poniedziałek, 27 czerwca 2016

Czereśnie i liście

Czasem się zastanawiam jak bardzo ten świat jest skomplikowany. w ogóle to wszystko działa jakoś tak dziwnie. Różnorodność na ulicach jest ogromna. W internecie jeszcze większa. A jednak z tego tłumu da się coś wyłowić. 
Jakiś czas temu bardzo mocno interesowałem się muzyką. Każdą wolną chwilę spędzałem z nutami, syntezatorami i fletem. Potem dostałem komputer który służył mi za mikser kanałów, do wycinania lub dodawania kolejnych linii melodycznych do utworów. Moim marzeniem było wyciągać z muzyki więcej  więcej i pokazywać to ludziom. Któregoś dnia sie odważyłem na języku polskim pokazać swoją twórczość, a dobrym bodźcem był Pan Tadeusz. Od tego momentu zostałem licealnym "grajkiem". Prowadziłem wszystkie spotkania szkolne, tworzyłem od strony dźwiękowej wszystkie szkolne przedstawienia i byłem rozchwytywany przez radę pedagogiczną i niektórych uczniów do stworzenia czegoś dla nich. Byłem sam. Na 500 osób w szkole nie było drugiego.
Wszedłem w to dosyć mocno i na studiach zakupmlowałem się z kilkoma bardziej rozgarniętymi muzycznie osobami. Z kolega Tworzyliśmy sample, miksowaliśmy muzykę niekiedy dość znanych zespołów szczególnie hip-hopowych. A gdy kumpel wyjechał w świat najpierw ze znajomymi założyliśmy zespół z którym występowaliśmy na miejskich festynach. Potem zostałem "wchłonięty" przez inny aspirujący bardzo zespół, który jednak nigdy jakiejś większej popularności nie skończył.

Niestety moja przygoda skończyła się wraz z sesją. Nauka pochłaniała tyle czasu, że przestałem jeździć na próby. Zespół przyjął innego klawiszowca a w chwile później słuch w ogóle po nich zaginął. Moja kariera z dźwiękiem zakończyła się.

Jakiś czas temu zacząłem jeździć na rowerze. Zmusiła mnie do tego sytuacja ekonomiczna. Do pracy było daleko, a cotygodniowa (jak wtedy zarabiałm) wypłata nie starczała na codzienne dojazdy samochodem. Zacząłem ćwiczyć codziennie bez opamiętania jazdę na rowerem, aż po prostu wsiadłem i pojechałem do pracy. To był koniec samochodu. Wszystkie trasy zacząłem pokonywać rowerem. Zaledwie te krótki po kilka km, jak i te długie sięgające stu-paru. Gdy zmieniłem pracę trafiłem do środowiska ściśle rowerowego. Jeździliśmy wszyscy. Spotykaliśmy się po pracy i jeździliśmy po lasach łagiewnickich. W necie znalazłem potem grupę pasjonatów którzy co miesiąc spotykali sie i jeździli po województwie. Wpadłem w ten szał. Rower był moim głównym środkiem transportu. Jeździli wszyscy - ja, moim znajomi, ludzie kompletnie nieznani. Po drodze spotykało się setki osób dla których rower stał się nieodłącznym elementem życia.
Gdy przeprowadziłem się do Łodzi i do pracy miałem już zdecydowanie bliżej te rowerowe inspiracje jakby umarły. Znajomi z pracy zostawili swoje rowery i przesiedli się na samochody. Ja nie mając za bardzo z kim jeździć rower zaniedbałem. Jeżdżę po dziś dzień, ale to juz nie to samo co kiedyś. Nadal dużo osób jeździ, często jadąc do pracy spotykam starych rowerowych wyjadaczy. Krzykniemy sobie "CZeść" i rozjeżdżamy się w sobie tylko znanych kierunkach. Imion wielu osób już nie pamiętam, pewnie wiele osób nie pamięta mojego. Ale kiedyś tam zrobiliśmy razem kilka tras. Teraz pozna znajomą twarzą nie wiemy o sobie nic. Świat rowerowy się skończył, chociaż nadal jest częścią mojego życia.

