wtorek, 6 czerwca 2017

Było tak a jest inaczej

Po wystawie moja lepsza połowa stwierdziła, że żałuje, że porzuciłem trochę swój styl i przerzuciłem się na kształty i formy. Jest to faktycznie cość dziwna i pokręcona droga w mojej fotografii.

Kształty, formy, kreski i tego typu rzeczy pociągały mnie odkąd w zasadzie kilkanaście lat temu po raz pierwszy wziąłem aparat do ręki. Wtedy jednak lubiłem robić zdjęcia, ale niespecjalnie interesował mnie sam temat fotografii. Nie zgłębiałem wiedzy, nie uczyłem się. Po prostu miałem swój stary dobry aparat Pioneer i 36 klatek filmu do wycyckania. Mimo zauważania już wtedy takich detali, jako kompletny Janusz nie potrafiłem jednak swojej wizji przenieś na materiał światłoczuły. A więc cykałem to co obecnie każdy posiadacz ajfona i tak jak każdy posiadacz ajfona. Znajomych, wyjazdy... po prostu zdjęcia czysto pamiątkowe. Potem znalazłem w garażu rodziców stary aparat cyfrowy. 0,3 mpx brak wyświetlacza i pamięć aparatu na 64zdjęcia. I tu za bardzo nie mogłem poszaleć. Aparat miał przycisk on/off i spust migawki. Nie posiadał zoom i jedynie co dało się w nim zrobić to włączyć i wyłączyć datownik. Długo z nim biegałem, ale nadal moje wizje nie były dostępne dla oka obiektywu. A było ich sporo. Aż któregoś pięknego dnia poszedłem do pracy i dostałem wypłatę. Za nią kupiłem sobie wypasioną na tamte czasy maszynę - Fuji S5600. Była to wtedy nowość, jeden z najlepszych aparatów tamtych czasów. Kosztował majątek, ale już dawał możliwości zabawy. Zacząłem więc trochę rozwijać się w temacie foto. Poznałem ekspozycję, ogarnąłem rozkład kadru... Zafascynowały mnie możliwości fotografii. Ogarnęła mnie jej magia. Zacząłem robić wszystko. Porzuciłem fotografię ludzi, bo już wtedy wydawali mi się oni nudni. W końcu ludzi mam na co dzień i wszędzie wkoło. Są na ulicach, w domach, w pracy, w sklepach, na przystankach i w tramwajach. Po co miałem ich jeszcze przenosić w świat magii?? Wydawało mi się to bez sensu i do dzisiaj mi się takie wydaje. Ludzie są zwyczajnie nudni, a w magii nie ma miejsca na nudę. Fotografowałem więc wszystko inne. I to tak zaciekle odkrywałem kolejne możliwości obiektywu i aparatu że o kształcie zapomniałem.
Aż aparat sprzedałem i zająłem się rodziną i pracą. Mieliśmy wtedy jeden wspólny z małżonką aparat również kupiony za dużo pieniążków i używaliśmy go sporadycznie. Wystarczyło nam to. Do moemntu założenia tego bloga.

To był przełom. Na jego potrzeby kopiliśmy drugi aparat. Zacząłem wówczas chodzić po mieście, trochę zdjęć cykać, aż kupiłem moje bardzo dawne marzenie - Fuji S9600. Na nim to uczyłem się fotografii. Znowu odkrywałem magię. Aż nauczyłem się tyle, że udało mi się sfotografować śmierć. I to był moment, w którym doszedłem, że właśnie fotografia zjawisk nadprzyrodzonych jest dla mnie. Kombinowałem więc na różne sposoby. Potrafiłem wyczarować obrazki ze starego olympusa kamedii i zwykłej lampki rowerowej. Obrazki, których dzisiejszy amator fotografii nie byłby w stanie stworzyć bez tony sprzętu. Nauczyłem się kombinować. Fotografować duchy, zjawy, widma... Aż w pewnym momencie sfotografowałem już wszystko. I pomysły się skończyły.

Uczyłem sie już wtedy fotografii i zacząłem szukać nowej drogi. Poszukać weny. Trochę to trwało, aż moje oko znalazło to co zawsze widziało -> kształty i formy. Zazwyczaj detale otaczającej rzeczywistości ubrane w prostotę, pokazane tak jak ich zazwyczaj nie widzimy. To był strzał w 10. Umiałem już na tyle, że ww końcu udało mi się swoje wizje uchwycić na nieruchomych obrazkach. Fragmenty miasta, pomijane i niezauważone. Wyłapywałem i wyłapuje je. Mały fragment ogromnej całości. Idę tą drogą, brnę w nią coraz bardziej. Oko wyłapuje coraz więcej, coraz bardziej ciekawych fragmentów.

Czy jednak skończyłem z fotografią paranormalną? Nie. W moich zdjęciach nadal można ich fragmenty znaleźć. Do takiej fotografii czekam jednak na wenę i na kogoś kto mi pomoże. Taka fotografia wymaga cierpliwości i zaangażowania. Mam kilka pomysłów. To jednak kilka zdjęć wymagających osób trzecich. Po ich realizacji? No cóż... od kształtów i form nie odejdę, ale nadal będę szukać natchnienia z innych światów. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 25 maja 2017

