wtorek, 21 listopada 2017

Marzenia


Na jednej z grup facebookowych padło dosyć ciekawe pytanie - o fotograficzne marzenia.  Komentarzy dużo nie było, ale to co przeczytałem wystarczyło, aby stwierdzić, że... ludzie to jednak bardzo płaskie i doczesne marzenia mają. Jeden chce mieć sony A7R3, inny marzy o nikonie D750, a sa i tacy którym marzy się Sigma 35mm f1,4 ART... 
I wśród ogólnego wysypu marzeń o takim czy innym sprzęcie uwagę moja przykul
jeden komentarz


w końcu ktoś  nie chce sprzętu nie marzy o nowym obiektywie czy świetnym aparacie. Ktoś ma inne marzenie. Zwracam uwagę na słowo "przetestować", a nie "posiadać". W sumie marzenie dosyć piękne, jakby na to nie patrzeć. I ma sens... nie puste i nic nie warte "chciałbym aparat A, obiektyw B i lampę C". 

Wszystkie przeczytane marzenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że ludzie to sprzętowcy i nie liczą się umiejętności, wiedza i chęci. Liczy się sprzęt. Takie komentarze jednak jak ten powyżej przywracają mi trochę wiary w ludzkość. Niby też o sprzęcie, ale jednak nie o chęci posiadania, ale raczej formy zabawy.  Może dlatego odbieram ten komentarz jako taki personalny, gdyż sam kiedyś chciałem przetestować wszystkie obiektywy na rynku. Z tym, że mi sie marzyły wszystkie stare obiektywy od początku powstania wszechświata, aż po koniec XX wieku. Chciałbym mieć każdy obiektyw na wyłączność przynajmniej przez miesiąc. I po prostu móc nim się bawić, fotografować i robić z nim co chcę. Wiem, że to nie wykonalne, ale marzyć można każdemu. :)

Swoją drogą teraz już trochę moje marzenia się zmieniły. Nie są związany stricte ze sprzętem. Fakt, brakuje mi czasem niektórych ogniskowych, czasem światłosiły, a czasem po prostu większej matrycy. Ale to nie do końca moje marzenie, co raczej pewna potrzeba, bez której jakoś sobie radze i jakoś te niewystarczające cyferki obchodzę. Moje marzenia obecnie związane są z moimi umiejętnościami. Powiedzenie "wiem, że nic nie wiem" prześladuje mnie coraz bardziej i często mam wrażenie, że ja po prostu nie potrafię zrobić zdjęcia. A te wszystkie moje wytwory nad którymi niekiedy bardzo sie napracowałem, czy nawyszukiwałem są niewiele warte. Aż się czasem po prostu nie chce apartu brać do ręki, bo wychodzi z tego kolejny gniot raczej do śmietnika. Marzę wiec o tym by umieć, potrafić robić zdjęcia.Po prostu wiedzieć jak osiągnąć dany efekt, bo nie zawsze mi się to udaje i pewne wytwory mojej wyobraźni po prostu nie powstały. Mam spore braki w wiedzy i umiejętnościach. Teraz chodzę do szkoły fotografii, to pewnie się czegoś tam nauczę. Już wiem więcej niż na w momencie przystępowania do nauki, a to w sumie dopiero połowa pierwszego semestru. PRzede mną jeszcze dwa. Więc mój mały fotograficzny świat będzie bogaty jak Walt Disney.

Drugim moim małym marzeniem jest mieć czas na fotografię. A tego niestety jak na lekarstwo. I nie mówię tutaj o tym, aby mieć czas chodzić po mieście i robić zdjęcia. Na to zawsze przynajmniej parę minut w ciągu dnia sie znajdzie. Chodzi mi o czas, jaki będę mógł spędzić nad jednym zdjęciem. Chciałbym mieć go tyle, aby móc pracować miesiąc nad jedną fotografią. Dopracowywać szczegóły, przygotowywać sceny, dopracowywać charakteryzację... Miesiąc ciężkiej i wytężonej pracy aby na samym końcu na całość poświecić ułamek sekundy podczas którego obraz jest naświetlany.  I nie siedzieć potem 2 godziny nad Gimpem, aby to dopracować. To ma wyjść bezpośrednio z aparatu perfekcyjne zdjęcie. Zazdroszczę tym, którzy maja tyle czasu aby to zrobić. Ale efekty są widoczne. U mnie ciężko choćby o 3 godziny pracy nad zdjęciem, o całym dniu nie mam co marzyć, a już miesiąc wydaje się być czasem dłuższym niż trwa cywilizacja. No nic, może kiedyś, jak będę stary i już do pracy chodzić nie trzeba będzie, znajdzie się czas, pieniądze i ludzie chętni pomóc w takim przedsięwzięciu. :) Może choć raz w życiu uda mi się to zrealizować. Na razie pozostaje to w swerze marzeń.


A jakie są wasze marzenia związane z waszymi pasjami? O czym marzycie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 30 października 2017

Analogowa pamiątka


Jak wszyscy wiedzą ostatnimi czasy powróciłem do fotografii analogowej. W związku z tym zapisałem się do grup związanych z tematyką takiej fotografii. Grupy te różnią się tym od innych grup, że ludzie tam mają zboczenie na punkcie kliszy, średnioformatowych maszyn, rozpuszczalników i różnej chemii. A w czym jest podobna do innych grup, oprócz tego, że również są to grupy fotograficzne? A no tym, że ludzie bez refleksji i bez namysłu chwalą się tam zdjęciami. Zarówno kompletnymi gniotami, które nigdy w życiu nie powinny postać bo uwłaszczają wszelkiej fotograficznej sztuce, jak i przemyślanymi, przygotowanymi zdjęciami, na które patrzy się z zachwytem. Miło ze strony tych drugich. Można czerpać z nich pełno inspiracji do zdjęć.
I tu, zaczynają się jaja, ponieważ... wszystkie te zdjęcia niczym nie różnią sie od tych zrobionych aparatami cyfrowymi. I tu rodzi się pytanie - po co? Większość z tych osób na pewno ma również aparaty cyfrowe. A jednak chwalą sie zdjęciami z analogów. Zdjęciami identycznymi z tymi z aparatów cyfrowych. Nikt nie pochwalił się jeszcze dlaczego fotografuje analogiem. Co takiego ich ciągnie do tego, aby zrobić zdjęcie analogiem, a nie cyfrówką.
Zastanawiające jest to jeszcze bardziej gdy okaże się, że ci ludzie wywołują kliszę, skanują, obrabiają i w takiej wersji wstawiają do netu. Czemu więc analog? Po co? Skoro i tak potem obrabiają to cyfrowo? Gdzie sens? Gdzie logika? Tego nie wiem, ale za to mogę powiedzieć, skąd moje zafascynowanie analogiem.
Fotografia analogowa zawsze kojarzyła mi się z duszą, z pamiątką, z historią. Tak pozostało do dzisiaj. Zdjęcia cyfrowe, otrzymywane od razu, obrabiane cyfrowe nie mają duszy, nie mają sentymentalnej nutki. Nigdy sie nie nadawy i nadal nie nadają się jako zdjęcia pamiątkowe. Owszem, fajnie po kilku latach wrócić do pamiątek sprzed lat. To jednak nie to samo. Tu nadal brakuje tej duszy. Obraz widziany na komputerze jest nienamacalny. Nie ma go, nie można go dotknąć, poczuć ciężaru, przenieść. W dodatku można zrobić tysiąc kopii, przesłać w pół minuty na drugi koniec świata. Niby można wywołać, ale nadal jest to cyfrowy obraz ze wszystkimi zaletami takiej mozaiki kolorów i punktów.
A w fotografii analogowej? Zrobisz zdjęcia. Nie widzisz ich, nie masz do nich szybkiego dostępu. Trzeba oddać do wywołania, poczekać na efekt. I zobaczyć można dopiero po minimum tygodniu, czasem dłużej. Zdjęcia są namacalne. Mało tego - oryginał jest tylko jeden. nie możesz zrobić jego kopii, stworzyć drugiego takiego samego zdjęcia. W końcu klisza jest tylko jedna. Niby można zrobić kilka odbitek. ale oryginał nadal pozostaje jeden. Tak, do szpitala na narodziny dziecia też wezmę aparat analogowy. :D
W dodatku zdjęcia nie są obrabiane, nie są upiększane, obrabiane. Nie usuniesz pryszcza z policzka ciotki, ani kurzajki z czoła babci. Tak, przez ten brak interwencji w obraz (typu photoshop) czy czas w jakim możemy zdjęcie zobaczyć daje doskonałe pole do popisu w przypadku fotografii pamiątkowej. Coś czego na cyfrze się nie uświadczy.
Ta fotografia u mnie słabo nadaje się do fotografii artystycznej. Do zdjęć, do których chcemy mieć dostęp natychmiastowy, kiedy możemy od razu zobaczyć efekt, ewentualnie coś poprawić... innymi słowy do zdjęć aranżowanych. W dodatku obróbka cyfrowa daje nam spore pole do popisu, kiedy możemy dodawać. usuwać elementy, nadawać charakter przez indywidualną obróbkę.  To są jednak elementy które nie znajdują zastosowania w pamiątce.