Teraz zainteresowałem się fotografią. Pamiętając jak kilka lat temu robiąc każde zdjęcie sprawiało to radość. Nawet najprostsze, najgłupsze zdjęcie dawało ten uśmiech na twarzy. Zapalnikiem do powrotu okazał się ten blog. Założyliśmy go z żoną i miał on być naszą relacją z wyjazdów udokumentowaną zdjęciami. Kupiliśmy aparat i... zaczęło się. Nowe początki były dość trudne. Miałem aparat z którym nie za bardzo się lubiliśmy. lustrzanka Olympusa nie okazała się tym co króliczki lubią najbardziej. w pamięci jednak miałem Fuji i postanowiłem zaryzykować. Odkąd pamiętam bardzo mocno marzyłem o S9600. Po sprzedaniu Olympusa w końcu mogłem sobie go kupić. To był strzał w 10. Po dziś dzień nie miałem lepszej maszyny w rękach. Po dziś dzień uważam, że nie stworzono drugiego takiego, który mógłby dorównać mu możliwościami. Moja fotograficzna przygoda ruszyła na nowo ze wzmożoną siłą. Obejrzałem setki godzin materiałów filmowych, poszedłem na kurs. Trafiłem w końcu na stronę Pawła syriusa, który po zorganizowaniu warsztatów w Zakopanem jeszcze bardziej rozbudził te zapędy. została założona grupa zamknięta osób związanych z foto kursami, na której to po dziś dzień spotykamy się wirtualnie pasjonatami migawek. Na Facebooku nagle znalazło się sporo osób lubiących fotografować. Mój ekran zaczęły zalewać setki fotografii zarówno tych amatorskich jak i w pełni profesjonalnych. W pracy dostrzeżono że potrafię i na kilkaset osób zostałem ja poproszony o zrobienie kilku zdjęć do identyfikatorów. Czuję się bardzo dobrze z aparatem w ręku i chcę się dalej w tym temacie rozwijać. I wszystko idzie w dobrym kierunku. Wkoło setki ludzi którzy to kochają, a ja nie czuje się specjalnie od nich odstający. No, może poza sprzętem, bo Ci bardziej świadomi cykacze mają nowe lustrzanki i jeszcze nowsze bezlusterkowce. Ja mam natomiast starego  kompakta. Jakościowo i umiejętnościowo nie czuje się jednak abym odstawał od reszty. Nie wszystko jeszcze umiem, wiele rzeczy sprawia mi ogromne problemy. Ale zamierzam się tego nauczyć. Wszystko przede mną.



Do czego zmierzam przedstawiając 3 pasje, które miały i mają ogromny wpływ na moje życie. Otóż zauważyłem, że gdy grałem, wkoło mnie było pełno ludzi z muzyką za pan brat. Nie za bardzo natomiast widziałem rowerzystów i fotografów. Potem, gdy muzyka poszła w odstawkę, a ja wpadłem w wir łańcuchów, kuł zębatych i dętek okazało się nagle, że też nie jestem osamotniony. Rowerzystów nagle zrobiło się wkoło setki. Zniknęli natomiast gdzieś muzycy, a fotografowie byli w zakładach i brali dużo pieniążków za jedno zdjęcie.  Teraz gdy siedzę w fotografii otaczam się ludźmi którzy nie tyle z tego żyją, co tym żyją. Rowerzystów jednak mniej, a muzykę to nie wiem czy ktoś jeszcze w dzisiejszym świecie tworzy. I trochę zastanawiające jest, że nagle znajduje się setka osób którzy łączą wspólne zainteresowania. I ciekawe, czy to ludzka psychika sama pcha nas w kręgi ludzi pasjonujących się tym samym, czy też dany świat jak nas zauważy to nas zwyczajnie wchłania bez pytania. Też tak macie? Jak coś zaczyna Was interesować, to nagle znajduje się 100 osób zainteresowanych tym samym? Podejrzewam, że jakbym był pasjonatem hula-hop wkoło byłoby ze 100 osób z kułkiem za pan brat. Teraz jednak nie widzę nikogo kto by to robił (pomijając moją żonę i dziecko). A gdybym nagle odnalazł radość w waleniu kilofem i rozwalaniu budynków prawdopodobnie spotkałbym na swojej drodze wielu ludzi sypiających z kilofami. I czy to pasja, ludzka psychika, czy świat organizuje nam takie spotkania? Tego nie wiem, ale jedno jest pewne - to bardzo nakręca i pcha do przodu. I zapewne póki będę patrzył na świat okularem obiektywu zawsze będę w kręgu ludzi patrzących na świat tak samo.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 23 czerwca 2016