Jedno się kończy, drugie się zaczyna

Wiecie co najbardziej kocham w fotografii, w rowerze, czy ogólnie w pasji? Możliwość dzielenia się nią z innymi. Poznawanie ludzi, wymiana doświadczeń, chwalenie się osiągami, podziwianie innych. I tak wszechobecna współpraca. Nic tak nie cieszy jak przejażdżka rowerkiem w gronie innych rowerzystów. Nie ma nic tak wspmaniałego, jak praca nad zdjęciami z innymi osobami. Co nam po rowerze, jak nie mamy z kim jeżdzić? Co nam po fotografii, jak nie możemy się nią bawić z innymi?
Gdy wchodziłem w fotografię poznałem bardzo dużo osób. byłem na kilku warsztatach i na kilku kursach. Niektórych jedno- niektórych wielodniowych. Aż trafiłem do szkoły. A szkoła posłała na zajęcia z fotografii w gronie innych osób, czasem z innych szkół, czasem ludzi kompletnie niezwiązanych z żadną szkołą. Kilka kursów zacząłem ze strachem, czułem się winny obecności na nich. Wszelkie negatywne uczucia zostały zniszczone przez atmosferę w grupie. Oj, czasem kończyło się smutkiem, jakąś pustką, gdy dany kurs się kończył.
Takim oto sposobem stanąłem nad widmem zakończenia kolejnego kursu. Tym razem rocznego. Pozostało pożegnać się z ludźmi których widziało się co tydzień, spędzało kilka godzin w tygodniu na jednym i tym samym - na fotografii. Pomijając cośmy się tam nauczyli fantastyczną sprawą była praca z tymi osobami. Wspólne i zaciekłe dążenie do doskonałości w wykonaniu jednego zdjęcia. Czasem to walka z wiatrakami, ale wspólnie czasem dochodziło się do urzeczywistnienia wizji. Miejsce i ludzie nie znający podziałów, wspólnie pracujący nad urzeczywistnieniem wizji jednego z uczestników. I tak co tydzień z aparatem w ręku i z bananem na gębie szło się uczyć. A wszystkich łączyło jedno - zamiłowanie do fotografii.

Tak, to jest jedna z rzeczy w każdej mojej pasji, której nienawidzę - w końcu jakiś etap się kończy. Czasem ma się kontakt z osobami uczestniczącymi w wydarzeniu tylko wirtualnie, czasem wcale. Ale jakaś tęsknota pozostaje. To takie chwile, kiedy ma się ochotę zabijać aby znowu wspólnie oddać się jednemu celowi. I takim to sposobem, przemierzając kraj rowerem poznałem dużo osób, zjeździłem z nimi niejeden kilometr. umówiony na kolejne km z przyziemnością przemierzało się kraj. Teraz zostały wspomnienia i kilka osób na FB, których prawdopodobnie już nigdy w życiu nie spotkam.
Podobnie w fotografii - na warsztatach poznało sie kilku na prawdę fantastycznych osób z którymi kontakt teraz nijaki. Grupa rozsiana po całym kraju i jedynie co pozostaje to kilka znajomych nazwisk w znajomych na FB. Teraz skończyły się kolejne zajęcia. Spotkamy się na w przyszłym tygodniu prawdopodobnie ostatni raz na wystawie i... prawdopodobnie nigdy więcej. Eh... cóż zrobić. To nieuniknione, ale smutek pozostanie jeszcze długo. :(

A oto kilka prac z moich z całego kursu. Wszystkie zdjęcia wykonane wspólnie, przy współudziale przynajmniej kilku osób. Oj co zabawy przy niektórych było to nasze. :) Ale to minęło i nigdy już nie wróci. Zapraszam do obejrzenia ->














Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 16 maja 2017

Fotografowie sprzętowcy

     Panuje ostatnio przekonanie jakoby lepszy sprzęt dawał większe możliwości. To ciekawe zjawisko, biorąc pod uwagę, że w opozycji mamy ludzi, którzy twierdzą, że sprzęt to tylko dodatek, a najważniejsza część aparatu znajduje się kilka centymetrów za wyświetlaczem. Nie jest to wojna między Linuxem a Windowsem, czy między Nikoniarzami a Canonowcami. To wojna o przekonania. 

1. Sprzętowcy
      To ludzie uważający, że bez dobrego sprzętu nie można za wiele zrobić. Obkładają się więc drogimi aparatami, ciułają całe życie na najlepsze obiektywy, i kupują oświetlenie za półroczną pensję Ronaldo. Znajdziemy wśród nich 
      - kompletnych laików ze swoimi 1d ze zdjęciami u cioci na imieninach i zdjęciami swojego pryszczatego syna. 
      - zawodowców twierdzących, że muszą mieć sprzęt za roczną pensję prezydenta, bo przecież pracują w zawodzie i sprzęt ma na siebie zarabiać. 
      Jest to sytuacja nie tyle dziwna, co zaskakująca. Bo mamy tu też ludzi mniej zamożnych, którzy fotografują dokładnie to samo aparatami na kieszeń statystycznego polaka. Mamy więc zderzenie dwóch światów na jednej planecie -> tych z drogim sprzętem za cenę ferrari F50 i tymi którzy kupili sobie na raty sprzęt równowartości nieco lepszego komputera, a na dodatki i akcesoria zbierają kilka lat zaopatrując się w tańsze modele. Łączy ich jedno - oni wzyscy twierdzą, że sprzęt to podstawa. 
      Nie byłoby to takie straszne gdyby nie... próbowali tego wmówić tego całemu światu. A więc plują, wmawiają wszem i wobec, że aby zrobić najprostsze zdjęcie nie można zejść poniżej FF, bo to niewykonalne. A inne aparaty to zaledwie tanie zabawki, które nawet nie stały koło aparatu. Coś jak dzisiejszy nawóz naturalny co krowy nie widział. O dziwo - są przekonani że kupili najlepszy sprzęt na jaki ich stać. No bo przecież znają się, wiedzą o sprzęcie wszystko i ich sprzęt jest najlepszy na świecie. A więc polecają. Polecają to co mają, bo przecież mają najlepszy i jak ktoś zapyta "jaki sprzęt kupić" zawsze poelcają swój. inny przecież nie da rady i koniec. Nigdy nie patrzą, nie pytają o preferencje osoby szukającej aparatu, nie ważne co dana osoba będzie fotografować, nie ważne jest nic. Ma mieć ten sam model co oni i koniec. A jeśli osoba pytająca pisze, że ma na to dużo kasy, to oczywiście że FF i nic więcej się nie liczy. Nie jest dla nich istotne, że to co dla nich jest najlepsze dla innego nie musi. Ważne, że to najlepszy sprzęt. Koniec kropka.  Swoje wywody oczywiście argumentują czymś na zasadzie "bo inny nie da rady".


