sobota, 31 grudnia 2016

Najdroższy instagram


Kiedy kilka dni temu pewna osoba zobaczyła moje zdjęcia mylnie zostałem odebrany jako informatyk. Dziwne uczucie, że nie tylko styl ubierania się, czy styl wypowiadania świadczy o moim zawodzie, ale również zdjęcia które wszem i wobec robię. Oczywiście przyjąłem zlecenie w zamian za co dostałem płytę DVD z której zdjęcia miałem odzyskać i laptopa na którym te zdjęcia miałem zgrać.
Na moje szczęście okazało się, że płyta jest oki, za to napęd w laptopie jest padnięty. Nie miałem więc większych trudności z kopia płyty. W tzw międzyczasie zleceniodawca poprosił mnie abym wstawił jedno ze zdjęć na pulpit laptopa. To wymusiło na mnie przejrzenie zdjęć. Mimo wszelkiej nadziei z mojej strony nie było tam nagich zdjęć cycatej 18-letniej modelki. Nie było tam nawet ubranej cycatej 18-letniej modelki. W zasadzie w ogóle tam nie było cycatej 18-letniej modelki. Zamiast tego folder zawierający około 350zł zawierał zdjęcia grubego, pryszczatego chłopca, na oko 11lat. Od takie cyki usmarowanego smalcem lekko natrzepanego wujka Mietka.
I nie byłoby w tym nic dziwnego. W końcu są na świecie ludzie, którzy kochają na siebie patrzeć. Moja wrodzona wredność i fotograficzna ciekawość kazała mi zajrzeć w metadane plików. To był błąd... duży błąd. Przez cały tydzień nie myślałem o niczym innym tylko o modelu aparatu, który został użyty do fotografii. Mniejsza z tym jaki to aparat, ale koszt zakupu nawet używki zwalił mnie po prostu z krzesła. Używany sprzęt tej klasy to koszt około 7tyś zł. SIEDEM PIEPRZONYCH TYSIĘCY za aparat, którego ktoś wykorzystywał jak aparat z taniego telefonu komórkowego. Spojrzałem na swojego leciwego Fuji, którego z nadszarpniętym portfelem kupiłem za 300zł. Aparat z którego potrafiłem i nadal potrafię wyczarować obrazki niemal idealne. A tu ktoś kto miał problem nawet z prostym trzymaniem sprzętu wyrzucił od tak sobie kilkanaście tyś zł (bo prawdopodobnie kupiony został jako nowy). Jest sprawiedliwość na tym świecie, pomyślałem.
Ja nikomu nie żałuję, ale wszystko ma swoje granice. Zdjęcia które ogarnąłby telefon komórkowy i średnio- rozgarnięta małpa aparatem za kilkanaście minimalnych miesięcznych krajowych pensji to zdecydowana przesada. To mi dało trochę do myślenia. Zacząłem więc głębiej przyglądać się fenomenu sprzęt kontra umiejętności. I ku mojemu zdziwieniu nie był to odosobniony przypadek. To że zawodowcy mają drogie aparaty, mogę zrozumieć. Choć i oni nie zawsze wykorzystują swoje sprzęty w pełni. Ale to zrozumiałe, bo w ich przypadku jednak dobry aparat to podstawa. Niektórzy bardziej zaawansowani amatorzy korzystają najczęściej z lustrzanek w przedziale półkowym "kompletny debil" do "fotograficzny czarnoksiężnik". Te grupy fotografów to najczęściej ludzie którzy doskonale wiedzą czego od sprzętu oczekują i czy taki to a taki jest im potrzebny, czy też muszą wydać więcej, lub spokojnie mogą kupić model tańszy.
No i na koniec amatorzy, którzy nie wiedzą kompletnie często nic. Zadają pytania w stylu "czy taki to aparat będzie dobry na początek", albo po prostu kupują, bo "lepszy aparat to lepsze zdjęcia". To grupa, która kompletnie nie patrzy na swoje umiejętności, czy potrzeby (bo zwyczajnie ich nie ma) za to zapatrzona jest na najdroższe aparaty na jakie ich stać.
Przyglądałem się dosyć długo fenomenie lustrzanek, jako aparatów dla każdego. Pisałem o tym niejednokrotnie. Nie rozumiem go kompletnie. Do dzisiaj nie widzę zasadności posiadania lustrzanki nie tylko w początkach swojej drogi fotograficznej, ale również gdy takiej drogi nawet nie zamierza się zacząć. I w ten oto sposób, ludzie którzy potrafią wycisnąć ze swojego sprzętu bardzo dużo (choć takich jest może 10% ogólnej ilości ludzi na świecie) muszą mentalnie zmagać się z ludźmi fotografującymi zadki swoich kotów profesjonalnymi aparatami. I nie chodzi o żadną zazdrość, bo nie ma czego zazdrościć. Chodzi natomiast o to do czego taki aparat jest wykorzystywany. Aż łezka się w oku kręci, gdy patrzy się na zamęczania takich aparatów. Stworzone do czegoś innego przez całe swoje życie nie opuszczą trybu zielnego i prawdopodobnie nigdy nie zostanie zmieniony w nich obiektyw.
I w ten oto sposób  robione są nieprzemyślane lekkie gówna z najdroższych aparatów. Mamy więc ostry paradoks - tanie aparaty do zdjęć przemyślanych, niemal idealnych, prawie zawodowych, oraz najdroższe wykorzystane do trybu auto w rękach człowieka który nawet nie wie, że jego aparat posiada trochę więcej możliwości niż małpka za 100zł z Tesco. A szkoda, bo w internecie takich paradoksów jest pełno. Proste, zwykłe cyki na miarę 300-tu kilogramowej ciotki Ziuty, wydobyte sprzętem, na który nawet niektórzy zawodowcy nie są w stanie sobie pozwolić. Co zrobić. Przykro tylko patrzeć na niewykorzystany potencjał takich aparatów. Dla niektórych takie marnotrawstwo sprzętu to niema świętokradztwo.

Jak Wy się zapatrujecie na takie zestawienie Ciotka Ziuta z najdroższym aparatem?
Jesteście źli na jej głupotę?
Zazdroście jej?
Czy może zwyczajnie ze smutkiem patrzycie na niewykorzystany potencjał?

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+