w oczy element architektury miejskiej.







W nieformalnym centrum Łodzi uczyliśmy się fotografii portretowej. Postanowiłem jednak pójść trochę inną drogą. Kiedy wszyscy ustawiali modeli i cykali ich po prostu tak jak pokazał im wykładowca, ja kombinowałem inaczej. Satysfakcjonujący wydaje mi się fakt, że wszyscy mają takie same zdjęcia, a ja jeden inne, swoje, niepowtarzalne. Może technicznie bardzo niedoskonałe. Cóż, dopiero się uczę. Ale jednak trochę inne niż wszystkie.
Ludzi można fotografować skupiając się na dole i też z tego wychodzi czasem coś ciekawego, choć to tylko buty.
Można też fotografować bawiące się osoby z perspektywy pająka, co na tle dość pokaźnego budynku daje fajny efekt. Nie trzeba się skupiać na wysokości swoich twarzy. Takie zdjęcia robi każdy, a można też inaczej.
Do portretu też nie potrzeba bardzo małej głębi ostrości. A i tak można komuś zrobić fajne zdjęcie. Inni mają zdjęcia z rozmytymi tłami, ja mam zdjęcie z ostrym murem. Fajne? Fajne.
Można też ywkorzystać do fotografii coś innego niż tylko tunele i filary. Oświetlenie tuneli też może być ciekawym motywem portretu.
No i w końcu ustawiając się za kimś też jest ciekawie. Wystarczy wyłapać pewne momenty nawet bez ukazywania twarzy. Bach i mamy skuloną osobę w perspektywie drzew.

To zdjęcie które robił każdy. Ludzie się poustawiali i jeden za drugim cykał zdjęcie. Ja też się na początku na tym złapałem. Szybko jednak postanowiłem poszukać własnego kadru tego elementu miasta.

I wyszło mi coś takiego. :) Też ciekawe, prawda? CZasem rozumiem co maił na myśli Paweł z fotokursy.tv mówiąc "nie kopiujcie nikogo. Szukajcie swoich zdjęć".

Dlatego wszyscy skupieni na filarach nie spojrzeli ani w górę, ani za siebie. A na koniec jeszcze patrzyli na mnie jak na dziwoląga, że zamiast fotografować taki fajny tunel, ja fotografują sufit, oraz ścianę znajdującą się za plecami wszystkich. A ja po postu czekałem, aż sobie wszyscy pójdą, aby zrobić zdjęcie tunelu po swojemu.

W Łodzi można również fajny obraz. Wystarczy mieć aparat, pomysł i wyczekać odpowiednią sytuację. No i ten człowiek doczekał się swojego obrazu.


Na koniec jeszcze, gdy grupa rozeszła się w sowbie tylko znanych kierunkach wróciłem na rynek manufaktury i zrobiłem jeszcze kilka zdjęć. Od takie jedno kino w manufakturze.

Całość może brzmi, jakbym popadał w samozachwyt związany z tym, że mam inne zdjęcia niż wszystkie. Ale tak nie jest. Po prostu bawię się fotografią. Od PŻ usłyszałem, że zrobiłem bardzo kiepskie zdjęcia. Może i tak jest. Nie mi to oceniać. Każdy ma swoje zdanie. Osobiście z niektórych jestem zadowolony. Może nie ze wszystkich, bo choćby portrety wyszły mi słabe (ostrość uciekała, niektóre wyszły inaczej niż był zamysł, a na koniec okazało się, że ze 100 zdjęć zostało zalewie 6 z których jeszcze coś można było wydobyć.
Zdjęcia piotrkowskiej i pomnika Kościuszki też nie okazały się jakieś na tyle fajnem, a niektóre nawet uznane za kiepskie. Podobnie jak zdjęcia manufaktury. Zapewne nie są jakieś wyrafinowane. Miałem jednak mało czasu i musiałem podążać za grupą. Nie było czasu na czekanie na odpowiedni kadr, czy wyszukiwanie jakiś nietypowych ujęć.
Czy nauczyłem się czegoś na kursie? Tak. Przede wszystkim tego, że szukać, eksperymentować (bo wszystkie zdjęcia które zrobiłem były eksperymentem), szukać własnych kadrów, własnych momentów. Nie sugerować się tym co robią wszyscy - patrzeć na świat swoimi oczami, a nie innych.
A więc szukajcie, eksperymentujcie, pamiętajcie, że większość ma rzadko rację. Można zrobić inaczej, po swojemu a mimo to być świetnym w tym co się robi.
Kiedyś usłyszałem takie zdanie -> "Nie rób jak wszyscy. Kiedy inni sprzedają, Ty kupuj. Kiedy wszyscy kupują, Ty sprzedawaj". I widzę, że w wielu dziedzinach życia to sie sprawdza. Wczorajszy dzień pokazał, że w fotografii również. I być może moje zdjęcia są kiepskie, ale oryginalne. Na kartach innych uczestników kursu takich zdjęć nie będzie.
A Wy jak podchodzicie do tematu oryginalności zdjęć?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 4 lipca 2016