2. Fotografowie
     To ludzie przekonani, że przecież aparat to tylko narzędzie. Coś jak śrubokręt. Wiedzą, że nie staniesz się najlepszym mechanikiem mając drogi śrubokręt. Wiedzą, że dobre jedzenie nie zależy od wartości garnków w którym zostało zrobione. Są przekonani, że nie potrzeba bardzo drogiego telewizora, aby obejrzeć film czy wiadomości, a tańszy równie dobrze sobie poradzi. To oni twierdzą, że w aparacie najważniejsza jest organiczna część, składowa mięsa i krwi, znajdująca się nie dalej niż na wyciągnięci ręki od wyświetlacza. Mają oni zazwyczaj aparaty takie jakie są im potrzebne, niekoniecznie najlepsze, niekoniecznie takie na jakie mogliby sobie pozwolić. Znają oni swoją wartość, mają wiedzę na temat tego co ich sprzęt potrafi, jak go wykorzystać i jak obejść pewne ograniczenia. W końcu umiejętność obejścia pewnych ograniczeń to też sztuka. Po mieście zazwyczaj chodzą z tańszym sprzętem, czasem kompaktem, mają dobry aparat w telefonie. W końcu z niektórymi zdjęciami poradzi sobie nawet telefon komórkowy i nie potrzeba do tego lustrzanki. Ich przekonanie, że do większości zastosowań nie potrzeba wydawać na sprzęt majątku jest zazwyczaj potwierdzone zdjęciami które robią. Nie chwalą się oni czym robili, ale widać, że skupiają się na czystej fotografii, a nie na sprzęcie. 
      Do tej grupy należą przede wszystkim ludzie znający się na fotografii, umiejący odtworzyć swoją wizję na materiale światłoczułym. Nie przyjmują kompromisów na kadrach. Musi być tak, jak sobie to wymyślili. Nie ma miejsca na błędy. Znają oni swój sprzęt lepiej niż Kubica bolid F1. Doskonale też zazwyczaj wiedzą czego chcą i potrzebują. Nie pytają na forach o porady o sprzęt. Potrzebują np obiektywu 50mm f2,0 - idą i kupują. Nie pytają czy taki dobry, a czy ten nie lepszy, a może dołożyć i kupić inny. Dla nich sprzęt nie ma znaczenia. Skoro potrzebują, to nie pytają tylko idą i kupują. Zazwyczaj nie ma tu znaczenia który lepszy a który gorszy. Potrafią wykorzystać pewne błędy optyki na plus. A jak potrzebują coś co ma małe aberracje, oglądają sample w necie i wybierają ten, który ich nie ma lub ma akceptowalną wadę. 
     Ta grupa ludzi, mimo iż udziela się bardzo dużo na różnych forach  iw dyskusjach jeszcze nigdy nie pluła jadem, nie wmawiała innym że taki sprzęt jest lepszy, a inny jest gorszy. Starają się dokładnie dowiedzieć się czego szuka osoba pytająca i na tej podstawie są w stanie coś doradzić, ale wybór zawsze pozostawia osobie która chce kupić. Czasem doradzają aby wziąć do ręki, wypżyczyć, chwilkę poobcować z takim czy innym sprzętem i wtedy wybrać pod siebie. Nie przedstawiają konkretnych modeli, nie twierdzą, że ten jest lepszy, a ten gorszy. 
      To też bardzo niszowa i bardzo cicha grupa ludzi. Zazwyczaj na wszelkich forach są ignorowani, bo co to za odpowiedź "nie sprzęt robi zdjęcia tylko fotograf". Przecież pytanie jest o sprzęt i taki argument jest pomijany, ignorowany. Często też opluwany przez grupę pierwszą, bo zaraz wtrąca się ktoś twierdzący "ale bez dobrego sprzętu nie ma dobrego zdjecia". 


3. Słowem podsumowania
   Jak to zatem jest z ludźmi? Pierwsza grupa goni za nowościami, z roku na rok twierdząc, że starsze sprzęty i tańsze sprzęty to złomy. nie biorą pod uwagę, że kiedyś tego nie było i też się dało taki czy inne zdjęcie zrobić. Druga grupa z kolei boryka się z ograniczeniami jaki daje im sprzęt. Kiedy sprzętowcom wykonanie zdjęcia przychodzi od tak - stryk i jest zdjęcie, oni kombinują, przestawiają, zmieniają, próbują dorównać tym z wielokrotnie drogimi aparatami i nierzadko z pełnym powodzeniem. Z tym, że im wykonanie takiego samego zdjęcia zajmuje niejednokrotnie 3 razy więcej czasu, dużo większej pomysłowości, lepszego dopracowania i sporej wyobraźni połączonej ze znajomością maszyny. 
     Którzy więc mają rację??


    A Ty do której grupy należysz??
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 25 kwietnia 2017

zawodowiec czy amator?