Podsumowując - fotografię artystyczną, kiedy zależy mi na konkretnym efekcie, lub kiedy idę sobie na miasto pocykać trochę wybieram aparat cyfrowy. Kiedy jednak robię zdjęcia córce, żonie, komuś z rodziny, chce upamiętnić jakąś chwilę wybieram aparat analogowy.

Jestem bardzo ciekawy, czy moje spojrzenie jest "prawidłowe" w dzisiejszym, cyfrowym świecie. Jak myślicie?
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 12 października 2017

Powrót do analoga


Jestem człowiekiem upartym. Ponoć. Prowadzę tego bloga mimo iż nikt go nie komentuje. Prawdopodobnie też nikt tego nie czyta. Jest niby około 60 odsłon na każdej notce. Ale z tych 60 osób ile otworzyło, zobaczyło i zamknęło? Może 6 osób w ogóle zaczęło to czytać, a może ze 3 znają ostatni wyraz którejś notki. Mamy więc kuriozum - piszę dla samego pisania. Bo co to za pisarz, którego nikt nie czyta?
Nie uważam się jednak za pisarza, więc mimo iż nikt nie czyta, nikt nie komentuje, ale za to wszyscy mają to gdzieś, piszę dalej. Może już z mniejszym zapałem niż na początku, ale pisze. Jestem człowiekiem upartym.

Bardzo podobnie wyglądał mój powrót do fotografii analogowej. Na początku byłem na nie. Na kursach robiliśmy sporo zdjęć analogami. Nawet udało mi się gdzieś tam cyknąć tym parę zdjęć. Uznałem jednak, że żadna różnica, czy obraz zapisuje cyfrowo czy analogowo. Dla mnie praktycznie żadna. O ile w muzyce zdecydowanie wolę dźwięk analogowy (płyty winylowe lub/i kasety/taśmy) o tyle obraz zapisany cyfrowo nie czy analogowo nie robił mi większej różnicy.  I o ile lubiłem obcować z technologią lat 60-tych o tyle sama postać zapisu obrazu nie miała dla mnie znaczenia. 

Miałem nawet wielokrotnie szansę zdjęcia wywoływać. I co? Nie kręciło mnie to. Z resztą nadal nie kręci. A ponieważ w szkole tego wymagają, to to robię. Przyznaje, sam sposób wywoływania robi wrażenie o tyle, aby to była jakaś moja pasja, to chyba nie. Lubię jednak efekty osiągane w sposób naturalny, przemyślany zdecydowanie bardziej niż Photoshop. Z resztą robią na mnie wrażenie zdjęcia w których ktoś osiągnął pożądany efekt swoją własną, ciężką pracą. Zdjęcia obrabiane i zamieniane w postprodukcji nie mają takiej siły przekazu. Mimo iż w fotografii nie ma znaczenia jak, byle osiągnąć pożądany efekt. No nie do końca.  Wystarczy spojrzeć na zdjęcia Joshua Hoffine (http://www.joshuahoffine.com/). Same zdjęcia robią wrażenie. Ale klękłem dopiero wtedy, jak przeczytałem, że w tych zdjęciach nie ma ani grama obróbki cyfrowej. Wszystko co widać na zdjęciach to efekty ciężkiej, nierzadko kilkutygodniowej wytężonej pracy.

Ale nie o tym chciałem mówić. To dobry temat na osobny artykuł.
Wracajac do analogów -> Poszedłem do szkoły, gdzie fotografia analogwa jest jednym z tematów nie tylko niektórych zajęć, ale również egzaminu końcowego. Wymusiło to na mnie nijako zakup klisz i uruchomieniu kilkudziesięcioletnich maszyn.

ZENIT B
Produkowany na przełomie lat 60-tych i 70-tych. Ukłon dla radzieckich konstruktorów, że te maszyny działają po dziś dzień. Wyposażony w Heliosa 44-2 aparat do dzisiaj można znaleźć w wielu piwnicach i strychach. Swojego odziedziczyłem po zmarłym dziadku mojej szanownej małżonki. Na pierwszy ogień nie mogłem odpuścić i zagarnąłem obiektyw. Aparat długie lata przeleżał w szafie. Aż i na niego przyszła kolej. Wygrzebałem, zamontowałem obiektyw, kliszę i w drogę. Minęło 5 zdjęć, jak aparat wyzionął ducha. Wyszedłem w plener zrobić kilka zdjęć. Ustawiam parametry, kadr wciskam spust migawki i... słyszę mocno opóźnione i niemal ślimacze tempo podnoszenia lustra. Po chwili słychać bardzo powolny przesów migawki, chwilowe zacięcie i zamykanie migawki i spóźniony opad lustra. W ten oto sposób prawdopodobnie pozbyłem się kilku klatek filmu.  Nie zrażony za bardzo myślę - ah mam jeszcze Zorkę.


ZORKA 6

 Zakupiony za 20zł na bazarze staroci. Replika ówczesnej Leica sprzedawała się u nas masowo za śmieszne pieniądze. Metalowa konstrukcja dalmierza nie pozostawiała wiele do życzenia. Można było nim zabijać kurczaki na wsiach, a potem martwym kurczakom robić zdjęcia tym samym aparatem. I o ile konstrukcja okazała się dość... solidna o tyle mechanika już nie była szczytem marzeń. Po wykonaniu 5 zdjęć zaciął się spust migawki. A metalowa konstrukcja nie pozwoliła odblokować go nawet młotkiem. Tak, próbowałem. Kurde, nowoczesny aparat by się rozpadł po pierwszym uderzeniu, a tu nawet zarysowania nie było. Oprócz zarysowania nie było też możliwości wykonania zdjęcia. Klisza zwinięta. A ja myślę - do 3-ch razy sztuka i wyhaczyłem za śmieszne pieniądze w pełni sprawnego Pentaxa SFX. 