Relaks time

Uff... rozpoczął sie pewien czas relaksu. Człowiek wstaje rano ze świadomością, że czeka go podróż do pracy i 5 osmiogodzinówek na 12 piętrach budynku. Ale wizja ta nie jest tak przerażająca, jak fakt, że za oknem słońce świeci, do urlopu już tylko niecały miesiąc. Jazda rowerem pokonując 5km rano i kolejne 5 po południu wyluzuje człowieka jeszcze bardziej. W pracy trochę gonitwy, jak zawsze, jednak podejście do tego wyścigu na luzie.
A w domku? Jak to w domku. Tam na szczęście tez ogólny spokój. Poszerzanie zakładu foto, poszerzanie kolekcji płyt i kaset. Zawsze znajdzie się czas na choćby jedno zdjęcie. Takie oderwanie się chwilowe, zrealizowanie wyobraźni. Lampa błyskowa zakupiona, teraz tylko pomysły na jej wykorzystanie, a jest ich trochę. Nauka obsługi światła błyskowego i kreatywne wykorzystanie to tylko formalność. Niestety na razie tylko nauka. Pomysły są, ale wykorzystanie praktyczne to inna bajka.

I kolejny problem z głowy. Samochód odmówił posłuszeństwa już chyba na amen. zaplanowana podróż do Łasku nieudana. Samochód stracił głos i nie zamierza nawet go odzyska. W dodatku wyzionął spod maski kupę dymu. Stoi i czeka. Za niedługo urlop, więc się go człowiek pozbędzie. Może i dobrze. Będzie i z tym spokój. To może oznaczać tylko jedno - zwiększona podróż rowerem i zaprzyjaźnienie się z mpk i pkp na dłużej. I dobrze. Wolę być wożony niż samemu wozić. Pewnie zatęsknię jeszcze prowadzeniem samochodu, ale to nawet nie problem. Ćwiczenie silnej woli się przyda. Choć i pojęczeć trochę pojęczę czasem. Teraz tylko trzeba porządnie wyremontować rowerki i osprzęt do nich. Do tej pory człowiek się tak nie spinał. Jak rowerek zaniemógł było autko. Jak i tego nie będzie rowerki muszą być perfekt. Ale i z tym na spokojnie. Dwa z czterech są perfekt. Pozostałe dwa też na chodzie, choć wymagają dopieszczenia. Pozostała jeszcze przyczepka do remontu. Straciła wiatr w kołach i nie zamierza się zapowietrzyć znowu. No i te koła... przeprowadzki dały sie we znaki ich kształtom. 
Poszerza się systematycznie moja kolekcja muzyki. Bardzo mnie to cieszy. Cała dyskografia Piersi już skompletowana. Został jeszcze jeden nieformalny album, który przez większość serwisów nie jest uznawany za element tej dyskografii. Ale i on wpadnie w moje  ręce. Teraz jednak powoli zbieram kolekcję Sash. W obecnych czasach magnetofon kasetowy to powoli rarytasik. Jednak nośniki z muzyką to koszt kilku zł. To pozwala trochę rozwijać kolekcję bez specjalnej szkody dla budżetu. Wysokiej klasy magnetofon również nie pozostawia wiele do życzenia. Pozwala słuchać muzyki bez szkody dla jakości dźwięku. No niestety i on wymaga konserwacji już. Wszystko przede mną. 
Kolekcja sprzętu audio też się zacznie niebawem rozrastać. Samochód zostawił po sobie pewien zapas gotówki. Będzie go można wykorzystać kreatywnie na zakup gramofonu. A potem już tylko powiększać zbiór płyt winylowych. Niestety te nie grzeszą ekonomią. Potrafią kosztować ponad 10X tyle co ich odpowiedniki na płytach CD. Co za tym idzie i czasem ponad 200zł za album który można mieć za 20zł w formie cyfrowej. Na szczęście nie wszystkie. I tu zdarzają się rarytasy za kilka zł. No niestety dość spora kolekcja płyt została wydana przez mojego brata w świat i w zasadzie jest już nie do odzyskania, za co pół rodziny wiesza na nim psy łącznie ze mną i moją mamą. A ojciec pewnie się w grobie przewraca, biorąc pod uwagę, że prosił, aby te płyty nie opuszczały rodziny. Eh... 
Zaczynam kolejną szkołę. Tym razem kolejny kierunek studiów. Boję się tego trochę. Na studiach już byłem i powinienem wiedzieć jak tam jest. Pewien strach czy na pewno sobie poradzę jednak jest. Wymagania jakie czasami są stawiane studentowi potrafią przerazić. Cóż jednak zrobić, trzeba to przeżyć. Na szczęście tu też bez ciśnienia. Nastawiam się, że ta nauka ma być pewną przyjemnością a nie jakimś chorym przymusem. Może więc i tu będzie bez jakiś ciśnień. 