Zauważyłem ostatnio pewną tendencję na różnych forach internetowych. I dotyczy to bardzo wielu aspektów życia. Powtarzające się pytania o sprzęt stają się nudne niemal do wymiotów. Czasem nawet nie warto bawić się w przewijanie, czy pomijanie, bo każde kolejne pytanie dotyczy tego samego. I o ile w przypadku amatorów i ich braku poszanowania cudzego czasu i własnej niechęci do czytania i nauki jest to zrozumiałe o tyle pewien ciekawy trend jest już kompletnie poza obszarem pojmowania. Równie ciekawy co przerażający.
Otóż pytania o aparat, obiektywy lampy czy modyfikatory świateł wykroczyły daleko poza poziom laików. Zadają go również zawodowcy, co już daje do zastanowienia, czy ten świat na pewno jest normalny. Ludzie, którzy zawodowo fotografują śluby pytają o obiektywy. Ludzie, którzy zajmują się chrzty czy komunie namiętnie pytają o lampy błyskowe. Natomiast człowiek który ma własne studio, i zajmuje się szeroko pojętym portretem (od dzieci po dorosłych) nagle zadaje pytanie o aparat. No i teraz należy się zastanowić, czy taki "zawodowiec" jest na pewno zawodowcem, czy tylko głupcem? Jeśli ktoś zajmuje się przykładowo ślubem, i pyta, jaki obiektyw najlepszy do reportażu ślubnego pierwsze co przychodzi na myśl to "idiota. No idiota normalnie". A zaraz potem refleksja, że chyba temu "zawodowcowi" daleko do "zawodowca". A zaraz potem myśl, że w życiu bym nie poszedł do człowieka, który nie ma zielonego pojęcia jakiego sprzętu ma używać do mojego własnego ślubu.
Idąc do kogoś kto ma mi uwiecznić jakąś ważny dzień w życiu mam nadzieję, że zgłaszam się do człowieka, który wie jakiego sprzętu używa, jest świadomy zarówno swojego sprzętu jak i umiejętności. No i doskonale orientuje się kiedy i czego użyć. Jak zadaje pytanie podważa mocno swoją sprzętową świadomość, a co za tym idzie swoją wiedzę i zdolności.
"Nie wiesz, jakiego jakiego obiektywu użyć do slubu? Nie wiesz czy możesz użyć lampy w kościele? Nie wiesz jakie parametry dobrać? Nie wiesz czy Twój sprzęt jest dobry? To co ty, kurwa, wiesz?. Ja mogę nie wiedzieć. I nie wiem, więc do Ciebie przychodzę licząc, że Ty wiesz. A Ty nic nie wiesz. Ciotka Ziuta, czy brat cioteczny wie więcej od Ciebie. To ja już podziękuję, poproszę ciotkę o zdjęcia".
To by usłyszał ode mnie fotograf, który by mnie zapytał o cokolwiek dotyczącego fotografii. To on ma wiedzieć. Jeśli siedzi w tym jakiś czas (nie ważne, czy dwa miesiące, czy 20 lat) musi się na tym znać. Jeśli nie wie, czy do fotografii dzieci lepszy będzie obiektyw 50mm czy 85mm, to znaczy, że jest gówno a nie fotograf.
Ludzie, drodzy zawodowcy, ja was bardzo wszystkich proszę -> MYŚLCIE!! Kilka artykułów wcześniej pisałem o tym, jak należy wybrać sprzęt i kierowałem go głównie do amatorów. Nie myślałem, że dożyje chwili, kiedy będzie on dotyczył również zawodowców. Nie jestem zawodowcem, nie zarabiam na fotografii, zdjęcia robię hobbystycznie. Ale jak czytam od Was takie pytania, mam wrażenie, że ja bym się bardziej nadawał do takich rzeczy. Nie poważam waszych umiejętności, sami je podważacie. I to jeszcze na forum publicznym, gdzie może być pełno waszych potencjalnych klientów. Nie próbujecie się nawet kryć ze swoją niewiedzą, czy brakiem profesjonalizmu. Albo więc jesteście kompletnymi głupcami, albo zwyczajnie macie drogi aparat, ale wiedzę i zdolności na poziomie przeciętnego laika.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

sobota, 15 kwietnia 2017

Warto pomagać -> Cosina w moim domu...




 Taki oto obiektyw wpadł ostatnio w moje łapki. Dostałem go od kumpla w zamian za pomoc i... zakochałem sie od pierwszego podłączenia. To model Cosina MC 28mm f2,8 Macro PK-A z bagnetem Pentax. Obiektyw bardzo ładnie i mięciutko rysuje, co mi się osobiście podoba. Jest ostrzejszy od mojego heliosa 44-2. Pierwsze wrażenia to:
1 - bardzo solidne wykonanie
2 - dbałość o szczegóły
3 - nieco kanciasty z wyglądu
4 - nie ma szans aby wypadł z ręki, trzyma sie jak ptasie guano przedniej soczewki.

Jest ciężkawy, ale aż tak jak helios. Za to na pewno cieższy od nowych pentaxowych, prawdopodobnie plastikowych. Stan mojego egzemplarza jest idealny. 0 rys, pierścienie działają z dość przyjemnym oporem, nie ma pleśni, a całość działa doskonale.
Bardzo przypadł mi do gustu tylni dekielek. Nie wciska sie go z użyciem lekkiej siły, jak w przypadku innych dekielków pentaxa. Ten działa podobnie jak bagnet - nakłada się go i przekręca aż do oporu i się trzyma. Powiem, że solidniejsze to niż inne dekielki które mam, bo chociaż nie spadnie podczas transportu, jak to często miało miejsce w przypadku standardowych wyrobów pentaxowych.


Mój model to PK-A, czyli można sterować przysłoną zarówno z poziomu body, jak i pierścieniem na obiektywie. Przełączanie nastepuje po dojechaniu pierścieniem do F22, wciśnięciu małego guziczka i dokręceniu do pozycji A w której pierścień sie blokuje. A na body dostajemy informacje o wartości przysłony. Tu jest sprawa prosta. Gorzej nieco sterować przysłoną z pierścienia. Kręcimy pierścieniem i nic się nie zmienia. Dopiero w momencie robienia zdjęcia przysłona jest domykana do odpowiedniej wartości. Skutkuje to tym, że w trakcie ustawiania ekspozycji nie mamy podglądu światłomierza, a aparat nie jest w stanie dobrać odpowiednich parametrów. Zdjęcie więc robimy na czuja nie mając żadnych informacji na temat prześwietlenia, czy niedoświetlenia. Trochę niefajnie, ale można z powodzeniem sterować przysłoną z poziomu body, więc to żaden problem. O tyle, że odpada jedno sterowanie.




Zaskoczeniem było dla jednak to jak aparat współpracuje z obiektywem. Nie wiem w sumie czemu, ale zdjecia z niego wychodzą bardzo plastyczne i bardzo ładnie doświetlone. Kiedy z innych obiektywów wydawało się dosyć ciemne, tak tutaj wygląda to jakby światłomierz pokazywał +2/3 na podziałce. Miło zaskoczony jest. O dziwo nie prześwietla nawet w jasnych punktach, więc ekspozycja jest jak najbardziej dobrze dobrana.

Poniżej dodaje jeszcze kilka sampli na poszczególnych wartościach przysłony, jakby ktoś był zainteresowany (całość, centrum, róg kadru):

F2,8 t1/40s ISO100











F3,5 t=1/30s ISO100




f4,5 t1/25 ISO200




f5,6 t=1/10 ISO100




f8 t=1/30 ISO400







f11 t=1/8 Iso400


 

f22 t=1/5 ISO1000







Wszystkie zdjęcia były robione w RAW, wywołane za pomocą Darktable.
Zastosowane korekty ->
1. Odszumianie
2. Prostowanie
3. ustawienie identycznych jasności.

