czwartek, 5 stycznia 2017

Jak wybrac aparat


Wpis powstał pod wpływem często zadawanych pytań odnośnie wyboru sprzętu czy zakupu aparatu. W artykule przedstawię wam, jak ja wybierałem mój aparat.

1. Pierwszy rejestrator
Jak już powszechnie wiadomo mój pierwszy aparat znalazłem, więc ten pominę. Pierwszym natomiast, który kupiłem w pełni świadomie był Fuji S5600. Nówka funfel nie śmigana. Byłem wtedy kompletnym debilem fotograficznym i jedynie co wiedziałem, to to, że są lepsze aparaty niż ten co posiadam obecnie. Niewiele się pomyliłem. Nie było wtedy forów internetowych na ten  temat, a znaleźć opinię na temat konkretnego modelu było niezwykle trudne. Za to znalazłem kilka artykułów na temat aparatów. Jedynym kryterium jakie miałem to "aparat musi robić ładne zdjęcia" i "cyferki opisujące sprzęt miały być jak najwyższe". Obce było mi pojęcie przysłony czy czasu naświetlania. Wystarczyło mi tylko to, że aparat to ma. Po przewertowaniu zaledwie kilku stron (bo i tak więcej nie było) wybór padł na Fuji S5600. Zarobiłem, pojechałem i kupiłem. Za kolejne wypłaty dokupiłem sobie statyw (który mam do dzisiaj), osłonę przeciwsłoneczną na wyświetlacz, filtr UV, akumulatorki, torbę i kilka innych akcesoriów. Przy okazji odkryłem na aparacie literkę M na pokrętle. Za jej pomocą nauczyłem się co to jest czas naświetlania i dlaczego ISO w ogóle jest. Nie znałem jednak tych wszystkich zależności, trójkątów ekspozycji i głębi ostrości od przysłony. Jakimś magicznym sposobem doszedłem jednak do siatki trójpodziału, która na początku służyła mi po to, aby aparat trzymać prosto. Powoli zacząłem też zauważać, że obiekty na przecięciu tych linii umieszczane sprawiają dużo lepsze wrażenie niż w ustawieniu centralnym.

2. Laikowska maszyna
Nastała Era aparatów w telefonach. swój aparat sprzedałem i pozostałem przy telefonie. Długo się nic w temacie fotografii nie działo. Cykałem zdjęcia, czasem lepsze, czasem gorsze. Mi i małżonce wystarczał Olympus E-510, który małżonka zakupiła jako nowy, oraz zielony napis na tym magicznym kółku na górze.

3. Pierwsza lustrzanka
Na potrzeby tego bloga kupiłem sobie Olympusa E520. Po 1 był tani, po drugie znałem tryb automatyczny tego aparatu. W końcu E510 i E520 to te same maszyny. Poszliśmy któregoś dnia na spacer zrobić kilka zdjęć. Gdy następnego dnia przechodziłem tamtędy zauważyłem kilka zmian. Pewne elementy krajobrazu były na zdjęciach, a w rzeczywistości ich albo nie było, albo były w innych miejscach. To doświadczenie podpowiedziało mi, że fotografia to wspaniała sprawa.

4. Pierwsze marzenie
To był impuls, dawne niespełnione marzenie. Ponieważ z Olympusem nie potrafiłem się dogadać aparat zmienić musiałem. Lustrzanka pokazała mi ograniczenia z jakimi musiałem się codziennie mierzyć. Pamiętałem co mogłem ze starym Fuji i w porównaniu z olympusem tamto to była maszyna do mordowania małych puchatych króliczków, a ten to ucywilizowany, kompletnie niegroźny, pozbawiony czegokolwiek, szczerbaty bulterier. Olympusa sprzedałem i zakupiłem za te pieniądze S9600. Na początku małżonka odradzała, że to że mi się bardzo podoba i że bardzo go chciałem nie znaczy, że będzie spoko i będzie mi się dobrze z nim współpracować. Aparat jednak okazał się strzałem w 10. Możliwości w porównaniu z Olympusem okazały się gigantyczne. w zasadzie nie było zdjęcia, którego nie byłbym w stanie zrobić. Maszyna niezwykle ciężka w obyciu. To aparat od którego się nie wymagało, to aparat który wymagał. Oj trzeba było mocno się napracować, aby zrobić zdjęcie takie jakie miało być. Pazur pokazał nie raz. Byłem nawet na kilkudniowych warsztatach fotograficznych z tym sprzętem. Obracałem się tam wśród ludzi z potężnymi, drogimi maszynami i mój staruszek za 300zł nie odbiegał możliwościami od tamtych sprzętów. Krajobrazy ogarniał bez problemu. Nawet w ciemnych jaskiniach dawał radę i nie odbiegał od reszty. To doświadczenie pokazało mi, że tak na prawdę ludzie mają drogie sprzęty, bo tak. Bo po prostu mają. Skoro jednak aparat za 300zł miał podobne możliwości co ten za 5tyś, oznaczało tylko tyle, że ludzie wykorzystują swoje aparaty w zaledwie kilku procentach. Nie odbieram, że tamte miały dużo większy potencjał niż mój. Faktem jest, że tamte aparaty miały wielokrotnie większe możliwości. I co z tego, skoro użytkownicy nie wykorzystaliby nawet w pełni mojego aparatu. Z resztą sam wtedy nie odkryłem całego jego potencjału. Ten znalazłem, gdy przekonałem się do RAW. Swój aparat znałem w 100%. Wiedziałem o nim wszystko, poznałem każdy najmniejszy element jego oprogramowania, budowy, możliwości. Doskonale wiedziałem na co mogę sobie pozwolić i jakie ma ograniczenia.

