wtorek, 22 marca 2016

buldog


Budzisz się rano. Z wpatrzonym w pustkę wzrokiem przemierzasz pokoje swojego mieszkania. Nachylasz się nad umywalką i w mózgiem w trybie startowym myjesz zęby zaczytując powoli kolejne obrazy i dźwięki i przetwarzając po swojemu nowy dzień. Powrót do pokoju i zakładanie na siebie kolejnych warstw ubrań. Jakby w automacie wykonujesz kolejne czynności. Buziak dla żony, plecak na plecy, klucze z wieszaka i podróż w dół. Poniżej poziomu zostawiony twój pojazd.

Z kolejnych mało zrozumianych ruchów wyciągasz jednoślada. Jeszcze szybki przegląd, wsiadasz i jedziesz. Najpierw pokonanie kilku ulic, kilka zakrętów, przebrnięcie przez wielopasmówke i wyjeżdżasz na prostą. Błoto po wentyle, kilka poślizgów. Mięśnie nóg napięte, koła w pełnym pędzie. W głowie setki przelatujących myśli. Stare odchodzą, przychodzą nowe, a Twój pojazd właśnie wjeżdża na dość nierówna drogę. Chwila spowolnienia. Za kolejnym zakrętem DDR. Wjeżdżasz i już lekko odświeżony z wyczulonym wzrokiem i wyostrzonym słuchem mijając kolejne bramy tylko przez dziury w płocie kolejnych podwórek jesteś w stanie sie zorientować czy pojedziesz dalej czy za chwilę zaliczysz glebę po spotkaniu z wyjeżdżającym z bramy pojazdem. Potem już z górki wpadasz w park za którym zatrzymują Cię pierwsze światła. Rozglądasz się w sytuacji i już wiesz, że możesz bezpiecznie zjechać na jezdnie i spokojnie czekać na przejazd. Zielone. Napinasz mięśnie, ciągniesz łańcuch, rozpędzasz pojazd. Najpierw prosto, bez wielkich zgrzytów wpadasz na plac budowy. Wypatrujesz dogodnej drogi na przejazd. Wjeżdżasz w drogę która doprowadzi cię do ronda. Nauczyłeś się tego typu kryzysów i po kolejnych nieciekawych sytuacjach wypatrujesz uważnie kolejnego idioty w okoli który z odpalonym silnikiem tylko czeka aby wcisnąć gaz i zabrać cię z ronda. Tym razem bez zgrzytów się udało. Dobijasz do bram, przejazd przez parking. Droga w lewo - obiekt zamknięty. Skręcasz w prawo i wpadasz do budynku, gdzie zjeżdżając winda niżej wyjeżdżasz na długi korytarz prowadzący aż pod drzwi twojego miejsca pracy.

Najpierw do pokonania elektroniczne zabezpieczenie, potem kilka zamków i po przebraniu, umyciu i wypsikaniu jesteś gotowy podjąć wyzwanie stawiane tobie przez pracodawcę. A w pracy jak to w pracy - każdy coś od ciebie chce. Tu gonia, tam poganiają. Wszystko na już na teraz, a najlepiej na tydzień temu. Kolejne awarie się mnożą, a ty z wywalonym językiem nie jesteś czasem w stanie w ciszy i spokoju zjeść śniadania. Pod koniec trochę luźniej - wszystko ogarnięte. Układasz więc kolejne plany na resztę dnia.

I już koniec. znowu wskakujesz w ciuchy, zabierasz swój pojazd i lawirując między koparkami, żurawiami, betoniarkami i robotnikami prześmigujesz się szybko, aby zdążyć załatwić kolejne sprawy.