Po kliknięciu na każde zdjęcie można zobaczyć je w pełnym rozmiarze.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 9 kwietnia 2017

Płytne rozterki

Kto by pomyślał, że w dzisiejszych czasach tak ciężko o niektóre rzeczy. Jak wiecie, jestem aktywnym pasjonatem nośników fizycznych. uwielbiam obcowanie z płytami winylowymi, jeszcze bardziej kocham kasety magnetofonowe, a płyty CD po stokroć bardziej lubię niż mp3.  Ponieważ w piątek zostałem poproszony wykonanie zdjęć ze święta szkoły postanowiłem podarować je szkole na płytach CD. ku temu przejrzałem mój zerowy zasób czystych płyt CD i DVD po czym wpakowałem sie w auto (bo żona rowerem nie pozwoliła pojechać) celem odwiedzenia kilku marketów (póki nie ma zakazu handlu w niedzielę) i zakupie kilku płyt DVD. No to co - uruchomić maszynę spalająca paliwo i trująca powietrze i kierować się na najbliższy market (w końcu na sklep w tym kraju liczyć nie można). Kilkanaście minut jazdy i już pod marketem. Pędem na półeczki z RTV i komputerami. a tam.... no właśnie... niemiłe zaskoczenie. Płyt brak. Kurcze, ale jak to? Sprzedawcy, których znaleźć ciężej niż samego Chrystusa we własnej osobie, zgodnym niemal anielskim chórem twierdzili że płyty są na pewno. Znalazła się nawet pani, która otworzyła szeroko oczy, że w ogóle istnieje coś takiego jak puste płyty CD. Sprzedawcy swoje, a rzeczywistość swoje. Pora odwiedzić drugi market.
A tam - oczywiście że są płyty CD i DVD... jedna jedyna firma płyt CD i jedna jedyna DVD. Płyty sprzedawane osobno w opakowaniach papierowych, albo po 10 sztuk w opakowaniu plastikowym. Kurde... czyżby na pewno? No ale są. Nie ma żadnego producenta wyższej jakości płyt. Tylko standardy. Cena? Masakra 1zł/szt. No cóż, przecież to juz prawi vintage, więc musi kosztować. Płyty są, zdjęcia nagrane. zakupiłem trochę więcej na przyszłość. W tym tempie za pół roku nie będzie szans na czystą płytę. No, chyba że w muzeum.

Czy na prawdę tak ciężko jest obecnie o nośnik fizyczny? Wiadomo, że to już nie jest najnowszy krzyk mody i jak ktoś z tego korzysta zamiast z mp3 na pewno jest brudny i ma wszy. Obiegowa opinia dotarła i do sieci tych największych sklepów widać. Kiedy nie ma problemu z kupieniem płyt winylowych (nawet w biedronce są), czy kaset magnetofonowych tan nosnik cyfrowy zostaje wycofywany z rynku. Niedługo chcąc przekazać komuś coś będę musiał kupować pen-drive. Tylko... no właśnie... nie kalkuluje mi się to za bardzo.  A szkoda. Bo jednak nośnik fizyczny w postaci płyty ze zdjęciami czy muzyką jest jednak zdecydowanie przyjemniejszy niż pen-drive czy (o zgrozo) poczta e-mail.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 23 marca 2017

Życiowe zmiany

Kiedy rozbolała mnie głowa pomyślałem, "e. to zwykły bardzo mocny ból głowy". Kiedy jednak mijał tydzień, a głowa ciągle bolała doszedłem do wniosku, że to już poważne schorzenie neurologiczne". Z silnym bólem zaraz po pracu popędziłem do lekarza, który dał mi skierowanie do szpitala. Pomyślałem, że zrobią mi tomografię i wyjdę. Byłem w błędzie. Ze szpitala mnie już nie wypuszczono. Diagnoza - krwiak podpajęczynówkowy. Pełno krwii w głowie nie wyglądało dobrze, a diagnoza zabrzmiała jeszcze gorzej. No to już wiedziałem, że szansę na dalsze życie niewielkie. Albo szpitala nie opuszczę, albo wyjdę z stamtąd jako warzywo. Kolejne badania na szczęście wykluczyły krwiaka, a mój ból głowy nie okazał się groźny ani dla zdrowia, ani dla życia. Niestety o tym dowiedziałem się kilka dni później, a w tym czasie musiałem żyć ze świadomością że cieszę się ostatnimi godzinami bycia zdrowym. Te chwile dały mi jednak kilka spraw do przemyślenia. A poniżej przedstawię kilka najważniejszych z nich.

1. Rodzina
To ona była ze mną w najgorszych chwilach i ona była ze mnę, gdy byłem już spokojny. Teściowa pomogła z przyjęciem na neurochirurgię. Żona też nie odpuściła. Pierwszego dnia telefony nie chciały mnie zostawić. Dzwoniła mama, dziadki, bracia... Jej, jak pomyślę o dawce stresu jaką musiała przeżyć moja żona... na szczęście nie musiała być sama. Przygarnęła ją teściowa moja. Za co serdeczne podziękowania. Teraz wiem, że co by się nie działo rodzina będzie przy mnie. A ja wiem, że jest ona po tysiąckroć cenniejsza niż ktokolwiek lub cokolwiek innego.
Muszę też przywrócić dobre stosunki z braćmi i zacząć z nimi spędzać więcej czasu. Do tej pory zawsze myślałem, że to oni trochę olewają mnie. Okazało się jednak, że spora część winy leży po mojej stronie. Trzeba będzie te stosunki naprawić... a to będzie sporo na początku wymagać.

2. Przyjaciele
I tu sporo zmian. Kiedy rodzina mnie nie opuszczała, ludzie na telefonach których najbardziej mi zależało nie zadzwonili ani razu. Mogłem wyjść z możliwościami ruchu pietruszki, albo nie wyjść w ogóle. Nie obchodziło ich to.
Za to odezwali się ludzie na których w ogóle nie liczyłem, że się odezwą. Odwiedziły mnie osoby o których do tej pory myślałem, że mój los jest im kompletnie obojętny. Zadzwonili ludzie, z którymi już dawno nie miałem kontaktu. To mi dało do myślenia. Czeka mnie teraz trochę pracy i przemyśleń. Będę musiał mocno przemyśleć niektóre przyjaźnie. Niektórzy zawiedli tylko ten jeden raz... ale jeden raz który mógł zmienić całe moje życie. A to bardzo ważny moment. I zawiedli o jeden raz za dużo. Przeanalizuję, przemyślę... wśród moich znajomych szykują się spore zmiany i niestety, ale muszę ten cios przyjąć na klatę.

