piątek, 8 stycznia 2016

wyrwane z kontekstu

Dzień wczorajszy zaczął się nieciekawie. Rozpoczęło się od zawrotów głowy, bólów brzucha i temu wszystkiemu podobnych rzeczy. Pojechałem do pracy i szybciej niż pojechałem wróciłem. Wizyta u lekarza, diagnoza i... tydzień zwolnienia. Długo? Może i długo. Ale bilans dnia wczorajszego to dwa zwrócone posiłki, dezorientacja i pomalowanie ubikacji na kolor brązowy. :)
Dzień dzisiejszy zaczął się nieciekawie. Rozpoczęło się od zawrotów głowy, bólów brzucha i temu podobnych rzeczy. Pojechałem.... Ahaha i tu Was zaskoczę -> nie jechałem nigdzie. I w sumie dobrze. Bo jakbym pojechał też bym pewnie jeszcze szybciej wrócił.


Zamówiliśmy w szkole córki obiady domowe. wyobrażacie to sobie? Panie kucharki w szkole serwują obiady nie tylko dzieciom w szkole, ale również ich rodzicom. Można sobie takie obiadki wykupić. Co oczywiście uczyniliśmy. Dzisiaj porcja pierwsza. :) A że dzieci dostają na prawdę świetne te obiady to skusiliśmy się. I  w sumie taka przyjemność nie jest droga. 150zł za dwa dania codziennie. A możecie wierzyć, że jeżeli będą to dania wielkości tej samej co dostają dzieci, to jedno danie na jedną osobę spokojnie wystarczy.


Wczorajszy dzień nie zakończył się na żołądkowych rewolucjach. Wczorajszy dzień dostarczył nam jeszcze dwóch rozrywek - wypłaty (dosyć spora przyszła) i rachunku za gaz no i tu juz było trochę gorzej. Oczywiście, że ze względów bezpieczeństwa i szybko upłynniającej się gotówki otworzyliśmy rachunek. A tam - aż 5 faktur. W tym jedna płatna do 18 stycznia. No cóż, zapłacić trzeba. Kwota niebagatelna, bo całe 0zł (słownie: zero). W sumie nie wiem jak my sobie finansowo poradzimy z takim obciążeniem. No cóż, będziemy głodować cały miesiąc. 


W związku z wypłatą należało oczywiście zapatrzeć się w kilka rzeczy. A ponieważ rezygnacja z tak fenomenlnej rzeczy jak ubezpieczenie PZU przyniosła do skarbonki trochę więcej do wypłaty, małżonka zgodziła się, aby to trochę więcej przeznaczyć na różne akcesoria związane z naszą aktualną sytuacją hobbystyczną. Tym oto sposobem staliśmy się posiadaczami: 

 To małe niepozorne kułeczko to adapter odwrotnego mocowania. Służy do zamontowania obiektywu w korpusie tyłem do przodu. Po co? a no po to, aby robić portrety różnym żyjątkom mieszkającym w trawie, lub fotografować martwe karaluchy. Świetna sprawa

 Dyfuzor. To taka nakładka na lampę błyskową. Kupiliśmy taki na wbudowaną, bo zewnętrznej ciągle się nie dorobiliśmy. Do czego to służy? A no do tego, aby światło z lampy błyskowej nie było takie ostre. Dzięki temu będzie dużo bardziej naturalne. W zestawie jest jest jeszcze dyfuzor niebieski (aby światło było bardziej zimne) oraz żółty (aby światło było bardziej ciepłe. Przyda się, oj przyda.


Pierścień reduktora M42. Służy do zamocowania starych obiektywów (np z analogowego Zenita) do nowoczesnych lustrzanek. Kosztował parę zł, ale to z tego powodu że wybrałem taki z potwierdzeniem ostrości i przekazywaniem wartości przesłony do elektroniki aparatu. Po co? A no po to, aby łatwiej można było ustawić odpowiednio taki obiektyw. W końcu w Zenitach próżno szukać autofocusa, czy programowo sterowanej migawki. Tam wszystko działa ręcznie. A czasem ustawić dobrze ostrość na czymś takim to prawdziwe wyzwanie.

 Pierścień odwrotnego mocowanie. Bardzo podobne urządzenie do Adapteru. Z tą małą różnicą, że jeden obiekty można zamontować przodem do drugiego. Ponoć równie fantastyczna sprawa, z tym że tu już można się nieźle pobawić, a skala odwzorowania robi ogromne wrażenie. 

Filtr szary regulowany. Kosmiczna maszyna wyglądająca jak okular Jamesa Bonda to tak na prawdę ciemne szkło wkręcane na obiektyw. Ma służyć do zmniejszenia ilości światła padającego na matryce. Po co? A no po to żeby wydłużyć czasy migawki. A po co to? A no po to aby uzyskać rozmazane obiekty również w dzień. Po co? A no po to, żeby było fajnie. Nie zadawajcie głupich pytań.