5. Pierwsza małpka
Zakochany w Fuji pojechałem do sklepu i zakupiłem Fuji X30. To okazała się maszynka do mielenia kotów wraz z pazurami. Ale robiła to w cywilizowany sposób najpierw kota usypiając, potem podpalając i dopiero na końcu mieląc. Była to ucywilizowana wersja S9600. Ładny obrazek bez specjalnego wysiłku, dużo ułatwień. Ten aparat wybrałem już doskonale widząc czego chcę. Postawiłem przed nim zadania i szukałem i szukałem... Miał mieć
1. tryby manualne
2. Pokrętło programowe
3. RAW
4. Jasny obiektyw
5. Pierścień zoom
6. Wizjer
7. duża matryca (co oznaczało przynajmniej 2/3cala)
8. Stopkę lampy
W przedbiegach odpadło sporo modeli choćby z powodu wizjera. A po dodaniu pierścienia zoom pozostało zaledwie 3-ch graczy:
1. Panasonic LX7
2. Canon g7x
3. Fuji X30
Po wypróbowaniu każdego aparatu Canon odpadł. A walka miedzy LX7 a X30 trwała. Trwała dopóki nie zorientowałem się, że w sklepach pozostały ostatnie sztuki moich wybranków. Szybka decyzja na Fuji. Fuji, który modelem S9600 podbił moje skamieniałe serce. Bardzo dużo artykułów, bardzo wiele przeczytanych opinii, testy, porównania i rozum zaciągnął mnie tam, gdzie serce - przy Fuji.
Nie każdy wie, że to nie była moja pierwsza małpka. Za majstersztyk inżynierii nadal uważam Olympusa Camedie mojej żony. To morderstwa kotów na oczach dzieci. Przestał mi wystarczać gdy okazało się, że nie ma RAW. Zakupiłem też Olympusa SH-50. Kremowa obudowa, metalowy, ciężki. Po jednym spacerze okazał się myślowym błędem. Za to pokochała go żona. Nie dziwię się. Tak jak ten aparat potrafił zarejestrować rzeczywistość to chyba żaden.  E-510, Camedia, SH-50... po nich nauczyłem się, że nie ma drugiego aparatu/obiektywu, który tak pięknie by rysował. Olympus jednak podbił moje oko, ale nie serce i nie rozum. Miłości z tego nie było. Po prostu lubię na zdjęcia z niego patrzeć.
Wybór Fuji X30 nie był prosty. długo to trwało zanim wybrałem. Sytuacja w sklepach trochę mnie pogoniła, ale wybór okazał sie bardzo dobry