3. Fotografia
Tu też zmiany. Z fotografią wiązałem swoją przyszłość. Miała być moją formą zarobku, utrzymania, spełnienia marzeń. Aby to spełnić żyłem w biegu. Kolejne kursy, dużo pieniędzy, stresu i pogoni. Odpuszczam. Muszę zwolnić, aby mnie to nie zabiło. Fotografia zostanie moją pasją. Będę się uczył i rozwijał. Tym razem jednak bez ciśnienia, na spokojnie. Potrzebuję więcej czasu dla rodziny. Jestem na bardzo wysokim poziomie jak na amatora i moje potrzeby. Dużo jeszcze nie umiem, ale się nauczę. Spokojnie, kroczek za kroczkiem będę zdobywać wiedzę. Teraz już dla siebie. Bez pędu, ciśnień, bez stresu. Myślę że to dobry krok

4. Praca
No niestety ale znalazłem bardzo fajną pracę, na bardzo dobrych warunkach. Nieszczęście w szczęściu, że po dwóch dniach od zatrudnienia wylądowałem w szpitalu i na miesięcznym zwolnieniu poszpitalnym. Mam nadzieję, że będę miał po co wracać. Jeśli tak postanowiłem się dużo bardziej niż do tej pory angażować w swój zawód. Nie uważam, aby dotychczas było źle, ale wiem że mogę lepiej. To moje postanowienie w swerze zawodowej. Jeśli wrócę i będę pracować i przedłużą mi okres próbny chciałbym i będę się starać tak, aby to była już moja ostatnia praca. Tak, aby żony nie narażać na stres i zapewnić jej spokojne życie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 2 marca 2017

rozum krzyczy poczekaj, serce krzyczy nie zwlekaj

Kiedy moja stara miłość okazała się powoli psuć zmieniłem ją na lepszy model. Na początku nic nie wskazywało że coś z tego będzie. Kolejna zabawka w domu. Wynaleziona gdzieś w internecie spotkana w sieci marketów. Zabrałem do domku. Na początku okazała sie sprawnym modelem poprzedniej. Szybko jednak okazało sie że to coś więcej. Wybrana z milionów, wskazana przez serce. Nie wskazywało nic na to, że coś z tego będzie. I kiedy pozwoliła mi spojrzeć w siebie, szeptać do ucha szumem wiedziałem że to ta jedyna. Nie rozstawałem się z nią. Na rowerze, w drodze do pracy, do kolegi, zabierana na kursy, do lekarza, do mechanika, na piwko z kolegami. Okazała się nieodłącznym towarzyszem. Jest bezkonkurencyjna.

A gdyby tak każdy wybierał sercem, a nie rozumem? Jakby teraz nasz świat wyglądał? Gdybyśmy zamiast patrzeć na kolejne cyferki, zapomnieli o danych technicznych? Gdyby możliwości aparatu zeszły na drugi plan, wszelkie tabelki były najmniej ważne? Gdybyśmy wybrali to co nam serce podpowiadało, najważniejsze okazało sie obcowanie z bezduszną maszyną? Gdybyśmy nie patrząc na nic wybrali sprzęt tylko dla tego, że go chcemy to co byście wybrali?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 20 lutego 2017

Sztuka wyboru

Będę trochę monotematyczny, ale mimo wszelkich apelów nie tylko z mojej strony pytania o sprzęt ciągle w znacznym stopniu sie pojawiają. Apelowałem o to ja, apelowali o to niektórzy forumowicze, apelowali o to również Ci którzy są zawodowcami. Bez powodzenia.
Otóż bardzo spora część wpisach na forach ciągle dotyczy tematu jaki aparat wybrać, która lustrzanka, jaki obiektyw, jaka lampa. Próbując jakoś wybrzebać się z tematu i szukając jakiś bardziej wartościowych wpisów siłą rzeczy zostałem zmuszony do czytania pytań. I co się okazało -> Jedni chcą lustrzanki, inni po prostu aparatu, a jeszcze inni akcesoriów. Z tego wszystkiego wyłania sie jeden prosty obraz - ludzie liczą że inni się znają i wybiorą za nich. Sprawa bardzo prosta i bardzo denerwująca. Wybór jednak sprzętu nie jest już taki prosty i taki oczywisty. Cały pic polega na tym, że mimo jednego wspólnego obrazka wszyscy jesteśmy różni. Nie ma dwóch identycznych osób.

Co polecamy? 
Oczywiście polecamy głównie lustrzanki, bo wydaje się nam że są najlepsze. Polecamy jasne obiektywy, bo jasny to lepszy. Polecamy extra lampy bo są lepsze od tych mniej extra. Polecamy, bo mamy i używamy. Znamy sprzęt, dobrze, się nam z nim współpracuje. Robiliśmy i robimy nim setkę zdjęć, być może uczyliśmy się na nich. Problem jest taki, że dla nas jest super, dla innego już nie musi. Co dla nas jest extra, dla innego nie musi. Nie znamy potrzeb osoby pytającej. Nam się wydaje extra wypasionym sprzętem  niemal doskonałym. Polecamy więc nie znając preferencji drugiej osoby.

O co pytamy?
Generalnie nie wiedząc na co odpowiadamy nie wiemy tez o co pytamy. Często nie wiemy nawet jaki rodzaj fotografii będziemy uprawiać. Mówimy, że będzie to np portret. Portret, bo wszyscy robią portrety. Ale wybierając pierwszy aparat do końca nie wiemy jaki dokładnie rodzaj fotografii nas wciągnie. Teraz podobają nam się portrety, bo przecież będziemy fotografować naszego synka, bo jest taki piękny i w ogóle. Uwiecznimy naszego dziadka póki jeszcze jest wśród nas. No i fajnie. Wiadomo, że to zrobi każdy. Co jednak gdy się okaże, że wciągnie nas fotografia podwodna? Okaże się, że nasz sprzęt się do tego nie nadaje. Będziemy wówczas zmieniać aparat? Co zatem z wyborem tego superaśnego modelu, który kupiliśmy? Okaże się kompletnie nieprzydatnym drogim urządzeniem. A przecież tak go bardzo polecali. Nagle okaże się, że przy -20 zamarza i odmawia współpracy. No ale jak to? Przecież polecali? Abo ornitologia będzie naszą małą słabością. I nasz sprzęt taki super nie podoła, bo zbliżenia na to nie pozwalają. Nie wiemy o co pytamy, ale pytamy, bo inni wiedzą lepiej co jest dla nas lepsze. Prawda jest taka, mówiąc najprostszym językiem:

1. Pytanie o sprzęt to pytanie, jaki rodzaj muzyki jest najfajniejszy.
2. Pytanie o markę, to równoznacznik pytania o to który zespół jest najlepszy.
3. Pytanie o model - to pytanie który album jest najfajniejszy.