Więc na razie relaks. Gdzie się nie obejrzę jest ok. Czyżby cisza przed burzą? Mam nadzieję, że nie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

sobota, 18 czerwca 2016

cyferkowa pasja

Wśród ludzi istnieje ogólne przekonanie o wyższości matematyki nad innymi właściwościami życia. Mierzymy w cyfrach wszystko: kupujemy ogórki na kilogramy, jakość samochodu mierzymy prędkością i mocą, siłę człowieka określa dla nas jego szerokość i wysokość, jakość naszej muzyki mierzymy w mocy wzmacniaczy w naszym domu, a klasę aparatu za pomocą megapikseli i wielkości matryc. Zatracamy się w cyfrach, przeliczamy nasze szczęście na cyferki, określamy siebie cyframi. Cyfry, liczby, ułamki, matematyka... to wyznaczniki naszego szczęścia. I czy to aby na pewno dobra metoda? Zamieniliśmy obraz na cyfrowe punkciki, muzykę na cyfrowe bity. Teraz zamieniamy siebie w cyferki.

Ilość pix       -> 9MPX
matryca       -> 1/1,5 cala
Obiektyw     -> 6,3 - 63 mm
Siła światła -> f2,8-f4,9
Szybkość     -> 3klatki/s RAW
ISO              -> 80 - 1600

To dane mojego aparatu.

Ilość pix      -> 12MPX
matryca      -> 2/3 cala
obiektyw     -> 7,1 - 28,4 mm
siła światła -> f2,0-2,8
Szybkość    -> 10 klatek/s
Iso               -> 100 - 12800

To dane mojeg drugiego aparatu

Czy to dobra miara? Technicznie może tak, ale te cyferki nigdy nie powiedzą nam jednego - miłości, pasji, radości... Czy zamiast patrzeć na liczby, zachwycać się cyframi nie lepiej czasem pomyśleć i wyznaczyć jakość np radością? Bo co z tego, że kupimy sobie nowy aparat jak przyjemniej będzie nam się fotografować starym. A czy nie o to chodzi w pasji, aby czerpać radość z każdego obcowania z nią? Czy nie lepiej czasem pozostać przy starym sprzęcie, który dawał nam bardzo dużo przyjemności z każdego naciśnięcia spustu migawki? Przy sprzęcie który mimo słabej jakości obrazu wyzwalał w nas endorfiny za każdym razem gdy stawialiśmy go na statyw? Czy nie lepiej kręcąc pierścieniem ogniskowej przy każdym nawet drobnym milimetrze zbliżenia nie czuć narastającego w nas uśmiechu? No bo co nam po sprzęcie który ma doskonalą jakość, bardzo wysokie cyferki w danych technicznych i kosztuje majątek, skoro samo wykorzystywanie go nie przekłada się w nas żadnych emocji?

Całkiem niedawno zakupiłem nowy aparat. Daje mi on pełno satysfakcji z każdego przyłożenia oka o wizjera. Ale wyzwolił on we mnie chęć zmiany starego fuji na coś nowszego, dorównującego jakością nowemu. Do momentu jak znowu nie wziąłem starego fuji do ręki. Cały zapał do zamiany prysł. Na mej twarzy pojawił się uśmiech, a chęć zrobienia kolejnego zdjęcia mocno przybrała na sile. Wystarczyło ustawić przełącznik na pozycję ON i już wiedziałem, że to jest to. Czułem że każde przekręcenie kołem ekspozycji zbliża mnie coraz bardzo do momentu osiągnięcia zamierzonego efektu. A radość jaką dawało mi każde zrobione zdjęcie okazała się nie do zmierzenia przez żadna cyferkę. To staruszek, ale mój i nie jestem w stanie go zamienić na żadnego nowego, pewnie dużo lepszego. Nie rozumiałem kiedyś ludzi, którzy czerpali radość, za każdym razem kiedy zmieniali obiektyw w swoim aparacie. Miałem lustrzankę  i mi to raczej przysparza kłopotów niż wzrostu endorfin. Są jednak ludzie którzy to kochają. Ja uwielbiam swoje stare Fuji i póki działa, póki odwdzięcza się kolejnymi uwiecznionymi kadrami nie zamienię go.
A więc posiadam Fuji S9600, Fuji X30, Technicsa A700, Marantza CD-52, Technicsa RS-TR575, Grundiga T30, Nissana Almerę N15, Krossa i Herkulesa. I żadna cyferka nie wyjaśni raczej tego co czuję słuchając muzyki, tworząc obrazy czy połykając kolejne kilometry. To jest w nas, nie w suchych i pustych cyfrach na papierze. Skoro kochamy swoje sprzęty, uwielbiamy obcowanie z nimi, czy zatem tak na prawdę potrzebne są nam nowe, zapewne 100 razy lepsze urządzenia? Na to pytanie musimy sobie odpowiedzieć sami. Każdy indywidualnie musi ocenić, czy woli gonić za pustymi cyframi w danych technicznych, czy też woli odczówać radość z samego faktu posiadania danego urządzenia.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 15 czerwca 2016