PENTAX SFX

 Gdy aparat odebrałem juz wiedziałem że to będzie mój ulubieniec. I tak było, aż do momentu włożenia baterii. Lustro się podniosło, aparat zaczął buczeć i tyle się dało z niego wyciągnąć. Noż piesa krew, no! Aparat jak marzenie, a nawet nie wykończył jednej klatki filmu. Powiedziałem DOŚĆ!!!!! Aparat oddałem i chciałem już sprzedawać klisze, gdy odezwał się do mnie znajomy mówiąc "Mam coś dla Ciebie"

PENTAX PZ-20

 Do propozycji mojego byłego nauczyciela podszedłem bardzo niepewnie i w sumie zrezygnowany. Porpozycja była następujące:
"Mam na stanie 3 aparaty analogowe pentaxa Z10, Z20 i Z70. Wraz z obiektywami. Przyniosę Ci, wypróbuj wszystkie i weź ten, który Ci będzie najbardziej odpowiadał."
No mówię, jak tak do mnie lgnie ten analog, to żal by było nie spróbować. Klisza jedna jeszcze cała, na drugiej zostało około 15 klatek. No nic, najwyżej i z tego nic nie będzie. Propozycję przyjąłem. I po południu tego samego dnia w moich rękach zawitała duża torba z trzema maszynami w środku.
Zacząłem od najpoważniejszego konkurenta pozostałych, czyli od Z70. Ten okazał się jednak wadliwy. Mechanika działała, ale lustro nie zamierzało się podnieść. Migawka reagowała, film się przewijał, przysłona normalnie pracowała. Tylko lustro ani drgnie. Po drobnej konsultacji z właścicielem podniosłem lustro ręcznie, wcisnąłem spust migawki i... lustro nie opadło. Po kilku wciśnięciach spustu w końcu i ono sie opuściło, ale już się nie podniosło. Kicha, myślę - maszyna uszkodzona.
Dalej był Z-20. W pełni sprawny aparat. Wszystko pracowało jak należy. W zasadzie tak mi przypadł do gustu, że Z-10 mogłem pominąć. Po prostu zakochałem się w Z-20. Z obiektywami dołączonymi do zestawu sprawił, że innego już sprzętu nie chciałem. Założyłem niewykończona kliszę, ustawiłem na nienaświetlone klatki i maszyna była gotowa do pracy. Obiektywy są, aparat jest. Reszta poszła w odstawkę. Sam aparat niemal pokochałem. Dużo fajniejszy i lepszy od uszkodzonego SFX, przyjemniejszy w użyciu niż Z-10 i nieporównywalny z żadnym radzieckim sprzętem. Zrobiłem nim zdjęcia i nie zawiódł. Jedynie na co mogę narzekać, to na pracę z lampami. O ile sama w sobie jest oki, o tyle montaż wyzwalacza radiowego uniemożliwia wciśnięcie spustu migawki, o samym sterowaniu aparatem nie wspominając. Po postu wszystko znajduje się pod wyzwalaczem i nie ma do tego dostępu. Trzeba więc ustawiać samowyzwalacz i dopiero potem zakładać radiowy wyzwalacz lamp. Ale to mała niedogodność.
Maszyna pozostanie już ze mną raczej.



Obiektywy

24-80 i 70-200 kryjące FF bardzo przypadły mi do gustu. Dają fantastyczny obrazek. Korzystam z nich zarówno na Z-20 jak i na cyfrowym K50. Trudno je porównywać do kitów z K50. To trochę inna technologia. Ale dużo przyjemniejsza we współpracy niż nowoczesna optyka. Co zrobię w takim przypadku z kitami? Tego nie wiem. Pewnie pozostaną ze mną, bo osobiście nie lubię pozbywać się szkieł. Decyzja jeszcze do przemyślenia. Jak mają leżeć to też szkoda.



Jak widać mój powrót do analogów dał mi w kość. Mam darmową możliwość wywoływania filmów (niestety na razie tylko BW), więc korzystam póki mogę. Co będzie po 2-ch latach? Tego nie wiem. Albo dalej pozwolą nam po zakończeniu szkoły korzystać z ciemni, albo nie. Podobnie nie wiem, czy zostanę przy fotografii analogowej. To jednak kosztowne hobby. 36 klatek to koło 50zł (film + wywołanie). To trochę dużo. Jestem jednak człowiekiem upartym. Może w przypływie gotówki choć jeden film miesięcznie uda mi się zrobić. Jeśli tak, to pozostanę z tym na dłużej niż przez czas szkoły.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 1 października 2017

Projekt 365 - Miesiąc 3


       Zakończyłem drugi miesiąc projektu 365 który spędziłem pod tytułem selfie.
       Lecimy z kolejnym miesiącem. Miałem kilka pomysłów na niego i ciężką decyzję co wybrać. W końcu pośród kilku propozycji postanowiłem wybrać coś nieco łatwiejszego - macro. Oczywiście nie chodzi o konkretne rzeczy, ale ogólnie o małe przedmioty. Tak jak w selfie nie chodziło o to, aby było widać moją twarz, czy coś takiego, ale aby zrobić zdjęcie do którego ja pozuję. Udało się to zrobić. W macro natomiast nie będzie chodzić o to, aby zrobić powiększenia przedmiotów, ale aby sfotografować małe przedmioty. W bardzo szerokim rozumieniu tego pojęcia. Uznajmy więc, że kwiatek na tle miasta to też zaliczę do makro. Generalnie konkretnie chodzi o zdjęcia małych przedmiotów i niezależnie od tego jakie to zdjęcia.
     Uznałem, że zamykanie sie w konkretnych ujęciach może być dość ciężkie i czasem mija się z celem. Dlatego wszystkie tematy należy rozumieć dość szeroko.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 10 września 2017

Święty spokój


   Ostatnio dokonałem kilku zmian w swoim fotograficznym mini-światku. A dokładniej chodzi o całą otoczkę.

1. O fakcie rozpoczęcia po raz 2 projektu 365 juz mówiłem. Na razie idzie. Miesięczne wyzwania procentują. Pomysły nie zawsze są, a jak sa to nie pasują do wyzwania. Poprzedni (niedokończony) projekt 365 bardzo zaprocentował. Pozwolił opanować światło. Zostałem już nawet "wzywany" na jednym z forów panem światła. Trochę nad wyrost, ale bardzo pochlebiło mi to. Mam nadzieję, że i obecne 365 jakoś zaprocentuje i pozwoli się wiele nauczyć.
Pamiętam, że jedna ze znajomych prowadziła projekt "365 z makro". I o ile na początku faktycznie to były zdjęcia, o tyle pod koniec projektu były to małe dzieła sztuki. Ona to dokończyła. Wyrobiła sobie swój styl, doskonale panuje nad tym co robi. Wystarczyło 365 zdjęć. :) Ciekawe czy każdemu taki projekt procentuje. Braliście w czymś takim udział? Jak na Was takie roczne wyzwanie wpłynęło? jak je ogarnęliście?

2. Porządnie zweryfikowałem swoje grupy w internecie. Z niektórych się wypisałem, w innych pozostałem. A do niektórych się dopisałem. I... teraz mam spokój i ciszę... i w sumie trochę nudę. Ale za to pozbyłem się durnowatych pytań o sprzęt, czy problemów z aparatami. To na prawdę nie moja sprawa, że ktoś nie potrafi poradzić sobie z własnym aparatem, czy wykasował przez pomyślę zdjęcia z jakiegoś bardzo ważnego reportażu. Wypisując się niekiedy z grup w których byłem od samego początku pozbyłem się tego typu problemów. Na prawdę, jeśli ktoś nie wie, co dla niego najlepsze to jest głupcem. A ja z głupcami nie zamierzam rozmawiać. Gotowi sprowadzić mnie do swojego poziomu. Jedynie co... to teraz choćby na facebooku postów jest 3/4 mniej. :) To było dobre posunięcie.
Przy okazji dopisałem się do grup w których administrator panuje nad tym co się u niego dzieje. I tam faktycznie nie ma powtarzających sie w kółko tych samych pytań, ludzie jakoś ogarniają co mają i potrafią decydować sami o sobie.