Decyzja dzisiaj (a w zasadzie wczoraj) zapadła. Zostaje przy Olimpusie Camedii C-760. To małe niepozorne coś na razie najlepiej spełnia moje wygórowane oczekiwania co do aparatu. Ma wady, bo ma. Jest duży... na tyle duży, że noszenie go w kieszeni nawet kurtki nie wchodzi w grę. Głównie przez dość mocno wystający obiektyw nawet w czasie gdy aparat jest wyłączony. No i jest wolny. Producent podaje czas uruchamiania około 4s, ale mi wychodzi dobre 9s. Ale faktycznie, po 4 sekundach wysuwa się obiektyw, a kolejne 5s trwa odczytywanie karty i uruchamianie wyświetlacza. W sumie 9s.
No i ta bateria. Stara oryginalna wystarczała na kilkanaście zdjęć. Kupiliśmy nową i max 100zdjęć wytrzymuje, a z lampą zdecydowanie mniej. Zapadła więc decyzja o kupnie jeszcze jednej, choć mocno myślę nad dwoma -> jedna w Ładowaniu, jedna w aparacie i jedna w torbie na zapas.
Ale i nowe nie są bez wad. Kupiłem sobie olympusa SH-50 i po jednym razie w plenerze oddałem bez większego żalu żonie. Aparat ma ogromne ograniczenia i aż za duże jak dla mnie. Zdjęcia wychodzą z niego świetne, ale jest dla mnie za prosty. Od takie ładne pstrykadełko. W nim nawet ustawienia manualne nie są w pełni manualne i aparat ingeruje w poczynania użytkownika. Bez sensu. Wybrałem kilka innych aparatów w celu ich kupna. Nieco bardziej zaawansowanego Olympusa XZ-1 który wraz z następcą uważany jest za jeden z najlepiej "robiących zdjęcia". Jeśli robi takie same jak SH-50 to się w pełni z tą opinią zgadzam. Obiektywy Zuiko w tych aparatach rysuja na prawdę pięknie. 

Drugi to canon z serii G lub S. G to seria dla profesjonalistów. Wymaga zabawy, korekcji, ustawień i interwencji użytkownika we wszystko co aparat wyprawia. Seria S to prostrze sprzęty i bardzo malutkie. Wręcz kompaktowe urządzenia niewiele większe od telefonu komórkowego. Ale mają bardzo jasne obiektywy i pełne ustawienia manualne. Zacne maszyny
No i wychwalany wszem i wobec Panasonic Lumix LX 5 lub 7. Ma niesamowitą automatykę radzącą sobie w każdych warunkach. Ponoć najlepsza w aparatach kompaktowych. Nie dziwie się. Jak popatrzyłem na testy i jak sobie radzi oprogramowanie w dowolnych warunkach to na prawdę robi wrażenie. Mimo iż jest to również maszyna dla profesjonalistów to jednak odnosze wrażenie, że by mnie bardzo rozleniwiała.
A dlaczego zostaje przy C-760? Jest tak samo wymagający jak Canon, robi zdjęcia równie doskonale co XZ-1 i ma perfekcyjnie zestrojone programy tematyczne i świetnie dopasowany program P który doskonale sobie radzi, a jak zawiedzie do wyboru są jeszcze 2 programy półautomatyczne, jeden w pełni mnualny i ew 4 ustawienia zaprogramowane. No i... hehe... to makro... Niby takie samo jak w SH-50, ale tu mamy makro niezależne od wybranego programu, a tam makro jest osobnym programem. No i tu mogę sobie dobrać efekty, czy dostroić kolory bez względu na program, a tam każdy kolor czy efekt to osobne ustawienia koła programów. Pamiętacie jeszcze to zdjęcie które wstawiłem na samym początku wpisu? Tak, zostało zrobione Camedią którą obecnie można kupić za 100zł z pełnym zestawem akcesoriów i kilkoma dodatkami. No i rodzi się od razu pytanie - skoro można aparatem za 100zł, po co kupować aparat za 800? Pewnie wielu pomyśli - a no bo to nowsze (no i co z tego? Nowsze nie znaczy lepsze), a no bo to ładniejsze zdjęcia robi (po 1 nie aparat robi, tylko fotograf, po drugie kompakty radzą sobie tylko do ISO 400 i to dosłownie każde dostępne na rynku. Dalej to już programowe odszumianie, a to można albo zrobić w programie graficznym, który dużo lepiej sobie zazwyczaj radzi w takich sprawach niż soft aparatu), a no bo większa matryca (a co za tym idzie większ szumy, poza tym w żadnym aparacie dla profesjonalistów matryce nie przekraczają 10MPX. Camedia ma 3,5MPX. Gwarantuje - różnicy w zdjęciach nie ma żadnej między poszczególnymi wielkościami matrycy, nawet na standardowym rozmiarze wydruku). Cóż... Camedia kosztowała jako nowa 2500zł w roku 2004. Aby teraz któryś dorównał jej możliwościami trzeba również dać około 2tyś. Może wtedy by i wymiana miała sens. Ale kogo na to stać?? 






Ps. A się rozpisałem...
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+