Panuje nad otoczeniem

Budzisz się rano, wstajesz po nocy. Wkoło szum, wiruje w głowie. Siadasz na chwilę, rękami przytrzymujesz ciężką głowę. Przecierasz zmęczone oczy. Wstajesz i robisz jeden krok. Do pokonania pokój i łazienka. Wchodzisz, zamykasz drzwi, siadasz. Wczorajszy dzień dał popalić. Zaczyna się nowy. Wychodzisz z domu. Wkoło zaspani, nieobecni ludzie. Przystanek o parę chwil. Podjeżdża siedemdziesiątka. Wsiadasz. Każdy w swoją stronę i w jednym autobusie. Wszyscy bujają się w rytm dziur w drogach. Autobus staje, ludzie wsiadają, autobus jedzie dalej. Stoją wkoło ciebie niepewnie, noga przy nodze. Tłok niemiłosierny. Przedzierasz się przez obcych ludzi. Wszyscy patrzą na Ciebie jak na złodzieja. Twój przystanek tuż tuż. Drzwi się otwierają, wysiadasz. Szum, hałas, gwar, ruch... Twoja głowa wariuje. Rozglądasz się w koło. Wszystkie budynki wyglądają znajomo. Wszyscy jeżdżą toyotami i mercedesami, a twoim silnikiem są trampki. Wchodzisz niepewnie da pobliską barierkę. Rozglądasz się. Stąd świat wygląda inaczej. Ludzie jakby niżsi inni. Jesteś panem tego tłumu. Bierzesz łyk powietrza i nagle zdajesz sobie sprawę, że jesteś tacy jak inni. Nie masz nic. Nikt Cię nie widzi, nikt nie słucha, nikt nie patrzy. I zdajesz sobie sprawę że jesteś nikim. Jesteś mały. Miasto Ci wychowuje, miasto resocjalizuje. Tak jak tych wszystkich ludzi wkoło. Nie chcesz go widzieć, nie chcesz go słyszeć. 
Znowu na ulicy, znowu wśród pędzących ludzi. Biznesmeni zagonieni, klasa robotnicza do pracy, starsze baby do kościoła. Ci ludzie żyją, i ci ludzie umierają. I nie wiesz tylko po co oni wszyscy tak bardzo się starają. A Ty? Gdzie Ty idziesz. Pracy nie ma. Z Bogiem rozmawiałeś nie raz i wiesz, że go nie ma. Zostawił nas. Z daleka maluje się górujący nad innymi blok. To Twój cel. Docierasz, wchodzisz. Jeszcze tylko zapluta winda, dwa piętra schodami i wychodzisz na dach. Teraz przed Twoimi oczami rozpościera się całe miasto. Siadasz na brzegu, obserwujesz jego pulsujący ruch. Te samochody, Ci ludzie, to życie Twojego miasta. Miasta, które tak bardzo kochasz i tak bardzo nienawidzisz. Chciałbyś rzucić na to wszystko jedną wielką bombę i patrzeć jak się pali. Spoglądać na uciekające samochody, słyszeć krzyk przerażonych ludzi, czuć smród palonych ciał. Ale wiesz, że to nie możliwe. Nie jesteś w stanie zatrzymać tego pulsu. Na Twoim miejscu powinien być ktoś inny. Ktoś kto panuje nad otoczeniem, ktoś kto ma przewagę. To nie Ty, ale ten ktoś był zawsze Twoim najskrytszym marzeniem. 
Siedzisz jeszcze chwile. Słońce chowa się za morzem z betonu. Wstajesz. Pora wracać do domu. Godzina pokazuje, że to już koniec dzisiejszego dnia. Jutro trzeba zacząć żyć od nowa... 