3. No i ta szkoła... już nie mogę się doczekać zajęć. Liczę nie tylko poznać kilku fantastycznych ludzi z pasją w obiektywie, ale również czegoś się nauczyć i coś zyskać z wiedzy. A jak będzie? Czas pokaże. Obym nie uczył sie od początku tego co już umiem. A to nie łatwe zadanie.
Poszukuje z niemałym trudem też pewnych kursów i książem ze specjalistyczną wiedzą w dziedzinie fotografii. Podstawy mam opanowane do perfekcji. Uważam się za bardzo zaawansowanego amatora. W końcu nie widziałem w necie jeszcze zdjęć, których nie potrafiłbym zrobić. Są dziedziny w których jestem kompletna noga. Niektóre dziedziny są moją piętą Ahillesową. W innych jestem lepszy od pozostałych. Ale mimo to wciąż mam wrażenie, że umiem i wiem mniej niż więcej. Może w szkole przekażą mi tą nieco bardziej zaawansowaną wiedzę. Chciałbym zostać profesjonalistą, a nie "tylko" zaawansowanym amatorem.



No i to tyle. A Wy coś zmieniacie u siebie? Czy obecny system jest w porządku? Sprawdza się w waszym przypadku? Jaki on jest? opowiecie mi trochę o nim? O tym co się dzieje wkoło pasji? W sumie to równie ważne co sama pasja. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

piątek, 1 września 2017

Projekt 365 - miesiąc 2


Pierwszy etap się zakończył. Mniejszym lub większym powodzeniem. Pora zacząć drugi miesiąc. Tym razem w postanowieniu będzie selfie. Nikt nie lubi selfie, poza gościnami w rurkach i słodkimi idiotkami. Jednak jeśli to selfie będzie przemyślane i zaplanowane, to może się podobać. To ciężka sprawa robić sobie samemu zdjęcie i to dobre zdjęcie.  Wymaga to sporo wysiłku i nierzadko sporo czasu, aby to ogarnąć. Ale da się. Z braku modeli/medelek często musiałem sam być fotografem, choreografem i modelem. Czemu więc nie zrobić z tego wyzwania?
Pewnie niecodziennie będzie to porządne selfie i pewnie kilka na poziomie "słodkich idiotek" się znajdzie. No, ale taki urok projektu 365, że nie zawsze się robi zdjęcie na poziomie.

A moje zdjęcia do projektu 365 można zobaczyć tutaj -> https://plus.google.com/u/0/collection/UDTNOE
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 13 lipca 2017

Projekt 365


Powracam do projektu 365. Od 1 sierpnia ruszam. Zdjęcia będę publikowac na tookapic oraz G+. Aby nie popaść w nudę postanowiłem postawić sobie wyzwania. Zacznę od pierwszego wyzwania, które nazwałem "30-tka na ręcznym". Wyzwanie będzie polegało na tym, że przez miesiąc codziennie będę robić zdjęcia tylko i wyłącznie przy użyciu ustawień manualnych, a więc sam ustawię trójkąt ekspozycji, ale również własnoręcznie ustawiać będę ostrość. Automatykę aparaty wyłączę. W głowie mam jeszcze kilka zaplanowanych wyzwań. Nie obstawiłem jeszcze wszystkich miesiecy, czy tygodni. Jeśli ktoś ma jakieś fajne pomysły na wyzwania to jestem otwarty na propozycje.

A może ktoś chce się przyłączyć i razem pociągniemy projekt 365, lub chętny dołączyć do wyzwania? W grupie zawsze raźniej. :)

Trzymajcie kciuki. Tym razem musi się udać.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

poniedziałek, 26 czerwca 2017

3 gwiazdki


Oto moje trzy perełki w zestawie.

Jupiter 37A -> 135mm f3,5 M42
Cosina         -> 28mm f2,8 Pentax PK-A
Helios 44-2 -> 58mm f2.0 M42

Co je łączy -> to obiektywy manualne. Pierwszy był Helios wygrzebany i odkręcony od zenita dziadka. Jeden z najlepszych obiektywów jakie miałem.
W krótce dołaczyła do niego Cosina, która opisałem tutaj. A całkiem niedawno podczas spacerku z aparatem na śmietniku znalazłem Jupitera. Obiektywy w pełni sprawne, z pewnymi mankamentami. W helios poluzował się pierścień ostrzenia i jest trochę luźny, ale działa., Cosina w pełni sprawna i bez wad. W Jupiterze przysłona nie działa zupłnie płynnie. Czuć pod palcami jakby piasek. Ale działa.

Wszystkie to niesamowite obiektywy. uczę się ciągle korzystania z nich i idzie mi coraz lepiej. Ostatnio zrobiłem nimi całe przyjęcie w Łasku. I w porównaniu z tym co próbowałem zrobić na komunii w rodzinie to przepaść. Tam jeszcze dokładnie niezbyt wiedziałem co i jak, ale ostro próbowałem. No i sporo zdjeć okazało się nieostrych. Potem jeszcze kilka możliwości ćwiczeń i prób na kolejnych przyjęciach z coraz lepszym skutkiem. Do ostatniej imprezy dołączył Jupiter, ale tu już z ostrzeniem nie było żadnego problemu. Zdjęcia wyszły ostre.
Niestety, ale obiektywy trzeba dźwigać. O ile Cosina jest dość lekka i poręczna, o tyle Jupiter to ciężki kawał metalu. Helios jest tak po środku, ale i tak cięższy niż to co mam w zestawie z nowych obiektywów (kit 18-55, kit 50-200 i Pentax 50mm). Przy nowych widać tą rosyjską jakość. Nowe automatyczne, z toną elektroniki i bajerami to plastikowe zabawki przy rosyjskiej technologii ubiegłego wieku. Ciężki metal w połączeniu ze szkłem musi ważyć, ale nie ma się wrażenia, że to się rozpadnie w ręku. Nie skrzypi, sztywna konstrukcja daje sie czuć. Ma się wrażenie, że można nimi zabijać ludzi a i tak się ich nie uszkodzi.

Czy trudno jest ostrzyć manualnie? Nie. współpracują u mnie z body Pentaxa, wiec i potwierdzenie ostrości jest, a sam aparat nie robi żadnego problemu. Stabilizacja na nich działa, pomiar światła prawidłowy... Fakt jest faktem, że pentax zrobi zdjęcie nawet słoikiem. A tą rosyjską technologie traktuje jak własne. Problematyczna jest trochę przejściówka z mocowania Pentax na m42. W oryginale wymiana obiektywu skłądała się z ->
1. wykręcenie obecnego obiektywu m42
2. użycie klucza do wciśnięcia zapadki
3. użycie klucza do odkręcenia redukcji
4. Zakręcenia redukcji spowrotem na obiektywie
5. Schowanie klucza
6. zamocowanie drugiego obiektywu.
Zauważyłem jednak, że nawet jak zapadka nie zaczepia pierścienia na sztywno pierścień i tak się bardzo dobrze trzyma. Zdemontowałem więc blokadę i teraz obiektywy m42 montuje normalnie jak inne. Z tym tylko, że nie ma blokady, ale nie zdarzyło mi się, aby kiedykolwiek obiektyw mi spadł. pierścień trzyma się na tyle ciasno, że sterowanie przysłoną i ogniskowaniem nie stanowi problemu. Jedynie co to w helios dosyć ciężko działa preselekcja przysłony i trzeba przytrzymać obiektyw, aby podczas jej ustawiania się zwyczajnie nie wypiął. To jednak nie stanowi problemu o tyle, że korzystam z tej możliwości dość rzadko. Chyba, że potrzebuje ograniczyć przysłonę do zadanej wartości to wówczas dopiero trzeba użyć dwóch rąk do zmiany otworu.

