czwartek, 4 sierpnia 2016

Filtr UV... czy na pewno zbędny?

Do napisania tekstu podkusiło mnie pewne spostrzeżenie na jednym z blogów, że filt UV w fotografii cyfrowej jest zbędny (tutaj pozdrowienia dla Fotoblogia). Po przeczytaniu spojrzałem na swój aparat, na którym na stałe mam taki filtr zakręcone. I zacząłem sobie w głowie przypominać i układać te pięknie spędzone chwile z aparatem... Aparatem, którego dziś już pewnie bym nie miał, gdyby nie filtr UV. Ale po kolei...
Wiele osób używa dziś tego filtra w celach ochronnych. Większość jest z nich zadowolona, a niektórzy nawet nie wiedzą lub zapominają o jego obecności na swoich obiektywach. I wśród tej całej aprobaty coraz wyraźniej słyszy się jęki wydawane przez kolektyw sceptyków. A że to nie potrzebne, że kolejna soczewka, że przed niczym nie chroni.... że odbija światło, że przyciemnia, a jak ktoś w nas wjedzie samochodem, czy strzeli z karabinku snajperskiego to i tak filtr w niczym nie pomoże. Coś w tym jest, ale weźmy pod uwagę, że przy 140km/h pasy i poduszka powietrzna w aucie przy zetknięciu z betonową ścianą też niewiele pomogą. Więc może je zdemontujmy z samochodu?
No dobrze, w takich ekstremalnych sytuacjach jak wojna, czy psychodeliczny morderca z karabinem filtr może okazać się zbędny. Kula i tak go przebije, przeleci przez obiektyw i trafi nas w oko. A najgorsze jest to, że zniszczy obiektyw. W innych sytuacjach, czysto codziennych, filtr UV się sprawdza. Może mieć kilka zastosować (poza tym do czego został stworzony):

1. Ochrona  przed wodą.
Niby wszystko jasne - idziesz spokojnie ulicą, jest piękny majowy poranek. I nagle z pędem przejeżdża obok nas samochód który wpada w kałużę pozostawioną przez nocne opady. Albo podczas podmuchu wiatru spada na nas lawina woda... lub po porostu robimy zdjęcia w deszczu. W czym nam w takiej sytuacji pomoże filtr? A no chociażby w tym, że to on zmoknie a nie obiektyw. Poza tym kałuża na ulicy nie bez powodu nie ma certyfikatu przydatności do spożycia. Po ochlapaniu bierzemy szmatkę i czyścimy UV. Potem możemy iść robić zdjęcia dalej. No, a jeśli zostaną smugi? Cóż, z obiektywem niewiele zrobimy, a filtr zwyczajnie odkręcamy i idziemy dalej z odsłoniętym obiektywem. Potem w domku wsadzamy filtr pod wodę, porządnie go myjemy, wycieramy i zakręcamy na obiektyw.

2. Ochrona przed pyłem
Tu podobnie jak z wodą. Tylko w momencie gdy jest bardzo sucho, jesteśmy na wsi i zawieje nam wiatr cały aparat, siebie i wszystko co na sobie mamy w piachu. Zacna sytuacja. Szmatka, przecieramy filtr i idziemy dalej. Oczywiście wielu powie, że przecież obiektyw też można przetrzeć. Mają rację. Ale weźmy pod uwagę, że nie trzemy po obiektywie, tylko po filtrze. Piach to de facto setki czy tysiące małych kamyczków. Za ich pomoc można nawet zedrzeć lakier z czołgu. Po przetarciu obiektywu pewnie widocznych śladów nie będzie. Ale gdy przyjdzie nam wycierać obiektyw z piachu po raz setny może się okazać, że jest on już niezdatny do użycia.

3. Ochrona przed zarysowaniem.
Głupia sytuacja, gdy pchamy się z obiektywem tam gdzie nas nie chcą, czyli np w gałęzie. Gałąź szkła nie uszkodzi, ale już porysować może. W końcu gorilla glas mamy tylko w komórkach a nie w obiektywach. I fajnie by było gdyby jednak gałąź dokonała dzieła zniszczenia na filtrze, a nie na obiektywie.

4. Ochrona przed nieusuwalnym.
Idziemy w las, luźnym krokiem. Aparat w ręku gotowy do strzału, ustawiamy się, celujemy i... w tym momencie dostajemy strzała z żywicy, która akurat musiała teraz i tutaj kapnąć z drzewa. Powierzchnia kuli ziemskiej to około 510000000 km2, a to akurat musiało kapnąć tutaj. Zdarza się, sam miałem taki przypadek. No i co zrobimy? Szkło zapaćkane, ogólne wnerwienie, ze zdjęć kicha. Zwykłą szmatą tego nie usuniemy. Powrót do domu i porządne mycie obiektywu. W moim przypadku filtr się sprawdził - zapaćkało go, odkręciłem i poszedłem dalej w las. Po powrocie do domku obiektyw czyściutki, a filtr pod wodę i porządne pranie. Po tym zabiegu wszystko wróciło do normy. Prozaiczna i rzadka sytuacja, ale już gołębie w mieście nie są taką rzadkością, jak nisko latające żywice.

5. zdarzenia losowe
W moim przypadku zdarzeniem losowym był nisko przelatujący kamień, który wyskoczył gdzieś spod koła pędzącego samochodu. Bach w aparat i... no właśnie - gdyby nie filtr musiałbym wydać czterocyfrową składową cyfr na nowy sprzęt. A tak - poszedłem do sklepu i wydałem dwucyfrową liczbę na nowy filtr. Również rzadkie, ale skoro mi się zdarzyło, jaką masz pewność, że Tobie się to nie zdarzy?

6.W górach
Tu filtry działają tak jak zostały do tego stworzone. Likwidują nam promieniowanie niewidzialne z matrycy i dają efekt taki, że na górach nie ma mgły.

A co do kolejnej powierzchni odbijającej światło ->  To tak na poważnie? Tak zupełnie na serio? Obiektywy składają się z 11 takich powierzchni, a niektóre nawet więcej. Czy jedno szkło w tą czy w tą coś zmieni? No na pewno nie. To co odbije się w filtrze odbije się też na soczewkach obiektywu. Tak zupełnie serio serio. A jeśli ktoś się boi, to za 60zł można już kupić filtr z powłoką antyodblaskową.

Podsumowując - u mnie na obiektywie filtr jest stałym gościem. Po wypadkach które miałem wiem, że to niezastąpiony wynalazek. Owszem, mógłbym zakupić szkło służące do ochrony obiektywu (a są takie), ale czy warto wydawać parokrotnie więcej? W miejskich warunkach i przy normalnej fotografii raczej nie. Filtr UV zamontowany jako ochrona sprawdzi się w takich sytuacjach całkiem dobrze. Ze swojej strony polecam. Może być tak, że przez kilka lat będzie tylko 4-gramowym obciążeniem aparatu, ale jak już się przyda może okazać się niezastąpiony.




Udostępnij:    Facebook Twitter Google+