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 9 czerwca 2016

Kawałek historii

Z kawałka historii.. W końcu wszyscy już parę lat na tym świecie żyjemy. Przeżyliśmy epokę wynalazków, mamy za sobą kawałek historii muzycznej niemal od początku powstania sprzętu audio. Zaczęliśmy os prostego radio, wynaleźliśmy płyty analogowe, weszliśmy w epokę taśm magnetycznych i w momencie powstania cyfrowego dźwięku zrezygnowaliśmy z niedoskonałości analogicznej. 
A jak to wyglądało w przypadku fotografii? Chyba podobnie. Zaczęło się od małej dziurki. Ktoś mądry zauważył, że daje ona obraz tego co jest po drugiej stronie. W 1827 roku wziął on cynkową płytkę, ustawił pudełko i po 8 godzinach miał wymazany na niej obrazek. Następne próby trwały już po kilkadziesiąt godzin. Pewien francuz, najwyraźniej obeznany z życiem, doszedł do wniosku że to jednak trochę za długo. Pomyślał, pokombinował i na podstawie chlorku srebra stworzył pierwszą odbitkę podobną do dzisiejszych plaroidów. 
To jednak nie wystarczyło. Noszenie tego było niewygodne i raczej wymagało brania ze sobą tony sprzętu i szeregu płytek z chlorkiem srebra.  W 1884 roku pan G. Eastman wykombinował skądś suchy żel, pokrył nim kawałek filmu i w ten sposób fotografia stała się powszechnie dostępna. Zaledwie 4 lata później Kodak wypuścił na rynek pierwszy aparat dostępny dla ludu. Reklama była chwytliwa "You press the batton, we do the rest". Brzmi znajomo? 
Równolegle do fotografii czarno-białej od roku 1861roku zaczęto pracować nad fotografią kolorową. Jednak dopiero w 1907 roku wypuszczono na rynek kolorową płytkę. Jednakże zrobienie takiego zdjęcia wymagało bardzo długiego czasu naświetlania. Inny patent zakładał osobne naświetlanie filmu czarno-białego przez naświetnlanie go przez 3 podstawowe filtry barwne - czerwony, zielony i niebieski. Rozwinięcie tej techniki doprowadziło ludzkość do technikoloru. Z resztą przez wiele obecnych profesjonalnych kamer jest on ciągle wykorzystywany. 

W 1975 roku inżynier S. Stasson z Kodaka wynalazł pierwszy aparat cyfrowy. Oczywiście rejestracja cyfrowa powstała już wcześniej, ale jako takiego aparatu nie było. I tu zaczynają się zgrzyty, ponieważ do powstania tego wynalazku przyznaje się nie tylko Kodak. Aparat był zlepkiem kanałów cyfrowych i analogowych a sercem była matryca CCD. Dane zapisywane były na taśmie magnetycznej, przez co rejestracja jednego obrazu trwała ponad 20 sekund. Aprat nie należał do kieszonkowych urządzeń. Ważył 4kg i miał dość spore wymiary. Zdjęcia robił czarno-białe o rozdzielczości 0,01Mpx i jedna taśma magntofonowa pozwalała na zapis 30 zdjęć. 
Powstała w 1988 roku firma sandisk zrewolucjonizowała fotografię cyfrową. Jednakże aparat zapisujący informacje na karcie pamięci powstał dopiero w 1994 roku. była to dobrze znana karta CompactFlash. To wystarczyło... aparaty zaczęły robić się coraz mniejsze i lżejsze. Nie wymagały osobnych urządzeń rejestrujących. 
Pierwszy aparat cyfrowy komercyjny zaprezentowała firma Sony. W 1988roku powstał 0,3 megapikselowy aparat z wymiennymi obiektywami i nośnikiem w postaci dyskietek. Nie był to jednak pełny aparat cyfrowy. Zdjęcia były rejstrowane w sposób analogowy, nastęnie przetwarzane i zapisywane cyfrowo w formie magnetycznej. Natomiast w pełni cyfrowy aparat w tym samym roku powstał w firmie Fuji, który dane zapisywał na wbudowanej pamięc (16MB). 
W ten magiczny sposób przez szereg unowocześnień i nowych technologii dzisiaj możemy się cieszyć bardzo wysokiej jakości aparatami cyfrowymi. Dziś biorąc taki aparat do ręki nie myślimy jak to się dzieło, że on istnieje. Po prostu bierzemy i robimy zdjęcie. Ten wynalazek ma jednak bardzo długą historię sięgającą 16 wieku... 
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 7 czerwca 2016

Nowy sprzęt - pierwsze wrażenia

Moja nowa zabawka. Zakupiony za 1500zł element świata fotograficznego. Wybierając aparat (a trwało to z dobre 3 miesiące) w efekcie postanowiłem mojego starego, wysłużonego Olympusa zastąpić nowym modelem Olympus XZ-2. Jednak znalazłem jeszcze nowe model Panasonica LX7 i przerzuciłem się. Zanim jednak dotarłem do sklepu aparatu już nie było. Ale za to był Fuji X30. I jak mam być szczery - cieszę się, że nie kupiłem używanego Olympusa, czy też zabrakło LX7 w magazynach. Za to zostały ostatni X30. 