fotograficzny powrót do początku


Będąc w Łasku w przypływie nudów wyszedłem sobie na ogród. Wyszedłem i postanowiłem. Słoneczko ładnie świeciło było dosyć bezwietrznie (a przynajmniej momentami), za bardzo nie było co z aparatem zrobić. No, ale jak juz się go wzięło, to aby chociaż nie na darmo postanowiłem dociążyć go kilkoma zdjęciami. Ale co tu cykać, jak iść się nigdzie nie chce, a podwórko obcykałem już ze 100 razy. I nagle wpadłem na genialny pomysł - kwiatki, bratki, muszki i listki!!! Tak, postanowiłem zabawić się w to co blondynki lubią najbardziej. Cóż, kiedyś innych zdjęć się nie robiło. Teraz już się z tego wyrosło, zaczęło to nudzić. Ale cóż, jak nie ma co to chociaż to... A oto mała fotogrelacja ze świata minimakro mojego ogrodu.


Zaczęło się niebanalnie od  znalezienia czegoś. Szukać długo nie musiałem, bo dla mnie wszystkie kwiatki są takie same i różnią się kolorem. A więc rozkwit. 


Tych żółtych u nas na ogrodzie pełno. Choćby się bardzo chciało nie dałoby się ich nie cyknąć.

Co to jest? Tego nie wiem. Ale jak już jest, to trzeba to uwiecznić.

To też nie wiem co to jest. Ale liczy się mrówka.

Skoro jest żółte, może być też martwe. A co... pstryk!


A to chyba lubi każdy. Malinki...


To już nie takie makro, ale też kolorowe, więc też się sprzeda.

Jednak Faza się wkręciła. Poza kwiatkami na ogrodzie jest też dużo innych małych rzeczy. Np... to coś.

Drzewo też można jako fajny gradient wykorzystać. Dla tych co nie lubią prostoty jak znalazł.

Opryszczka w tym roku dorwie każdego. Nawet roślinkę.

Hm.. wspomnienia. A na ogrodzie i takie rzeczy są. Aż się łezka w oku kręci.

dla tych bardziej zorientowanych na prostotę.

makro, czy nie makro... w każdym bądź razie ciągle trawa.

... i liście. Liście i trawa. I tak wkoło.

Też gradient. Tylko razem w wersji na słit telefon.

Z przyrody nieożywionej takie cos.

I dla tych wolących coś innego.

Lampka w świetle dnia.

Krzyżyk misiowi...

Przegrzanie wakacyjne


Łaski dworzec. Budowla wybudowana za czasów wojny. Stoi po dziś dzień. Opuszczone barachło niemieckiego półświatka. A kiedyś tętniło życiem. :) Oj, aż szkoda czasem. Niejedne flaki się tu zjadło, nie jedno porobiło. Część młodości...

Od tyle z moich niedzielnych fotograficznych wojaży. Podoba się? Mam nadzieję, że nie wypadłem najgorzej.


Udostępnij:    Facebook Twitter Google+