Dzisiaj szkoła córki. Przypinasz rower, wpadasz do placówki i już wiesz, że dzisiaj niczego nie załatwisz. Masz w głowie 4 wersję co należy zrobić aby. Nie wiesz która prawidłowa, a czasu coraz mniej. Każdy coś innego. Dostajesz tylko kolejne druczki do wypełnienia i podpisu. I z nadzieją, że szkoła wie najlepiej podpisujesz, oddajesz. W kolejnej szkole kolejna wersja. Znowu jakieś dokumenty, obiegi... rozchwytywany przez dyrektorki, sekretarki z nerwami i długopisem, trzymając w ręku plik dokumentów składasz je w odpowiedniej szkole, która ma swoją wersję rzeczywistości. I zagubiony w zasadzie nie za bardzo wiesz co i jak. Wszędzie mówią Ci że będzie dobrze, a ty ze strachem w oczach patrzysz na kolejna sekretarkę przeglądającą twoje dokumenty i zastanawiasz się czy to już, czy czeka cię kolejna kurierka do innej szkoły. Nie wiesz nawet czy po tym całym szaleństwie w której szkole będzie twoje dziecko i nawet nie wiesz do której klasy trafi. w końcu rzeczywistość jest jedna, ale jej interpretacji jest kilka.

Po tym całym szaleństwie wiesz że do domku już nie jest daleko. Masz na dzieję na ciepły obiad, chwilowy relaks z rodziną, spokojnie posłuchanie muzyki, obejrzenie filmu. I tutaj nie jest kolorowo. Człowiek rozchwytywany lata między dzieckiem, które wymyśliło kolejną zabawę, a małżonką. Nie wyrabiając w tym wszystkim bez chwili spokoju narażasz się na kolejną awanturę, która i tak jest nieunikniona. Powoli przygotowujesz sie psychicznie do awantury. Chwila relaksu gdy zostajesz w pokoju sam ze stosem urządzeń do ćwiczeń i kolekcją płyt.

Muzyka więc o kilka decybeli głośniej, aby odciąć się trochę od świata. W końcu znajome rytmy koją najlepiej. Trochę wysiłku również sprawia radość. I tu mimo całego zauroczenia sytuacją wpada małżonka, że właśnie pokłóciła sie z sąsiadką i muszę ściszyć muzykę. No cholera jasna - w pokoju ryk córki, jakieś zamieszanie. Już masz po spokoju we własnej samotni. wpadasz do pokoju - córka ryczy, że nie chce, aby ją zabierali, małżonka zdaje relację, że baba zza ściany właśnie straszyła mi dziecko, że naśle na nas odpowiednie służby, aby nam dziecko zabrali. Spocony wyparowujesz na klatkę schodową, dzwonisz do wariatki i grzecznie zapraszasz do siebie, aby uspokoiła nam dziecko, jak przestraszyła. Dziecko ryczy, żona ucisza, sąsiadka sie wypiera i zatrzaskuje ci drzwi przed nosem. Żona w panice, że zaraz zadzwoni opieka społeczna, dziecko w panice, że zaraz ją zabiorą. No w kurwę,  jakby mało było jeszcze zgrzytów. Nerwy w pracy, nerwy w drodze, nerwy w szkole, nerwy w szpitalu, nerwy w szkole i nawet nerwy od sąsiadki. Tego było za wiele. Uspokoiłem trochę zonę, zona uspokoiła trochę dziecko które teraz boi się sąsiadów i boi się zostać samo w pokoju. zatrzasnąłem się w łazience celem wieczornej toalety.

Po umyciu, pełen nerwów powoli odcinasz się wewnętrzne od świata, aby nie powyrzynać przypadkiem wszystkim, nie wyskoczyć na szkołę dziecka z bombą i następnego dnia nie wpaść do pracy z karabinem. Masz jeszcze cichą nadzieję, że sąsiadce z boku z nerwów serce stanęło i starej ropy nie będziesz już musiał oglądać.

I już wieczór, trochę spokojniej. Dziecko ululane, z przytulonym osiołkiem grzecznie śpi. W TV zapuszczony kolejny odcinek serialu. Chwila odpoczynku, drink w ręku. Powoli się wyłączasz, przygotowujesz do snu. Patrzysz tempo w poruszające się obrazki. Czasem jeszcze coś cię zaciekawi, coś odciągnie. Pozostaje myć zęby, położyć się spać i... czekać na kolejny dzień....



Udostępnij:    Facebook Twitter Google+