Obecnie generalnie obiektywy praktycznie nie opuszczają body. Mam wszystkie ogniskowe których potrzebuję. Można nimi robić zdjęcia sportowe, zdjęcia zwierząt, dzieci... generalnie każdy możliwy rodzaj fotografii. I co ważne - obiektywy są wymagające, a więc nie rozleniwiają. Trzeba pomyśleć i pokombinować jak zrobić zdjęcie. Nie wystarczy wycelować i nacisnąć spust, jak to ma miejsce w przypadku obiektywów automatycznych. Przed zdjęciem trzeba złapać ostrość, ustawić przysłonę... w przypadku zdjęć obiektów ruchomych trzeba myśleć w przód, przewidzieć, gdzie zaraz obiekt się znajdzie. Wymaga to też refleksu, bo zazwyczaj ma sie maksymalnie 10 sekund na ustawienie ostrości i przysłony, a potem jeszcze w odpowiednim momencie trzeba wcisnąć spust migawki. To zdecydowane utrudnienie, ale... do opanowania.

Obecnie praktycznie AF u mnie w aparatach jest wyłączony. Wszystko robię manualnie, co przy mojej wadzie wzroku wydaje się niemożliwe. A jednak daje radę. Co prawda ustawianie ostrości w przypadku obiektywów automatycznych potrafi przyprawić o zawrót głowy, o tyle w typowo manualnych oraz w moim kompakcie, to w zasadzie czysta przyjemność. Jednak prawdą jest, to co kiedyś usłyszałem -> obiektyw automatyczny nie jest przystosowany do ręcznej obsługi. Ma tą możliwość, ale jego naturalnym środowiskiem jest automatyka. Pierścienie nie mają oporu, nie czuć i nie widać tego wyostrzania, wszystko pracuje sztucznie i nieprecyzyjnie. Manual to zupełnie inna bajka. :) Dlatego byłem trochę zdziwiony, że w kompakcie tak sprawnie to idzie. Z tym że tutaj pierścień działa z oporem, normalnym poślizgiem, a do samego ostrzenia i tak wtrąca się automatyka, bo de facto sterujemy silnikiem AF, a nie bezpośrednio soczewkami. dlatego ustawienie ostrości nie stanowi większego problemu. 

Na koniec jeszcze widok z boku. W kolejności -> Cosina, Helios, Jupiter.

Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 6 czerwca 2017

Było tak a jest inaczej

Po wystawie moja lepsza połowa stwierdziła, że żałuje, że porzuciłem trochę swój styl i przerzuciłem się na kształty i formy. Jest to faktycznie cość dziwna i pokręcona droga w mojej fotografii.

Kształty, formy, kreski i tego typu rzeczy pociągały mnie odkąd w zasadzie kilkanaście lat temu po raz pierwszy wziąłem aparat do ręki. Wtedy jednak lubiłem robić zdjęcia, ale niespecjalnie interesował mnie sam temat fotografii. Nie zgłębiałem wiedzy, nie uczyłem się. Po prostu miałem swój stary dobry aparat Pioneer i 36 klatek filmu do wycyckania. Mimo zauważania już wtedy takich detali, jako kompletny Janusz nie potrafiłem jednak swojej wizji przenieś na materiał światłoczuły. A więc cykałem to co obecnie każdy posiadacz ajfona i tak jak każdy posiadacz ajfona. Znajomych, wyjazdy... po prostu zdjęcia czysto pamiątkowe. Potem znalazłem w garażu rodziców stary aparat cyfrowy. 0,3 mpx brak wyświetlacza i pamięć aparatu na 64zdjęcia. I tu za bardzo nie mogłem poszaleć. Aparat miał przycisk on/off i spust migawki. Nie posiadał zoom i jedynie co dało się w nim zrobić to włączyć i wyłączyć datownik. Długo z nim biegałem, ale nadal moje wizje nie były dostępne dla oka obiektywu. A było ich sporo. Aż któregoś pięknego dnia poszedłem do pracy i dostałem wypłatę. Za nią kupiłem sobie wypasioną na tamte czasy maszynę - Fuji S5600. Była to wtedy nowość, jeden z najlepszych aparatów tamtych czasów. Kosztował majątek, ale już dawał możliwości zabawy. Zacząłem więc trochę rozwijać się w temacie foto. Poznałem ekspozycję, ogarnąłem rozkład kadru... Zafascynowały mnie możliwości fotografii. Ogarnęła mnie jej magia. Zacząłem robić wszystko. Porzuciłem fotografię ludzi, bo już wtedy wydawali mi się oni nudni. W końcu ludzi mam na co dzień i wszędzie wkoło. Są na ulicach, w domach, w pracy, w sklepach, na przystankach i w tramwajach. Po co miałem ich jeszcze przenosić w świat magii?? Wydawało mi się to bez sensu i do dzisiaj mi się takie wydaje. Ludzie są zwyczajnie nudni, a w magii nie ma miejsca na nudę. Fotografowałem więc wszystko inne. I to tak zaciekle odkrywałem kolejne możliwości obiektywu i aparatu że o kształcie zapomniałem.
Aż aparat sprzedałem i zająłem się rodziną i pracą. Mieliśmy wtedy jeden wspólny z małżonką aparat również kupiony za dużo pieniążków i używaliśmy go sporadycznie. Wystarczyło nam to. Do moemntu założenia tego bloga.

To był przełom. Na jego potrzeby kopiliśmy drugi aparat. Zacząłem wówczas chodzić po mieście, trochę zdjęć cykać, aż kupiłem moje bardzo dawne marzenie - Fuji S9600. Na nim to uczyłem się fotografii. Znowu odkrywałem magię. Aż nauczyłem się tyle, że udało mi się sfotografować śmierć. I to był moment, w którym doszedłem, że właśnie fotografia zjawisk nadprzyrodzonych jest dla mnie. Kombinowałem więc na różne sposoby. Potrafiłem wyczarować obrazki ze starego olympusa kamedii i zwykłej lampki rowerowej. Obrazki, których dzisiejszy amator fotografii nie byłby w stanie stworzyć bez tony sprzętu. Nauczyłem się kombinować. Fotografować duchy, zjawy, widma... Aż w pewnym momencie sfotografowałem już wszystko. I pomysły się skończyły.

Uczyłem sie już wtedy fotografii i zacząłem szukać nowej drogi. Poszukać weny. Trochę to trwało, aż moje oko znalazło to co zawsze widziało -> kształty i formy. Zazwyczaj detale otaczającej rzeczywistości ubrane w prostotę, pokazane tak jak ich zazwyczaj nie widzimy. To był strzał w 10. Umiałem już na tyle, że ww końcu udało mi się swoje wizje uchwycić na nieruchomych obrazkach. Fragmenty miasta, pomijane i niezauważone. Wyłapywałem i wyłapuje je. Mały fragment ogromnej całości. Idę tą drogą, brnę w nią coraz bardziej. Oko wyłapuje coraz więcej, coraz bardziej ciekawych fragmentów.