 Mimo niepochlebnych opinii skusiłem się. Niepochlebne były, bo faktycznie to ten sam model co poprzdnik, z niewielkimi usprawnieniami (wizjer elektroniczny i uchylany LCD). X20 był bardzo cennym sprzętem i bardzo dobrym. Ten, przez zaledwie drobne zmiany, został zjedzony. 

 Ja jednak porównania nie miałem. A do 13-letniego staruszka nie ma tu co porównywać. Mogę za to porównać do Olympusa SH50, będącego we władaniu mojej szanownej małżonki. I o ile jej olympus jest raczej aparatem dla amatorów z pewnym artystycznym zacięciem, o tyle ten fuji wydaje się być wymagającym urządzeniem. A ja teki  lubię.

 Moją uwagę przykuło pokrętło korekty ekspozycji, które zawsze mi się podobało. Nigdy jednak nie miałem. W swoim ukochanym Fuji S9600 mogę ekspozycję regulować za pomocą pokrętła, jednak dedykowanego nie ma. Tu jest. :) 

 Bardzo pozytywnie jest też rozwiązany zoom. Manualny pierścień  na obiektyw służący również do włączania aparatu. Przyjemnie w użyciu, choć wymaga przyzwyczajenia. Zazwyczaj jest to przycisk lub przełącznik. Tu 2 w 1 - zoom i power. 

Sam obiektyw też bardzo nie wystaje, choć przeszkadza trochę podczas noszenia. No cóż - widziały gay co brały. Aparat mogę mieć zawsze przy sobie, ale nie jestem w stanie go ukryć przed światem. W dodatku aparat jest zbudowany z megnezu, a więc wagowo raczej... go czuć. Czy to źle? Mi nie przeszkadza. :) Wagowo odrobinę cięższy o Olympusa, gabarytowo większy. Jednak ciągle kompaktowy. Choć z porównaniu z innymi kompaktami (sony RX100 czy Olympus ZX-2) to jednak kawał sprzętu. Ponieważ jednak Olympus Camedia był większy w moim przypadku na wymiary na +. 



I tu ciekawe zaskoczenie podczas obsługi. Nie mamy dedykowanego przycisku programowalnego. Ale za to możemy zaprogramować aż 6 przycisków, jak np przycisk do filmów, czy przyciski kierunkowe.

Ogólnie z aparatu na dzień dzisiejszy jestem zadowolony i pozytywnie zaskoczony jak technika poszła na przód. I choć funkcjonalność nawet poniżej mojego starego Fuji S9600, to jednak bardzo pozytywny sprzęt. Przyjemny w obsłudze, a pokrycie materiałem gumo-podobnym sprawia, że również bardzo przyjemny w dotyku. Wizjer jest świetny (porównując do S9600), choć będąc w sklepie w łapki wpadł mi panasonic w którym wizjer można dowolnie ustawiać i bardzo mi się ten patent spodobał. 
Jasny obiektyw i duża matryca bardzo fajnie sprawdzają się w codziennym użyciu. Można uzyskać bez większych problemów małą głębie ostrości (w starym fuji czy Olympusie trzeba było się nastarać).
Moja współpraca z X30 zapowiada się bardzo miło. Odkąd pamiętam miałem fuji i chyba już przy tej marce zostanę. Jedyną odskocznią był Olympus Camedia. Czasem zastanawiam się, dlaczego fuji jest tak mało popularny i raczej ogólnie nie zbiera pozytywnych opinii (poza niektórymi modelami). W odróżnieniu od Canona, czy nikona uznawany za słaby sprzęt. I chyba to jest tak jak z BMW - aby mieć trzeba po prostu tą markę lubić. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 5 czerwca 2016

Weekend w Łasku

Przyjechaliśmy rano z Kingą do Łasku. Od taki weekendowy wypad. Małżonka w pracy, słoneczko ładne, to co będziemy w domku siedzieć i się kisić. Samochód, i jedziemy. 
Oczywiście w Łasku nie mogło zabraknąć aparatu. Zabrałem ze sobą prawie cały sprzęt fotograficzny. Przed zachodem wyszedłem w teren. Słońce jeszcze wysoko i nadarzyła się okazja do wypróbowania w końcu zakupionych filtrów. I już wiem, że wymaga to nauki. 

