sobota, 23 lipca 2016

pasja kontra praca

Dużo się  mówi o tym, że jeśli ktoś pracuje w tym co kocha, to tak de facto nie przepracował ani jednego dnia. Może i coś w tym jest, ale... jakby dokładniej pomyśleć, to czy aby na pewno to jest prawda?
Minęło sporo czasu od momentu kiedy ostatnio zajmowałem się komputerami bo chciałem. Uwielbiałem komputerki. To było jeszcze za czasów kiedy najpotężniejsze maszyny oparte były na procesorach Pentium 233MMX i 32MB ram. Dyski w naszych komputery miały pojemność po 4Gb a napędy CD wirowały z prędkościami rzędu 12X. Na naszych biurkach stały monitory zajmujące 3/4 przestrzeni roboczej, elementami naszych myszek można było grać w piłkę nożną. W tych czasach  odkrywałem informatykę. Lubiłem grzebać, kombinować, zmieniać ram, bawić się w wymianę procesorów i wykręcać dyski twarde. Lubiłem wymieniać całe systemy operacyjne, instalować sterowniki (5x restart w przy instalacji jednego urządzenia... :) ), od nowa pakować całe potrzebne oprogramowanie. Rodzina zobaczyła, że się w tym łapie. W końcu "obsługiwałem" pół osiedla pod kontem ustawiania komputerów, programowania różnych urządzeń, czy reperacji uszkodzonych maszyn. Zostałem popchnięty w tym kierunku. Najpierw liceum o profilu informatycznym, a potem studia. Technika poszła na przód. Monitory zniknęły na rzecz patryc LCD, zapomnieliśmy co to jest "ekran śmierci", a na otworzenie pasjansa trzeba było poczekać 2s a nie 4 minuty. Na studiach nauczyłem się bardzo dużo. Swoją drogą, dwa razy zrobiłem studium policealne - raz za siebie,  a raz za brata. :D Pozdrowienia dla systemu edukacji. I poszedłem do pracy. Jak każdy szanujący się polak zaczynałem od dołu - pracowałem na ochronie. Po to, aby potem przez kilka pośrednich zawodów w końcu trafić na swój zawód - informatyk. Myślałem, że oszaleję ze szczęścia. Przecież kochałem komputery, a one kochały mnie. Każdą najdrobniejszą czynność w pracy robiłem z uśmiechem na ustach i radością w oczach. Zaczynałem od firmy z jednym komputerem, po to, aby potem trafić do zakładu z kilkoma budynkami, czterystoma komputerami i całą rzeszą informatyków. Z przyjemnością latałem na wezwania, uczyłem się, byłem ambitny i zadowolony ze swej pracy.
Tak było przez jakiś czas. Aż w końcu praca zaczęła być ciężarem, a chęci do podchodzenia do komputera z dnia na dzień malały. Próbowałem odkrywać nowe, nieznane tereny (w ten sposób poznałem Linux i już na nim zostałem). Kilka z tych rzeczy wprowadzałem w firmie. Ludzie byli zadowoleni, a ja... no cóż.
Firmę zmieniłem, nastały inne czasy, kupiliśmy mieszkanie, ale zapału do komputerów już nie ma wcale. Wręcz przestaję je lubić. Nie kręci mnie grzebanie, nie mam najmniejszej ochoty reinstalować po raz któryś systemów. Nawet odkrywanie niepoznanego już nie jest takie satysfakcjonujące. Pasja gdzieś przepadła. Komputer stał się moim małym przekleństwem. I choć nadal chętnie go używam, to już nie odczuwam kompletnie żadnej przyjemności z obcowania w nim.
Kilka lat trwania w jednym nauczyło mnie, że praca potrafi zniszczyć każdą pasję. Kiedyś chętnie siedziałem przy komputerze nawet wypełniając durne tabelki w arkuszu kalkulacyjnym, ale robiłem to bo chciałem. Jak nie chciałem to nie robiłem. Teraz, jakbym miał wybór, nie wziąłbym nawet pracy polegającej na graniu w gry cały dzień. Co innego chcieć, a co innego musieć. To "musieć" potrafi zniszczyć wszystko.

Czy Wy macie podobne doświadczenia, ze swoimi pasjami? zaczynaliście pracę z pasją, a kończyło się na niechęci do tego co lubiliście?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+