Innymi słowy polecą nam np Disco zespołu E-rotic "The power of sex". Kupimy i nagle okazuje się, że tak super polecany krążek nie nadaje się do słuchania. Nasze uszy pieści gotycki metal i najlepiej Cradle of Filth "Midian".

Świadomość wyboru podstawą zadowolenia
Nauczmy sie naszych wyborów dokonywać świadomie. To my wiemy co dla nas najlepsze. Nie wujek Zbyszek, czy Adam z grupy. Poszukajmy, popatrzmy. Nie wybierajmy na podstawie polecenia, bo to największa pułapka na jaką możemy się natknąć. Nikon d5300 może się okazać dla nas kompletnie nieintuicyjnym drogim bublem w domu. Być może dla nas będzie dużo lepszy Canon d1300. Lepiej będzie nam leżeć w dłoni, jego funkcje, czy dostępne obiektywy będą dla nas bardziej przydatne niż cokolwiek do nikona. A może ani jeden ani drugi nie spełni naszych oczekiwań i super rozwiązaniem będzie uszczelnione body np Pentaxa k-50? Albo też lustrzanka w ogóle okaże się do niczego gdy będziemy ją chcieli nosić i nasze oczekiwania spełni mały wytrzymały kompakt? Uczmy się, czytajmy, sami oceniajmy, sami siebie pytajmy o wybór. To co okazało sie w świecie najlepszym wyborem i w ogóle gwiazdą roku dla nas może być kompletnie nieużywalne. Jeśli chcemy być zadowoleni z tego co mamy nie kupujmy na ślepo na podstawie polecenia, czy opinii. Najlepszym zakupem dla nas (czy to aparat, telewizor, telefon, komputer, plecak, samochód czy zwykła bułka w sklepie) będzie to co wybraliśmy sami. Bez niczyjej pomocy, niczyjej rady. W końcu nie będziemy jeść namiętnie chałki której nie cierpimy, bo inni mówią że jest pyszna. Podobnie nie będziemy czerpać satysfakcji ze złego wyboru sprzętu bo ktoś powiedział, że jest extra.  Ja wiem, że to jest ciężka sztuka - umieć dobrze kupić. Ale prawdziwym arcydziełem jest umieć dobrze wybrać. A my nie przywykliśmy do ciężkości i wierzymy, że inni doskonale wiedzą co dla nas najlepsze. Ale chwila zadania sobie trudu będzie procentowała latami satysfakcji z obcowania kupionym przedmiotem.

      Podstawa satysfakcji to świadomość wyboru
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 9 lutego 2017

Wielokrotność


Fotografia to dziedzina sztuki rządząca się swoimi prawami. Te prawa przez lata ustalone zostały przez największych władaczy sprzętem zatrzymującym czas. Utarły sie więc pewne schematy, pewien ogólny wygląd konkretnej dziedziny fotografii. I tak np utarło się, że w krajobrazie cały kadr ma być ostry, portret to osoba na rozmytym tle, a macro to kwiatek lub owad.
Te schematy powielają się na zdjęciach w nieskończoność, bez końca. To wszystko prowadzi do pewnych konsekwencji takich, że wszystkie zdjęcia są takie same. Każdy portret wygląda tak samo, każdy krajobraz wygląda tak samo. Mamy pełną powtarzalność zdjęć. Nie różnią się praktycznie niczym. Ludzie przyzwyczaili się do pewnych schematów, nauczyli się ich i z nich nie rezygnują. Ciekawe tylko dlaczego: nie chcą, czy nie umieją?
Jeśli biorąc pod uwagę "nie chcą", może to być związane ze sposobem rozumowania ludzkiego umysłu. Nasz mózg od maleńkości ustawiony jest na powtarzalność. Widzimy coś i powtarzamy. Lubimy muzykę, którą już słyszeliśmy. Nawet nie musi być taka sama, wystarczy, że będzie zawierać podobną linię melodyczną jakiegoś instrumentu. Wystarczy się wsłuchać, choćby w perkusję. W danym rodzaju muzyki jest ona praktycznie taka sama. Różni się szczegółami, jakimiś samplami. Podobnie mamy w oczach - widzimy coś i uznajemy to już za piękne. Nauczyliśmy się, że portret musi mieć rozmazane tło. Przyzwyczailiśmy do tego nasze oczy. Podoba nam się to. To powtarzalność, schematyczność myślenia. Działamy tak czy tego chcemy czy nie. Kopiujemy więc to co się nam podoba, powtarzamy, tworzymy dokładnie to samo co już zostało stworzony, odkrywamy koło na nowo. I co najciekawsze - nawet o tym nie wiemy. Bo inna modelka, może nam bliska, więc zdjęcie staje się nam bliższe, a więc wyjątkowe. Innym też się spodoba, bo zawiera reguły i zasady tworzące fotografię.
W przypadku gdy nie umiemy tego zmienić, prawdopodobnie związane jest ze strachem. Przecież nie może być tak, że w portrecie będzie ostre tło, sesja ślubna będzie z udziałem szkieletów, a twarze na zdjęciach będą nieidentyfikowalne. Dla nas i dla innych fotografia traci wtedy sens. Nie potrafimy jej przydzielić do konkretnego rodzaju, więc nie potrafimy jej zaszuflatkować. A więc jest to fotografia inna. Nasze schematyczne myślenie każe nam bać się inności. Myślimy, że inność jest naszym wrogiem. A wroga należy się bać, bo wróg to ktoś kto może nam zrobić krzywdę. Bronimy sie więc rękami i nogami, aby nasze zdjęcia nie były "inne". Mają być takie same, a nasza podświadomość wmawia nam, że nie umiemy zrobić czegoś innego. Podświadomość innych działa podobnie, a więc inność jest ganiona, nieakceptowalna, nieprzyjemna.
W ten oto magiczny sposób przez nasze własne wewnętrzne ja weźmiemy aparat i stworzymy skopiowaną kopię kopii tego co już kiedyś zostało skopiowane. Podoba się nam, podoba się innym. Jedziemy na tym samym wózku i oglądamy codziennie te same zdjęcia, które już niejednokrotnie widzieliśmy. I tylko w środku wiemy, że są one ok, że są fajne, że są wyjątkowe... Szczególnie szczególne gdy są nasze.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