6. (nie)pierwsza lustrzanka
Fuji S9600 mimo swojej doskonałości przestał wystarczać. Moje wymagania podskoczyły. Fuji przez swoją starą konstrukcję przestawał być wystarczający. Mało tego, coś zaczęło się dziać z matrycą i zdjęcia łapały białe kropki, których z czasem zaczęło przybywać. Na początku nie przeszkadzało to, ale potem zrobiło się zbyt tłoczno od nich. Aparat trzeba było zmienić. Znając możliwości aparatów kompaktowych i (co prawda niewielkie) doświadczenie z lustrzankami kazały wybrać nowy kompakt. Tu nastąpiło zderzenie z rzeczywistością - jeden jedyny aparat który spełniał moje wygórowane normy nie był już sprzedawany nigdzie. Pozostałe albo mocno przekraczały mój budżet, albo nie spełniały moich wymagań. Pozostały lustrzanki. Tu sprawę miałem bardzo ułatwioną - długa przygoda z fotografią i kompaktem bardzo precyzyjnie kazała spojrzeć na to czego będę potrzebować. Dzięki temu nie musiałem kupować w ciemno obiektywów, akcesoriów, czy dodatków. Wiedziałem jakich ogniskowych będę potrzebować, znałem moje zapotrzebowanie co do trybów makro, czy filtrów. Wiedziałem na jakich ogniskowych pracuję najczęściej. Pozostało wybrać system w którym będę pracować. Miałem już na tyle świadomości, aby wiedzieć, że zostanę przy nim już na dłużej, jeśli nie na zawsze.
Początkowy wybór nie był duży - Canon, Nikon. Olympus odpadł, bo miałem i wiem, że to nie dla mnie. Do Sony pałam osobistą niechęcią. Fuji niestety niemiło mnie zaskoczył w temacie lustrzanek.
Zacząłem czytać, dużo czytać. Przejrzałem ofertę na razie samych puszek, zapoznałem się z ich specyfikacją techniczną i testami porównawczymi. Pochwaliłem się tą wiedzą na forum. Pojawiło się kilka komentarzy pod postem. Ale jeden szczególnie zwrócił moją uwagę. Był krótki i treściwy. Spośród kilkudziesięciu komentarzy na temat Nikonów i podobnej ilości na temat Canonów pojawił się komentarz
"a patrzyłeś na Pentax?"
PETNAX!! Faktycznie, jest jeszcze pentax. Zapomniałem o nim. Popatrzyłem na jego ofertę i... do Canona 1300D i Nikona D3300 dołączył Pentax k-50. Wybór nie był prosty. Każdy system miał coś do zaoferowania. Canon odpadł dosyć szybko, choć jego świadomość długo mnie jeszcze kuła w myśli. Nikon wydawał się ideałem - odchylany wyświetlacz, dwa obiektywy, torba i karta... czego chcieć więcej. Pozostało poczytać, porównać... szperałem więc po internecie w poszukiwaniu informacji na temat tych modeli. Obejrzałem ze 100 godzin materiału Video, przeczytałem z milion linijek tekstu na temat aparatów. Przeczytałem więcej opinii niż ksiądz przerobił ministrantów. Pentax zdeklasował konkurencję. 100% krycia wizjera, praca w temperaturach poniżej 0st, zasilanie zwykłymi bateriami, stabilizacja matrycy (A więc działająca na dowolnym obiektywie), silnik w body (co kazało przypuszczać, że obiektywy będą tańsze), doskonała współpraca z manualnymi i obcymi obiektywami, dwa pokrętła ekspozycji, potwierdzenie ostrości na każdym obiektywie. To rzeczy które konkurencja nie dawała. Szczególnie ten wizjer i baterie... oj pamiętam jak w Olympusie mnie to denerwowało, że na zdjęciu łapie się więcej niz faktycznie było widać. Szlak czasem człowieka trafiał. No i pamiętam te przygody z bateriami na Camedii, kiedy ten niespodziewanie dochodził do wniosku, że baterii brak i dalej mogę sobie co najwyżej narysować zdjęcie. Niby był miernik, ale...
No cóż, body to jednak nie wszystko. Pozostało jeszcze sprawdzić dostępność akcesoriów i obiektywów. Tu już tak różowo nie było bardzo. To jednak mało znany system jest. Są dostępne niektóre obiektywy na rynku wtórnym. Dostępność obiektywów innych producentów jest znikoma. Za to obiektywów manualnych jest cały natłok. Ich ceny są bardzo niskie. W dodatku wiele nie wymaga nawet dodatkowych przejściówek. Niewielki problem jest też z niektórymi akcesoriami. O ile n pierścienie pośrednie bez elektroniki są i sa tanie jak 2-daniowy obiad, o tyle te z przeniesieniem elektroniki są... ale nie w Polsce. Tzn, można kupić je w sklepie, ale ten musi je ściągnąć ze świata.
Uważam jednak że wybrałem swój aparat idealnie. Przed zakupem przeczytałem o nim tak dużo rzeczy, że po zakupie nie był już dla mnie tajemnicą. Znałem jego możliwości jeszcze zanim miałem go w ręku. Co najciekawsze, nie musiałem nigdzie pytać o niego, nie potrzebowałem zawracać ludziom głowy na jego temat. Sam do wszystkiego doszedłem, sam wszystko znalazłem. Może nie wybrałem najlepszego, ale na pewno wybrałem najlepszy dla siebie. W dodatku bardzo precyzyjnie skonsultowane z własnym rozumem potrzeby powiedziały mi "to ten". I to w zasadzie doszedłem do tego sa. Nikt mi nie powiedział, że to dobry lub zły wybór.

Może to doświadczenie z poszukiwaniem samemu każdego sprzętu nie pozwala mi wypytywać innych co dla mnie najlepsze. Uważam że sam to wiem. I wiecie co... Nigdy się na tym nie zawiodłem.


Jak Wy wybieraliście swoje sprzęty? Czytaliście o nich, szliście na żywioł? Kierowaliście się sercem czy rozumem? Liczyliście na innych czy na siebie w wyborze? Jak długo wybieraliście? I czy po zakupie okazało się że wybraliście dobrze?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+