 Oczywiście nie mogło zabraknąć duszy artysty. :) Światłocienie na płocie i chmurki ładnie mi się komponowały, więc je sfotografowałem. Oczywiście filtr połówkowy wyszedł. 

 Tutaj kolejny przykład. Wśród tłumów podążających mostem w Łasku nad grabią udało mi się wyłapać jedną osobę. :) Skorzystałem i są efekty.

 Niektórych rzeczy nie widać chodząc codziennie w danym miejscu. tym razem zauważyłem. :) 

 Słup jakich pełno a jednak niektóre tworzą historię. 

 Niektóre zachody wyglądają na prawdę malowniczo.

 A inne przerażająco...

 Niestety przemykające dziwne postacie, przemykająca się "łaskowska bandytierka" i przeciwnicy grawitacji nie pozwolili mi długo nacieszyć się wykonywaniem zdjęć. Pozostała jeszcze droga przez wieczorny park pełen leżących tu i ówdzie niedotarłych na łaskowski koncert. 
Następnego dnia niepocieszony ilością zdjęć z dnia poprzedniego postanowiłem wyrzyć się inaczej. Bardziej artystycznie. Pożyczyłem od córki szachy... 
 Zagramy w grę??







Oczywiście kinga nie mogła pozostać na boku. Też musiała dostać zdjęcie. Ustawiła się i...


Tyle z łaskowskiego weekendu. Mam nadzieję, że zdjęcia się podobają. W końcu to moje miasto i dla mnie ma to swój osobisty wydźwięk. 
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 2 czerwca 2016

Smaczności


No i z dzisiejszej sesji kolejne zdjęcie. W sumie to przyznam się, wzorowałem się na fotograficznym geniuszu Bryanie Petersonie (przymierzam się do zakupu jego książek. Mam nadzieję, że warto). Czy mi to wyszło? No cóż, ocenę zostawiam wam. To jednak uświadomiło mi, że zdjęcia makro to bardzo specyficzna dziedzina sztuki. Ten świat nie kończy się na kwiatkach i robaczkach. Można do tego wykorzystać niemal wszystko. Zaczynamy standradowo - kwiatki, roślinki, listki... potem wyższy stopień wtajemniczenia i makro przyroda uciekająca - robaczki, pajączki, muszki, pszczółki... A ja postanowiłem trochę bardziej twórczo podejść do tematu i stworzyć swoje własne makro. Plasterek cytryny, niebieskie płótno i odrobina wody. I już wiemy, że fotografia makro to coś więcej. Kiedy słyszymy "makro" kojarzy się to nam z kwiatuszkami, czasem głupimi słodkimi idiotkami. Ale to coś więcej. Wystarczy spojrzeć na fotografie Magdy Wasiczek, aby od razu wiedzieć, że to kryje w sobie wielki potencjał.

W końcu dorobiłem się filtrów Cokina. Kilka szkiełek zakupionych. Opakowanie, filtry całe szare i kilka połówkowych -> szare (md2 i md8), pomarańczowy i niebieski. Czekam z niecierpliwością na jakieś piękne niebo. Słoneczko, albo zachód słońca... to na razie prozaiczne, ale dopiero uczę się je wykorzystywać. Być może potem wykorzystam je do jakiś innych, bardziej kreatywnych fotografii. Na pewno się da, muszę tylko wpaść na to jak.

W drodze jeszcze lampa. Gdy ją dorwę będzie kolejna rzecz. Nigdy nie miałem z tym do czynienia. Mam problem z wykorzystaniem lampy wbudowanej. Ale nauczę się. Będę wiedział kiedy i jak wykorzystać lampę błyskową kreatywnie. Niektórzy Twierdzą, że z ich pomocą można bardzo wiele osiągnąć. Z resztą przykłąd miałem na warsztatach w Zakopanem. Teraz sam będę musiał kombinować.

Mój progress foto trochę zwolnił. Wiem już sporo i umiem to wykorzystać po swojemu. Mając blendę i filtry znowu będę się uczyć kolejnych rzeczy. Widzę kolejny stopień wtajemniczenia fotograficznego. Gdy dostanę lampę błyskową, nauka posunie się dalej. Nowe akcesoria, nowe pomysły, nowe rzeczy do nauki. I tylko nie wiedzieć czemu między podnieceniem z tego faktu, a radością która wpada do mnie przez wizjer aparatu czuję jakiś wewnętrzny niepokój.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+