Czy jednak skończyłem z fotografią paranormalną? Nie. W moich zdjęciach nadal można ich fragmenty znaleźć. Do takiej fotografii czekam jednak na wenę i na kogoś kto mi pomoże. Taka fotografia wymaga cierpliwości i zaangażowania. Mam kilka pomysłów. To jednak kilka zdjęć wymagających osób trzecich. Po ich realizacji? No cóż... od kształtów i form nie odejdę, ale nadal będę szukać natchnienia z innych światów. :)
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

czwartek, 25 maja 2017

Jedno się kończy, drugie się zaczyna

Wiecie co najbardziej kocham w fotografii, w rowerze, czy ogólnie w pasji? Możliwość dzielenia się nią z innymi. Poznawanie ludzi, wymiana doświadczeń, chwalenie się osiągami, podziwianie innych. I tak wszechobecna współpraca. Nic tak nie cieszy jak przejażdżka rowerkiem w gronie innych rowerzystów. Nie ma nic tak wspmaniałego, jak praca nad zdjęciami z innymi osobami. Co nam po rowerze, jak nie mamy z kim jeżdzić? Co nam po fotografii, jak nie możemy się nią bawić z innymi?
Gdy wchodziłem w fotografię poznałem bardzo dużo osób. byłem na kilku warsztatach i na kilku kursach. Niektórych jedno- niektórych wielodniowych. Aż trafiłem do szkoły. A szkoła posłała na zajęcia z fotografii w gronie innych osób, czasem z innych szkół, czasem ludzi kompletnie niezwiązanych z żadną szkołą. Kilka kursów zacząłem ze strachem, czułem się winny obecności na nich. Wszelkie negatywne uczucia zostały zniszczone przez atmosferę w grupie. Oj, czasem kończyło się smutkiem, jakąś pustką, gdy dany kurs się kończył.
Takim oto sposobem stanąłem nad widmem zakończenia kolejnego kursu. Tym razem rocznego. Pozostało pożegnać się z ludźmi których widziało się co tydzień, spędzało kilka godzin w tygodniu na jednym i tym samym - na fotografii. Pomijając cośmy się tam nauczyli fantastyczną sprawą była praca z tymi osobami. Wspólne i zaciekłe dążenie do doskonałości w wykonaniu jednego zdjęcia. Czasem to walka z wiatrakami, ale wspólnie czasem dochodziło się do urzeczywistnienia wizji. Miejsce i ludzie nie znający podziałów, wspólnie pracujący nad urzeczywistnieniem wizji jednego z uczestników. I tak co tydzień z aparatem w ręku i z bananem na gębie szło się uczyć. A wszystkich łączyło jedno - zamiłowanie do fotografii.

Tak, to jest jedna z rzeczy w każdej mojej pasji, której nienawidzę - w końcu jakiś etap się kończy. Czasem ma się kontakt z osobami uczestniczącymi w wydarzeniu tylko wirtualnie, czasem wcale. Ale jakaś tęsknota pozostaje. To takie chwile, kiedy ma się ochotę zabijać aby znowu wspólnie oddać się jednemu celowi. I takim to sposobem, przemierzając kraj rowerem poznałem dużo osób, zjeździłem z nimi niejeden kilometr. umówiony na kolejne km z przyziemnością przemierzało się kraj. Teraz zostały wspomnienia i kilka osób na FB, których prawdopodobnie już nigdy w życiu nie spotkam.
Podobnie w fotografii - na warsztatach poznało sie kilku na prawdę fantastycznych osób z którymi kontakt teraz nijaki. Grupa rozsiana po całym kraju i jedynie co pozostaje to kilka znajomych nazwisk w znajomych na FB. Teraz skończyły się kolejne zajęcia. Spotkamy się na w przyszłym tygodniu prawdopodobnie ostatni raz na wystawie i... prawdopodobnie nigdy więcej. Eh... cóż zrobić. To nieuniknione, ale smutek pozostanie jeszcze długo. :(

A oto kilka prac z moich z całego kursu. Wszystkie zdjęcia wykonane wspólnie, przy współudziale przynajmniej kilku osób. Oj co zabawy przy niektórych było to nasze. :) Ale to minęło i nigdy już nie wróci. Zapraszam do obejrzenia ->














Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 16 maja 2017

Fotografowie sprzętowcy

     Panuje ostatnio przekonanie jakoby lepszy sprzęt dawał większe możliwości. To ciekawe zjawisko, biorąc pod uwagę, że w opozycji mamy ludzi, którzy twierdzą, że sprzęt to tylko dodatek, a najważniejsza część aparatu znajduje się kilka centymetrów za wyświetlaczem. Nie jest to wojna między Linuxem a Windowsem, czy między Nikoniarzami a Canonowcami. To wojna o przekonania. 

1. Sprzętowcy
      To ludzie uważający, że bez dobrego sprzętu nie można za wiele zrobić. Obkładają się więc drogimi aparatami, ciułają całe życie na najlepsze obiektywy, i kupują oświetlenie za półroczną pensję Ronaldo. Znajdziemy wśród nich 
      - kompletnych laików ze swoimi 1d ze zdjęciami u cioci na imieninach i zdjęciami swojego pryszczatego syna. 
      - zawodowców twierdzących, że muszą mieć sprzęt za roczną pensję prezydenta, bo przecież pracują w zawodzie i sprzęt ma na siebie zarabiać. 
      Jest to sytuacja nie tyle dziwna, co zaskakująca. Bo mamy tu też ludzi mniej zamożnych, którzy fotografują dokładnie to samo aparatami na kieszeń statystycznego polaka. Mamy więc zderzenie dwóch światów na jednej planecie -> tych z drogim sprzętem za cenę ferrari F50 i tymi którzy kupili sobie na raty sprzęt równowartości nieco lepszego komputera, a na dodatki i akcesoria zbierają kilka lat zaopatrując się w tańsze modele. Łączy ich jedno - oni wzyscy twierdzą, że sprzęt to podstawa. 
      Nie byłoby to takie straszne gdyby nie... próbowali tego wmówić tego całemu światu. A więc plują, wmawiają wszem i wobec, że aby zrobić najprostsze zdjęcie nie można zejść poniżej FF, bo to niewykonalne. A inne aparaty to zaledwie tanie zabawki, które nawet nie stały koło aparatu. Coś jak dzisiejszy nawóz naturalny co krowy nie widział. O dziwo - są przekonani że kupili najlepszy sprzęt na jaki ich stać. No bo przecież znają się, wiedzą o sprzęcie wszystko i ich sprzęt jest najlepszy na świecie. A więc polecają. Polecają to co mają, bo przecież mają najlepszy i jak ktoś zapyta "jaki sprzęt kupić" zawsze poelcają swój. inny przecież nie da rady i koniec. Nigdy nie patrzą, nie pytają o preferencje osoby szukającej aparatu, nie ważne co dana osoba będzie fotografować, nie ważne jest nic. Ma mieć ten sam model co oni i koniec. A jeśli osoba pytająca pisze, że ma na to dużo kasy, to oczywiście że FF i nic więcej się nie liczy. Nie jest dla nich istotne, że to co dla nich jest najlepsze dla innego nie musi. Ważne, że to najlepszy sprzęt. Koniec kropka.  Swoje wywody oczywiście argumentują czymś na zasadzie "bo inny nie da rady".