środa, 25 stycznia 2017

Słuszność racji

W obliczu pewnych faktów ze swojego życia i nieuchronnych losu zdarzeń postanowiłem podzielić się z Wami pewną rzecz, która gryzie mnie od jakiegoś czasu.

Jak wiecie należę do wielu grup związanych z fotografią. Wiecie również, że moje podejście do wielu rzeczy jest dość kontrowersyjne. Mam swoje poglądy w które wierzę. Od jakiegoś jednak czasu są one jednak powodem sporów i nieporozumień na tle mezaliansu. Kilka razy zostałem wyszydzony, zdarzały się osoby zgłaszające mnie do administratora o usunięcie mnie jako człowieka wprowadzającego zamęt w grupie. Na szczęście administratorzy okazali się mądrzejsi i nie podjęli takich działań. W końcu moje wypowiedzi są w pełni zgodne z regulaminami grupy (czasem mam wrażenie, że jako jedyny je czytam), tylko inne niż innych.



To jeden z komentarzy, który nijako zmusił mnie do napisania tego postu. Chodziło konkretnie o to, że poleciłem dziewczynie kompakt, zamiast lustrzanki. Pod moim komentarzem pojawiło się bardzo dużo wszelkiego rodzaju miłych i niemiłych słówek związanych z moją osobą (a jakże), zamiast z tematem. Jakoże nie uważam aby wyzywanie mnie było w ogóle na miejscu zagadnąłem lekko studząc zapały innych na temat mojej osoby. Oczywiście zostałem nijako zapytany (jeśli tak można nazwać słowa które padły) dlaczego uważam, że kompakt jest lepszy. Wypowiedziałem się. W tym momencie dyskusja umarłą, wiele osób odłączyło się od dalszych sprzeczek. Dostałem tylko wszystko mówiący komentarz: "a ja nigdy nie potrzebowałam macro". Definitywny koniec rozmowy nastąpił w momencie gdy odpowiedziałem prosto "Ty nie, a ktoś inny??". Nie odezwał się już nikt.

Był jeszcze drugi ktosik, kto próbował mi udowodnić jakim to jestem debilem bo polecam kompakt. Oczywiście poproszony o takie zdjęcie, które zreflektuje jako tako chociaż użycie lustrzanki wysłał mi zdjęcie dziewczyny. Po prostu portret. Oczywiście portret jaki da się zrobić każdym aparatem. Nie chodziło o ocenę zdjęcia, tylko możliwości aparatów. W odpowiedzi dostał ode mnie zdjęcie muchy, zrobienie x lat temu moim fuji S9600 (kompakt).




Uznałem, że to najlepiej pokarze różnicę i zasadność i możliwości kompaktów. Ruchomy, bardzo płochliwy obiekt wymagający od aparatu bardzo dobrego macro i AF trzymającego ostrość. W dodatku nie gotowego do strzału. Szybki AF, bardzo dobre makro... Coś czego lustrzanka z kitem (bo o takich zestawach mówimy) nie podoła. Tzn, podoła, ale jak się dokupi pierścienie z przeniesieniem elektroniki, albo specjalny obiektyw. No właśnie - ale nie o to chodzi. Chodziło o lustrzankę bez dodatków, bez specjalnych obiektywów. Zestaw sklepowy (body + 18-55mm). W tym momencie mój rozmówca zrezygnował z rozmowy.

Te dwa przypadki (choć nie jedyne, ale chyba najbardziej zapadły mi w pamięć) postawiły mnie przed pewnym faktem, jakim jest psychika tłumu. Wszyscy wierzą, że lustrzanka jest zawsze i wszędzie do wszystkiego najlepsza. Bo tak się przyjęło. Poniważ moje zdanie różni się od mas co do wyboru pierwszego aparatu (nie mówimy o ludziach którzy wiedzą czego chcą, mają sprecyzowane potrzeby, tylko mówimy o tych, którzy szukają pierwszego swojego aparatu, na którym zapewne zamierzają się uczyć i nie wiedzą jaki rodzaj fotografii będzie ich interesował) ludzie nie szczędzą w obelgach. Mam swoje zdanie, inni mają swoje. Ja nie twierdze, że są debilami, czemu więc moje zdanie jest powodem do takich twierdzeń? Nie obrażam, nie wrzucam ludziom, nie wytykam palcem. Polecam coś innego niż wszyscy.
Wiecie co jest w ty wszystkim najlepsze? Jeszcze nikt nigdy nie odpowiedział mi na pytanie "dlaczego lustrzanka jest lepsza". Nikt nigdy nie przedstawił swoich argumentów na potwierdzenie swoich słów o wyższości typu aparatów który polecają. Prawdopodobnie 15% po prostu tego nie robi, bo nie i już, a 85% nawet nie wie dlaczego poleca. Poleca, bo tak, bo inni to robią i już. A ja jak mantrę powtarzam, jak wybrać aparat i jak mantrę na pierwszy sprzęt polecam kompakt. I czekam cały czas, aż ktoś w końcu mi wyjaśni dlaczego podstawowa lustrzanka z podstawowym obiektywem w rękach kompletnego laika jest lepsza. I mam dziwne wrażenie, że będę jeszcze długo czekać. Tylko bardzo proszę - skoro nie macie argumentów na potwierdzenie swoich słów, nie obrażajcie tych którzy polecają coś innego niż wy, bo to źle świadczy o Was a nie o tym którego obrażacie.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+