2. Fotografowie
     To ludzie przekonani, że przecież aparat to tylko narzędzie. Coś jak śrubokręt. Wiedzą, że nie staniesz się najlepszym mechanikiem mając drogi śrubokręt. Wiedzą, że dobre jedzenie nie zależy od wartości garnków w którym zostało zrobione. Są przekonani, że nie potrzeba bardzo drogiego telewizora, aby obejrzeć film czy wiadomości, a tańszy równie dobrze sobie poradzi. To oni twierdzą, że w aparacie najważniejsza jest organiczna część, składowa mięsa i krwi, znajdująca się nie dalej niż na wyciągnięci ręki od wyświetlacza. Mają oni zazwyczaj aparaty takie jakie są im potrzebne, niekoniecznie najlepsze, niekoniecznie takie na jakie mogliby sobie pozwolić. Znają oni swoją wartość, mają wiedzę na temat tego co ich sprzęt potrafi, jak go wykorzystać i jak obejść pewne ograniczenia. W końcu umiejętność obejścia pewnych ograniczeń to też sztuka. Po mieście zazwyczaj chodzą z tańszym sprzętem, czasem kompaktem, mają dobry aparat w telefonie. W końcu z niektórymi zdjęciami poradzi sobie nawet telefon komórkowy i nie potrzeba do tego lustrzanki. Ich przekonanie, że do większości zastosowań nie potrzeba wydawać na sprzęt majątku jest zazwyczaj potwierdzone zdjęciami które robią. Nie chwalą się oni czym robili, ale widać, że skupiają się na czystej fotografii, a nie na sprzęcie. 
      Do tej grupy należą przede wszystkim ludzie znający się na fotografii, umiejący odtworzyć swoją wizję na materiale światłoczułym. Nie przyjmują kompromisów na kadrach. Musi być tak, jak sobie to wymyślili. Nie ma miejsca na błędy. Znają oni swój sprzęt lepiej niż Kubica bolid F1. Doskonale też zazwyczaj wiedzą czego chcą i potrzebują. Nie pytają na forach o porady o sprzęt. Potrzebują np obiektywu 50mm f2,0 - idą i kupują. Nie pytają czy taki dobry, a czy ten nie lepszy, a może dołożyć i kupić inny. Dla nich sprzęt nie ma znaczenia. Skoro potrzebują, to nie pytają tylko idą i kupują. Zazwyczaj nie ma tu znaczenia który lepszy a który gorszy. Potrafią wykorzystać pewne błędy optyki na plus. A jak potrzebują coś co ma małe aberracje, oglądają sample w necie i wybierają ten, który ich nie ma lub ma akceptowalną wadę. 
     Ta grupa ludzi, mimo iż udziela się bardzo dużo na różnych forach  iw dyskusjach jeszcze nigdy nie pluła jadem, nie wmawiała innym że taki sprzęt jest lepszy, a inny jest gorszy. Starają się dokładnie dowiedzieć się czego szuka osoba pytająca i na tej podstawie są w stanie coś doradzić, ale wybór zawsze pozostawia osobie która chce kupić. Czasem doradzają aby wziąć do ręki, wypżyczyć, chwilkę poobcować z takim czy innym sprzętem i wtedy wybrać pod siebie. Nie przedstawiają konkretnych modeli, nie twierdzą, że ten jest lepszy, a ten gorszy. 
      To też bardzo niszowa i bardzo cicha grupa ludzi. Zazwyczaj na wszelkich forach są ignorowani, bo co to za odpowiedź "nie sprzęt robi zdjęcia tylko fotograf". Przecież pytanie jest o sprzęt i taki argument jest pomijany, ignorowany. Często też opluwany przez grupę pierwszą, bo zaraz wtrąca się ktoś twierdzący "ale bez dobrego sprzętu nie ma dobrego zdjecia". 


3. Słowem podsumowania
   Jak to zatem jest z ludźmi? Pierwsza grupa goni za nowościami, z roku na rok twierdząc, że starsze sprzęty i tańsze sprzęty to złomy. nie biorą pod uwagę, że kiedyś tego nie było i też się dało taki czy inne zdjęcie zrobić. Druga grupa z kolei boryka się z ograniczeniami jaki daje im sprzęt. Kiedy sprzętowcom wykonanie zdjęcia przychodzi od tak - stryk i jest zdjęcie, oni kombinują, przestawiają, zmieniają, próbują dorównać tym z wielokrotnie drogimi aparatami i nierzadko z pełnym powodzeniem. Z tym, że im wykonanie takiego samego zdjęcia zajmuje niejednokrotnie 3 razy więcej czasu, dużo większej pomysłowości, lepszego dopracowania i sporej wyobraźni połączonej ze znajomością maszyny. 
     Którzy więc mają rację??


    A Ty do której grupy należysz??
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

wtorek, 25 kwietnia 2017

zawodowiec czy amator?

Zauważyłem ostatnio pewną tendencję na różnych forach internetowych. I dotyczy to bardzo wielu aspektów życia. Powtarzające się pytania o sprzęt stają się nudne niemal do wymiotów. Czasem nawet nie warto bawić się w przewijanie, czy pomijanie, bo każde kolejne pytanie dotyczy tego samego. I o ile w przypadku amatorów i ich braku poszanowania cudzego czasu i własnej niechęci do czytania i nauki jest to zrozumiałe o tyle pewien ciekawy trend jest już kompletnie poza obszarem pojmowania. Równie ciekawy co przerażający.
Otóż pytania o aparat, obiektywy lampy czy modyfikatory świateł wykroczyły daleko poza poziom laików. Zadają go również zawodowcy, co już daje do zastanowienia, czy ten świat na pewno jest normalny. Ludzie, którzy zawodowo fotografują śluby pytają o obiektywy. Ludzie, którzy zajmują się chrzty czy komunie namiętnie pytają o lampy błyskowe. Natomiast człowiek który ma własne studio, i zajmuje się szeroko pojętym portretem (od dzieci po dorosłych) nagle zadaje pytanie o aparat. No i teraz należy się zastanowić, czy taki "zawodowiec" jest na pewno zawodowcem, czy tylko głupcem? Jeśli ktoś zajmuje się przykładowo ślubem, i pyta, jaki obiektyw najlepszy do reportażu ślubnego pierwsze co przychodzi na myśl to "idiota. No idiota normalnie". A zaraz potem refleksja, że chyba temu "zawodowcowi" daleko do "zawodowca". A zaraz potem myśl, że w życiu bym nie poszedł do człowieka, który nie ma zielonego pojęcia jakiego sprzętu ma używać do mojego własnego ślubu.
Idąc do kogoś kto ma mi uwiecznić jakąś ważny dzień w życiu mam nadzieję, że zgłaszam się do człowieka, który wie jakiego sprzętu używa, jest świadomy zarówno swojego sprzętu jak i umiejętności. No i doskonale orientuje się kiedy i czego użyć. Jak zadaje pytanie podważa mocno swoją sprzętową świadomość, a co za tym idzie swoją wiedzę i zdolności.
"Nie wiesz, jakiego jakiego obiektywu użyć do slubu? Nie wiesz czy możesz użyć lampy w kościele? Nie wiesz jakie parametry dobrać? Nie wiesz czy Twój sprzęt jest dobry? To co ty, kurwa, wiesz?. Ja mogę nie wiedzieć. I nie wiem, więc do Ciebie przychodzę licząc, że Ty wiesz. A Ty nic nie wiesz. Ciotka Ziuta, czy brat cioteczny wie więcej od Ciebie. To ja już podziękuję, poproszę ciotkę o zdjęcia".
To by usłyszał ode mnie fotograf, który by mnie zapytał o cokolwiek dotyczącego fotografii. To on ma wiedzieć. Jeśli siedzi w tym jakiś czas (nie ważne, czy dwa miesiące, czy 20 lat) musi się na tym znać. Jeśli nie wie, czy do fotografii dzieci lepszy będzie obiektyw 50mm czy 85mm, to znaczy, że jest gówno a nie fotograf.
Ludzie, drodzy zawodowcy, ja was bardzo wszystkich proszę -> MYŚLCIE!! Kilka artykułów wcześniej pisałem o tym, jak należy wybrać sprzęt i kierowałem go głównie do amatorów. Nie myślałem, że dożyje chwili, kiedy będzie on dotyczył również zawodowców. Nie jestem zawodowcem, nie zarabiam na fotografii, zdjęcia robię hobbystycznie. Ale jak czytam od Was takie pytania, mam wrażenie, że ja bym się bardziej nadawał do takich rzeczy. Nie poważam waszych umiejętności, sami je podważacie. I to jeszcze na forum publicznym, gdzie może być pełno waszych potencjalnych klientów. Nie próbujecie się nawet kryć ze swoją niewiedzą, czy brakiem profesjonalizmu. Albo więc jesteście kompletnymi głupcami, albo zwyczajnie macie drogi aparat, ale wiedzę i zdolności na poziomie przeciętnego laika.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

sobota, 15 kwietnia 2017

Warto pomagać -> Cosina w moim domu...




 Taki oto obiektyw wpadł ostatnio w moje łapki. Dostałem go od kumpla w zamian za pomoc i... zakochałem sie od pierwszego podłączenia. To model Cosina MC 28mm f2,8 Macro PK-A z bagnetem Pentax. Obiektyw bardzo ładnie i mięciutko rysuje, co mi się osobiście podoba. Jest ostrzejszy od mojego heliosa 44-2. Pierwsze wrażenia to:
1 - bardzo solidne wykonanie
2 - dbałość o szczegóły
3 - nieco kanciasty z wyglądu
4 - nie ma szans aby wypadł z ręki, trzyma sie jak ptasie guano przedniej soczewki.

Jest ciężkawy, ale aż tak jak helios. Za to na pewno cieższy od nowych pentaxowych, prawdopodobnie plastikowych. Stan mojego egzemplarza jest idealny. 0 rys, pierścienie działają z dość przyjemnym oporem, nie ma pleśni, a całość działa doskonale.
Bardzo przypadł mi do gustu tylni dekielek. Nie wciska sie go z użyciem lekkiej siły, jak w przypadku innych dekielków pentaxa. Ten działa podobnie jak bagnet - nakłada się go i przekręca aż do oporu i się trzyma. Powiem, że solidniejsze to niż inne dekielki które mam, bo chociaż nie spadnie podczas transportu, jak to często miało miejsce w przypadku standardowych wyrobów pentaxowych.


Mój model to PK-A, czyli można sterować przysłoną zarówno z poziomu body, jak i pierścieniem na obiektywie. Przełączanie nastepuje po dojechaniu pierścieniem do F22, wciśnięciu małego guziczka i dokręceniu do pozycji A w której pierścień sie blokuje. A na body dostajemy informacje o wartości przysłony. Tu jest sprawa prosta. Gorzej nieco sterować przysłoną z pierścienia. Kręcimy pierścieniem i nic się nie zmienia. Dopiero w momencie robienia zdjęcia przysłona jest domykana do odpowiedniej wartości. Skutkuje to tym, że w trakcie ustawiania ekspozycji nie mamy podglądu światłomierza, a aparat nie jest w stanie dobrać odpowiednich parametrów. Zdjęcie więc robimy na czuja nie mając żadnych informacji na temat prześwietlenia, czy niedoświetlenia. Trochę niefajnie, ale można z powodzeniem sterować przysłoną z poziomu body, więc to żaden problem. O tyle, że odpada jedno sterowanie.




Zaskoczeniem było dla jednak to jak aparat współpracuje z obiektywem. Nie wiem w sumie czemu, ale zdjecia z niego wychodzą bardzo plastyczne i bardzo ładnie doświetlone. Kiedy z innych obiektywów wydawało się dosyć ciemne, tak tutaj wygląda to jakby światłomierz pokazywał +2/3 na podziałce. Miło zaskoczony jest. O dziwo nie prześwietla nawet w jasnych punktach, więc ekspozycja jest jak najbardziej dobrze dobrana.

Poniżej dodaje jeszcze kilka sampli na poszczególnych wartościach przysłony, jakby ktoś był zainteresowany (całość, centrum, róg kadru):

F2,8 t1/40s ISO100











F3,5 t=1/30s ISO100




f4,5 t1/25 ISO200




f5,6 t=1/10 ISO100




f8 t=1/30 ISO400







f11 t=1/8 Iso400


 

f22 t=1/5 ISO1000







Wszystkie zdjęcia były robione w RAW, wywołane za pomocą Darktable.
Zastosowane korekty ->
1. Odszumianie
2. Prostowanie
3. ustawienie identycznych jasności.

Po kliknięciu na każde zdjęcie można zobaczyć je w pełnym rozmiarze.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+

niedziela, 9 kwietnia 2017

Płytne rozterki

Kto by pomyślał, że w dzisiejszych czasach tak ciężko o niektóre rzeczy. Jak wiecie, jestem aktywnym pasjonatem nośników fizycznych. uwielbiam obcowanie z płytami winylowymi, jeszcze bardziej kocham kasety magnetofonowe, a płyty CD po stokroć bardziej lubię niż mp3.  Ponieważ w piątek zostałem poproszony wykonanie zdjęć ze święta szkoły postanowiłem podarować je szkole na płytach CD. ku temu przejrzałem mój zerowy zasób czystych płyt CD i DVD po czym wpakowałem sie w auto (bo żona rowerem nie pozwoliła pojechać) celem odwiedzenia kilku marketów (póki nie ma zakazu handlu w niedzielę) i zakupie kilku płyt DVD. No to co - uruchomić maszynę spalająca paliwo i trująca powietrze i kierować się na najbliższy market (w końcu na sklep w tym kraju liczyć nie można). Kilkanaście minut jazdy i już pod marketem. Pędem na półeczki z RTV i komputerami. a tam.... no właśnie... niemiłe zaskoczenie. Płyt brak. Kurcze, ale jak to? Sprzedawcy, których znaleźć ciężej niż samego Chrystusa we własnej osobie, zgodnym niemal anielskim chórem twierdzili że płyty są na pewno. Znalazła się nawet pani, która otworzyła szeroko oczy, że w ogóle istnieje coś takiego jak puste płyty CD. Sprzedawcy swoje, a rzeczywistość swoje. Pora odwiedzić drugi market.
A tam - oczywiście że są płyty CD i DVD... jedna jedyna firma płyt CD i jedna jedyna DVD. Płyty sprzedawane osobno w opakowaniach papierowych, albo po 10 sztuk w opakowaniu plastikowym. Kurde... czyżby na pewno? No ale są. Nie ma żadnego producenta wyższej jakości płyt. Tylko standardy. Cena? Masakra 1zł/szt. No cóż, przecież to juz prawi vintage, więc musi kosztować. Płyty są, zdjęcia nagrane. zakupiłem trochę więcej na przyszłość. W tym tempie za pół roku nie będzie szans na czystą płytę. No, chyba że w muzeum.

Czy na prawdę tak ciężko jest obecnie o nośnik fizyczny? Wiadomo, że to już nie jest najnowszy krzyk mody i jak ktoś z tego korzysta zamiast z mp3 na pewno jest brudny i ma wszy. Obiegowa opinia dotarła i do sieci tych największych sklepów widać. Kiedy nie ma problemu z kupieniem płyt winylowych (nawet w biedronce są), czy kaset magnetofonowych tan nosnik cyfrowy zostaje wycofywany z rynku. Niedługo chcąc przekazać komuś coś będę musiał kupować pen-drive. Tylko... no właśnie... nie kalkuluje mi się to za bardzo.  A szkoda. Bo jednak nośnik fizyczny w postaci płyty ze zdjęciami czy muzyką jest jednak zdecydowanie przyjemniejszy niż pen-drive czy (o zgrozo) poczta e-mail.
Udostępnij:    Facebook Twitter Google+